
– New Life Music nie powstał jako efekt gruntownych przemyśleń. Nie został stworzony na wzór jakiś zespołów, które istniały – zauważa Joachim Mencel, lider i pianista – New Life’m to zbieg tak zwanych „przypadków”…
– Poprzez ten zespół możemy docierać z Ewangelią do wielu ludzi w Polsce, a ostatnio także na Ukrainie – stwierdza Piotr Jankowski, perkusista – Wydaje mi się też, że stanowimy zachętę do szukania jedności pomimo różnic, jakie dzielą ludzi.
KATARZYNA CUDZICH
Spotkali się w 1992 w Hamburgu. Dwóch polskich jazzmanów. Pragnienie mieli jedno: grać dla Boga. Wtedy to nie było popularne. Ba. Nie zdarzało się w Polsce w ogóle. Jeśli kojarzono tego rodzaju muzykę, to z sacrosongami czy zespołami parafialnymi. Poza tym wiara była kwestią czysto prywatną i najlepiej, żeby w ogóle się nią nie dzielić, czytaj: w ogóle jej nie mieć. Lata po upadku komunizmu w Polsce. Niełatwy czas na budowanie zespołu o jasnym, ewangelicznym przesłaniu. Ale udało się.
Świat idzie do przodu
– Równocześnie zaczęło pojawiać się wiele rożnych inicjatyw, jak na przykład Spotkania Muzyków Chrześcijan, obecna Strefa Chwały – wspomina Joachim – Te wszystkie pomysły przetrwały do dzisiaj i to jest niesamowite! – Poza tym wciąż powstają nowe zespoły tworzone przez chrześcijan i myślę, że New Life’m to zapoczątkował. To naprawdę cieszy – dzieli się Barbara Włodarska, wokalistka. Efekty zmian widoczne są nie tylko w sferze muzyki. – Można coraz śmielej mówić publicznie o Bogu i w ogóle o swoich przekonaniach. Kiedyś tak nie było – kontynuuje Basia. Zaczęły pojawiać się także wydawnictwa, portale, rozgłośnie, wreszcie festiwale, plenerowe uwielbienia… – Myślę, że szczególny przełom nastąpił po śmierci papieża – zauważa Piotr – Ludzie, wychodząc na ulice miast, przyznawali się do wartości, które głosił JP2. Było to „Ogólnonarodowe Wyznanie Wiary” – konkluduje. Uważa, że Bóg używa Uwielbienia, aby wzmacniać wiarę Polaków i jednoczyć ich wokół Chrystusa. Uwielbienie to już nie jest zwykły koncert, na którym można się pobawić. To coś więcej. – Czas zweryfikował imprezy, których motywacją była dobra zabawa – spostrzega Robert – Minął okres fascynacji koncertami, na które przychodzi rozszalała publiczność „żeby sobie poskakać” – dodaje. Głębiej i dojrzalej podchodzimy do spraw wiary. Brak już młodzieńczego entuzjazmu, zachłyśnięcia się. – Myślę, że przez ostatnie 15 lat my dojrzeliśmy – stwierdza Piotr. – Mój stosunek okrzepł i teraz dużo więcej rozumiem – dodaje Joachim – Początki były niezapomniane i chcielibyśmy, żeby było tak samo, a przecież świat się zmienia.
Razem i osobno
Indywidualnie działają na różnych polach, w innych miastach, zespołach, wspólnotach. Mają różnorodne talenty i pragnienia. A Bóg to scala i prowadzi. – Każdy się rozwinął i pomnożył swoje duchowe obdarowania – komentuje Robert. Joachim wciąż pozostaje tą osobą, która stawia kropkę nad i, nawet wtedy, gdy wydaje się być bardziej poza, ze względu na zaangażowanie w ogromną ilość projektów. Aktualnie pracuje m. in. nad płytą z Ewą Bem. W tym roku dodatkowo zaczyna wykłady na nowopowstałym kierunku jazzowym na Akademii Muzycznej w Krakowie.
– Marcin stał się, można powiedzieć, liderem rzeczywistości duchowej. Jest coraz bardziej wrażliwy na głos Ducha Świętego – ciągnie Robert. Wnosi też oczywiście ogromnie dużo od strony muzycznej. – Wielką muzyczną frajdę sprawia nam granie i tworzenie razem utworów, czasem spontaniczne improwizowanie „na żywo” – mówi sam Marcin Pospieszalski, basista. Aktualnie zaczyna wreszcie koncerty z żoną-Lidką, co go bardzo cieszy – Wręcz nie mogę się doczekać wykonania „live”! – przyznaje. Są i inne projekty. Kolędy ludowe z Joszko Brodą, nowe piosenki z Deus Meus, przedsięwzięcia rodzinne…
– Piotr stanowi autorytet głoszenia słowa, modlitwy – kontynuuje Robert. – Ostatnio jestem coraz bardziej aktywny w wymiarze pozamuzycznej służby duchowej – przyznaje Piotr – Prowadzę spotkania modlitewne i ewangelizacyjne od strony uwielbienia, a ostatnio też głoszenia. Miałem również wykłady w Szkole Biblijnej „Chrystus dla Narodów”, której jestem absolwentem.
Robert stwierdza, że czuje się pewniejszy muzycznie. Oprócz New Life’u duże znaczenie mają dla niego koncerty uwielbieniowe, warsztaty. Tradycyjnie gra też trochę jazzu, planuje także rozpocząć projekt z własnymi, nigdzie nie wydanymi piosenkami.
– Dzięki obecności w zespole wciąż przekonuję się o tym jak funkcjonuje męski świat – śmieje się Basia – Poza New Life’m jestem solistką i chórzystką chóru Trzecia Godzina Dnia (TGD), trwa to już chyba od siedmiu lat. Na co dzień zajmuję się też nauczaniem śpiewu i pracuję z początkującymi wokalistami. Mam też kilka własnych pomysłów, ale może za wcześnie, żeby je zdradzać.
Jeden z dziesięciu?
Każdy z nich ma swoją własną drogę duchową. Joachim od lat należy do krakowskiej wspólnoty Nowe Jeruzalem, Robert – do dursztyńskiej Dom Na Skale. Piotr wraz z rodziną zaangażowany jest aktywnie w pracę w lokalnym zborze w Tczewie. Dla Basi grupa TGD bardzo skutecznie spełnia również rolę wspólnoty – Bez tych ludzi nie byłabym dzisiaj tym kim jestem – zaznacza.
Czym wobec tego jest dla nich New Life? Czy to tylko zespół, jeden z dziesięciu innych projektów? – Dla mnie to projekt specjalny – zauważa Joachim – Jest służbą, a także przestrzenią, w której możemy się rozwijać. Formułować i weryfikować nasze poglądy, opinie. – New Life stanął na drodze mojego duchowego wzrastania – opowiada Marcin – a koncerty czasem bardziej przypominają spotkanie modlitewne niż „zwykły” koncert… Czy to wspólnota? – zastanawia się. Na pewno tak. Mogą się wspierać modlitwą, radą czy przyjaźnią, choć i bolesnych „historii” nie brakuje. – NLM stało się moim życiowym dziełem i misją. Jestem bardzo wdzięczny Bogu za ten zespół – wyznaje Piotr. Wspomina też o wdzięczności dla braci i sióstr. Są dla niego prawdziwym darem. Podobnie czuje Basia: – To, że jestem w New Life’m jest dla mnie prezentem od Boga – dzieli się – Kiedy oni zaczynali 15 lat temu, ja byłam nastolatką zachwycającą się ich muzyką i wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że będę kiedyś śpiewać i to z nimi! – wspomina. Bardzo ich ceni, mnóstwo się od nich nauczyła. Jest to też jakiś rodzaj wspólnoty, gdzie może się dowiedzieć wiele o sobie samej, o pracy w zespole. Dla Roberta jest to swego rodzaju spełnienie marzeń: – Życzliwi ludzie, przyjaźń, wsparcie – wymienia. Opowiada o ostatnim, niecodziennym spotkaniu żon muzyków z New Life’u w Zakopanem. To też świadczy o wzrastającej więzi między członkami zespołu. Nie zawsze się wszystko udaje, ale wiedzą, że mogą na sobie polegać. – I nikt nam nie odbierze tego, co wspólnie przeszliśmy! – zapewnia.
Co teraz?
– To było ważne 15 lat – podsumowuje Marcin – Byliśmy świadkami wielu wspaniałych dzieł Bożych, wielu cudów, nieoczekiwanych interwencji Opatrzności, przemiany ludzkich losów, a nawet wielkich wydarzeń w przestrzeni publicznej związanych ze zjawiskiem muzyki granej na Chwałę Pana.
Jubileusz to okazja do spojrzenia wstecz, ale także do zastanowienia się nad przyszłością, dalszą działalnością. – Mamy nadzieję stworzyć i nagrać nowe piosenki. Zresztą one już powoli powstają od jakiegoś czasu – informuje Basia. – Nie wszystkie będą miały jednoznaczne, chrześcijańskie teksty. Czasem po prostu będą o ważnych wartościach – dodaje Robert. – Przyszedł też czas na dzielenie się naszym doświadczeniem z innymi – komentuje Piotr – Ostatnio podróżuję po różnych miejscach z prezentacją multimedialną mówiącą o naszej działalności z NLM i pokazuję to, co Bóg zrobił i robi przez ten zespół. Ludzie są tym bardzo poruszeni – opowiada.
Jednak wciąż najważniejszą aktywnością są koncerty. To tam najbardziej doświadczają jedności z ludźmi, tych owoców przełamania barier przed publicznym uwielbianiem Boga. – Szczególny jest Rzeszów, czyli koncert „Jednego Serca Jednego Ducha” – wyznaje Piotr. – Koncerty powodują ekstremalne przeżycia zarówno w odbiorcach, jak i w nas samych – stwierdza Joachim. Mówi o nici porozumienia miedzy zespołem i publicznością. – To takie doświadczenie intensywności bycia szczerym wobec siebie – dodaje po chwili namysłu. – Wciąż coś się dzieje. Nie ma nastroju kombatanckiego i przymulenia – mówi ze śmiechem Robert. Z pewnością nie można spocząć na laurach i pławić się w przeszłości. – Wiem, że na pewno niepokojący byłby moment, kiedy poczułabym, że nic się nie dzieje i że kręcę się od jakiegoś czasu w kółko… – wyznaje Basia. Marcin przypomina, że bez Boga nic by nie przetrwało przez tak długi czas i zachęca, by codziennie Mu dziękować za wszystko, czego byliśmy świadkami przez ostatnie lata. Tak naprawdę przecież tylko to jest najważniejsze.
Podyskutuj z autorem:
katarzyna.cudzich@ruah.pl




