
To nie jest żadna zmyślona historyjka, na Song of Songs jakiś dowcipniś odpalił nam przestery. Wiedzieliśmy, że chcemy zrobić mocno, wesoło, konkretnie, ale nikomu się tam nie śniło, żeby ktoś jakieś przestery odpalał. Okazało się, że to była ta rzecz, której nam brakowało.
Z ŁUKASZEM JASZCZUKIEM, zwanym Lukiem, założycielem i gitarzystą zespołu Porozumienie rozmawia MICHAŁ BUCZKOWSKI
MODLITWA NA MAKSA
Śpiewacie „Już nie mam czasu więcej być brzydki”.
No, bo nie mam czasu. Doświadczyłeś kiedyś Maryi w Kościele?
To był zawsze mój problem.
No widzisz, to jest problem bardzo wielu ludzi. Szczególnie katolików.
Bo protestanci, w ogóle nie mają tego problemu…
Nie robią sobie z tego problemu, ale też go mają. To zdanie, które cytujesz było napisane w uniesieniu. Ja się podpisuję obiema rękoma pod tym, że nie mam czasu więcej być brzydki. Choć nie mam na to dużego wpływu i dlatego ta piosenka, to prośba o wstawiennictwo Maryi. Ja doświadczyłem tego wstawiennictwa. To nie jest poetycki tekst, jest bardzo konkretny, ziemski, ludzki. Ja go nie napisałem, on przyszedł w proroctwie, podczas modlitwy wstawienniczej na kursie Filipa. Przyszedł w takiej desperackiej chwili, w odpowiednim momencie… Wiesz, nikt nie ma czasu na bycie brzydkim. Daniel na koncertach mówi historyjkę o swoim koledze ze szkoły, od którego wszyscy się odsuwali, bo on się nie mył. A światu popieprzyło się w głowie, bo garnie się do gościa, który śmierdzi, do Szatna. Jak realnie spojrzysz na życie i na swoją duchowość, to nikt nie ma czasu, by śmierdzieć, źle czynić, by nosić gówno w gaciach, żeby być bladym i mieć zapadnięte oczy. Nikt nie ma czasu grzeszyć, ale się grzeszy i dlatego trzeba prosić o modlitwę, jak już sam nie dajesz rady. I taka jest ta piosenka.
Naprawdę czujesz, że bez modlitwy nie pociągniesz?
Powiem Ci krótko, byłem u spowiedzi, wczoraj. A w przeciągu półtora miesiąca z totalnie uduchowionej pielgrzymki zrobiło mi się takie gówno, że… A to przez brak modlitwy. Modliłem się tylko przed koncertami i na koncertach. Musiałem się tak niesamowicie zmuszać, żeby się z ludźmi modlić. I zobaczyłem, już nie pierwszy raz, że bez modlitwy jest źle, realnie źle – w chacie opieprzam wszystkich; pytanie o chrześcijaństwo kończy się agresją, a nie rozmową i sianiem miłości. Wtedy czujesz, że coś jest nie tak. A kiedy modlę się regularnie i często, to stwarza przede wszystkim to, że przychodzą ludzie i chcą się jeszcze modlić. To są jaja! I wtedy na różańcu – na maksa. I to tylko dlatego, że przychodzi człowiek, który chce się modlić. Dla mnie to nie jest teoria, to jest rzeczywistość, której teraz doświadczam. Dlatego trzeba prosić o modlitwę.
A kogo zwykle prosisz?
Kurczę, stary, Ciebie dziś proszę. Do Licy zaraz dzwonię (nie będzie odbierał telefonu). Wszystkich, kogo popadnie. Od kiedy poznałem Daniela i chłopaków z OX, to w ogóle życia nie mają, bo się od 2001 za mnie modlą. To jest jazda, bo nieraz się z roboty chłopaki zwalniali, żeby się modlić w mojej intencji. Po prostu zwalniali się i tyle, żeby się modlić – za mnie. Czasami robię to z premedytacją, proszę ludzi, którzy mają niskie mniemanie o sobie, bo to są ludzie cierpiący, a modlitwa cierpiącego jest bardzo mocna. Półtora roku temu doświadczyłem tak niesamowitej jazdy – jeśli chodzi modlitwę, że to mi światopogląd wywaliło. Na szczęście! Na rekolekcjach był koleś, który miał być tylko tłumaczem. Wszystko miał w nosie. A później, na grupach dzielenia, jak zaczął o sobie mówić, jak się popłakał… Pajac, myślę. Podśmiewaliśmy się. Zaczął nas prosić o modlitwę. Dobra, niech Ci będzie, pomodlę się za ciebie, co mi. Obczaj sytuację: sobota, wystawienie Najświętszego Sakramentu, byli brani ludzie do modlitwy wstawienniczej. I ja podszedłem i stoi ten koleś. Został z ołtarza poproszony, by się za mnie modlić. Teraz sobie nie wybieram nikogo, że ten będzie, a ten nie będzie się za mnie modlił. Zero dylematów w tej kwestii. Nikomu się jeszcze nie sprzykrzyłem. Tak Kościół powinien funkcjonować, żeby się bracia za siebie modlili. Wtedy jest mocny, widzę po swojej wspólnocie. Teraz taka grupa się zawiązała.
ON, NIE JA
A jak pracuje się z legendarnym Robertem Friedrichem, zwanym Licą? Modlił się z wami?
Modlił się z nami, uczestniczył w tej płycie, angażował się w teksty, w dźwięk, bardzo intensywnie. Jednocześnie dał nam możliwości bycia twórcami, to jest niesamowite. Ale naprawdę była niesamowita robota, nie z tego względu, że Robert był moim idolem, ale ze względu na to, że okazał się zwykłym facetem, ojcem rodziny, z problemami, z jazdami, z nerwami, ale i z ogromnym, totalnym sercem do pracy, ja go sobie zupełnie inaczej wyobrażałem… I nie dlatego ta praca była wspaniała, że idol zrobił nam płytę, ale dlatego, że ten idol nas oczyścił z odbierania go jako idola. Pan Bóg to wszystko tak pokierował, że Robert pomógł mi oczyścić się z posiadania idola. Bóg pokazał mi w Robercie człowieka i to człowieka, który idzie i szuka dobra, stara się je czynić. Kwestie komercyjne z tego powodu nie zagrały tu pierwszych skrzypiec, bo przyznam Ci się szczerze, że Robert jest stratny na naszej płycie finansowo, dosyć mocno zresztą. Gdyby to tak naprawdę, na zdrowy rozsądek policzył, to nie wiem, czy mielibyśmy za co wydać płytę.
Lica wpychał się wam nawet w teksty?
On swoją formacje przeżywa na drodze neokatechumenalnej i dzięki temu ma niesamowite podejście do tego, jak interpretujesz Słowo Boże, jak go używasz, jak sobie radzisz z kontekstem. I Robert ingerował w poszczególne słowa, co one dla nas oznaczają. Co oznacza dla nas „Amen”, co oznacza „wywyższaj Boga”, po co szukamy światła. Pierwotny tekst w „Biec” brzmiał „roszczenia demona”, bo wydawało mi się, że jak czegoś człowiek chce od Pana Boga, to nie zawsze prośba jest z ducha. A Robert wrócił w nas tę świadomość bycia dzieckiem Bożym, bo dziecko ma prawo prosić ojca.
Jak wyglądało dojście do stylu prezentowanego na krążku „ON”? Różnica jest znaczna w porównaniu z „Mówi”.
Na pewno zmieniły się poziom techniczny i świadomość muzyczna, wielki jest też wpływ świadomości realizatorskiej. Jeśli chodzi o poprzednią płytę, to nie ukrywajmy, można ją zaliczyć do demówek. Są pewne prawidła. Trzeba się podporządkować, jeśli chcemy słyszeć, to co słyszymy na innych produkcjach. No i z tego powodu zaczęliśmy myśleć o jakimś producencie muzycznym. A że ja od szóstej klasy podstawówki marzyłem, żeby coś zrobić z Licą, to biedaczysko na nas musiał trafić i męczyliśmy go przez pół roku, żeby w ogóle wejść do studia. Żeby on mógł znaleźć czas na to. Wielu muzyków popełnia błąd, bo myślą, że wiedzą, jak zrobić pewne rzeczy i potem nic z tego nie wychodzi. A my modliliśmy się, nawet podczas nagrań, żeby zrobić coś dobrego. I okazało się, że nie tylko naszymi rękami to się dokona, że potrzebny nam jest producent, żeby ustawić chociażby gitary, tak jak zawsze o tym marzyłem, a nie umiałem tego zwyczajnie, technicznie osiągnąć.
Modlitwa podczas nagrań? Przecież za studio się płaci. Akty strzeliste?
Nie powiem, nie jest tak, że nagraliśmy tę płytę za darmo, bo płaciliśmy Robertowi. Nie wiem czy to będzie reklama, ale pieniądze nie okazywały się najważniejsze. Podczas naszych wizyt w Puszczykowie niejednokrotnie okazywało się, że siano nie jest najważniejsze. Że ważne jest, aby robić dobrą muzykę. Zależało nam na tym, żeby ta płyta była modlitwą i Robert to wyczuł, stąd nie mogło jej zabraknąć. Były momenty, że modliliśmy się modlitwą brewiarzową; były że czytaliśmy Słowo i było tak, że tylko wyjeżdżaliśmy ze studia i w samochodzie modliliśmy się na różańcu. Chcieliśmy żeby to była modlitwa i żeby na niej był Pan Bóg i stąd też zmieniliśmy tytuł płyty.
A jaki miał być początkowo?
Miał brzmieć „Amen”. I szybko się okazało, że nasza wizja, a właściwie moja, żeby zrobić trzy płyty o takim i takim tytule, okazała się takim dziecinnym uporem. Okazało się, że to nie my, tylko ON. I stąd taki pomysł. Taką szaloną inspiracją była pierwsza stacja benzynowa, jaką na autostradzie Świecko-Sochaczew znaleźliśmy. Pierwsza rzecz, na którą rzuciłem okiem, to było oznaczenie oleju napędowego. Zobaczyłem „ON” i tak zostało. I dopiero później zobaczyłem, jak to słowo jest mocne. Jesteśmy kapelą rockową i nie mogliśmy zupełnie zrezygnować z kontrowersji. Wtedy coś z naszą rzeczywistością byłoby nie tak. Musieliśmy zrobić coś, co wzbudzałoby więcej niż jedno pytanie, stąd „ON” przypomina obrazek ze stacji benzynowej, tak miało być.
Jak wyglądała realizacja teledysku?
Gdyby nie Szymon Felkel, reżyser, nie chcielibyśmy nagrywać pod Poznaniem, daleko od nas, w jakimś starym pałacyku, w liściach jesiennych. W życiu bym tego nie chciał tak zrobić! Moją wizją było nagrywanie teledysku w budowanym właśnie kościele. Rozesłałem oferty wielu firmom, aby nam zrealizowały teledysk, ale marzyłem żeby odpowiedział Szymon Felkel. I żeby było śmieszniej, odpowiedział jako pierwszy. I przez miesiąc odrzucaliśmy inne oferty. Jest stres przed kamerą. Ja się go pozbywam – nie patrząc. Mniej więcej odsłonię ci kulisy jednodniowego kręcenia. Masz wypożyczone sprzęty i ekipę, która będzie z tobą pracować tylko ten jeden dzień. I w ten jeden dzień trzeba zrobić wszystko. Wyobraź sobie od ósmej do piętnastej ciągłe machanie głową. O trzynastej byłem nieprzytomny i nie wiedziałem co robię. O wiele bardziej wolałbym przerzucać wtedy węgiel na wagonach. Nie wiem czy wolno mi o tym mówić, ale myśmy na S.O.S. (gdzie Porozumienie wygrało w 2006 roku środki na realizację teledysku – MB) praktycznie zgłosili się w doliczonym czasie gry. Kasetę wysłałem dość wcześnie, ale ona wróciła. Jak to zobaczyłem, to się rozpłakałem, kurczę – nie uda się. Ale potem dowiozłem ją, w ostatnim momencie.
STARE DZIEJE
Opowiedz o swoich innych doświadczeniach muzycznych, o BeneRegesz, o twoim hip-hopie.
W 1997 poznałem Jaffia Namuel. I to był pierwszy zespół, który, poza oczywiście 2 Tm 2, 3 czy New Life’m (które już wtedy ubóstwiałem), powiedział, że Pismo Święte jest dla nich priorytetem. Ja się tym zainteresowałem, bo byłem wtedy w takiej fazie, wiesz, trzy jointy dziennie, grałem w kapeli reggae. I postarałem się o ich płytkę i sam im wysłałem naszą kasetę demo. Odpowiedzią Jaffia Namuel było to, że zadzwonił do mnie ich manager i zaczął załatwiać nam koncerty. Bardzo materialistycznie i światowo patrzyłem na rzeczywistość. Pomyślałem – ale to są fajni chrześcijanie, my się do nich odezwaliśmy, a oni nam załatwiają koncerty, no mistrzostwo, nie. Ale, bądź co bądź, był to mój pierwszy kontakt z taką rzeczywistością: da się grać dla Pana Boga i robić to ciągle, i żyć w tej rzeczywistości; że to nie jest dla tych, co dużo siana zarabiają i wolny czas tracą, by sobie jeździć, i chrześcijańskie piosenki śpiewać. To był pierwszy taki impuls. Zaraz potem opuściłem tę kapelę i założyłem własną z chrześcijańskim przekazem, która – dzięki Bogu – się szybko rozpadła.
Dzięki Bogu?
Tak, dzięki Bogu, bo tam nie było Ducha Świętego, krótko rzecz ujmując.
Bez Ducha Świętego? Sam mówisz, że to chrześcijańska kapela była…
No właśnie zaczęliśmy bez, i to był ten błąd. Dzięki Bogu – nie trwało to zbyt długo, bo mogło się to potoczyć w bardzo złym kierunku. Następnie zacząłem skłaniać się ku cięższym gitarom, zmieniać troszeczkę sprzęt i pojawiło się BeneRegesz. W pierwszych dwóch wersjach tego zespołu miałem najlepszych muzyków, z jakimi dotąd grałem. Tam było już troszeczkę Ducha Świętego. Zacząłem uczestniczyć w ruchach charyzmatycznych. Natomiast chłopaki byli otwarci na to, żeby szukać, choć siedzieli w dragach i w ogóle złej rzeczywistości, ale nie było im z tym dobrze. Dlatego ta kapela szukała chociaż Ducha Świętego i szukała łaski, aczkolwiek doszło do różnych ciężkich sytuacji, niektórzy wrócili w bagno… Basista Bartek zaczął już poważnie traktować muzykę jako sposób na życie, zaczął grać z Krzyśkiem Zalewskim i odszedł od nas, więc ja zacząłem w Krakowie budować kapelę, zagraliśmy dwa lub trzy koncerty w różnych, bardzo eksperymentalnych składach. Zakończyło się w nie najlepszy sposób, a ja zobaczyłem, że nie tędy droga. Ale niesamowitą jazdą jest to, że ciągle odkopuję jakieś stare teksty BeneRegesz i nagrywam z Porozumieniem, buduję na ich bazie modlitwę.
A hip-hop?
No cóż, hip-hop… Hip-hop – przyznam się, mój niecny plan był taki, że wiesz hip-hop był niesamowicie top. Ale wiesz, w tych tekstach też nie mogłem się uwolnić od Pana Boga. Próbowałem gdzieś tam ściemniać – mówić o wartościach uniwersalnych, o dobru, o miłości. No aż wreszcie wypaliłem kilka razy o Bogu i wtedy zaczęły się nieco trudniejsze sytuacje, bo kapela to są jednak ludzie. Byliśmy bardzo, bardzo blisko wydania płyty. A cały mój niecny plan, to było żeby zrobić hip-hop, potem wrócić do rocka. Wiesz dlaczego skończył się hip-hop? Bo nie był dla Jezusa! Ja to odkryłem na wakacjach 2005, bo my chcieliśmy wykorzystać hip-hop, żeby się wymknąć z niszy, z undergroundu i później znowu zacząć to, co chcieliśmy. Fajny ten hip-hop robiliśmy, ja go bardzo lubię, ale też dziękuje Panu Bogu, że to nie zostało pociągnięte. Ale też dzięki hip-hopowi poznałem świetne studia nagrań, świetnych producentów i realizatorów. I to zaowocowało. Teraz Porozumienie nie wygląda tak, jak 2 lata temu. Nie wystarcza nam już domowa produkcja. Dlatego może jeszcze zarapuję coś w życiu, bo to lubię. I wcale nie dla żartu.
A dlaczego Porozumienie poszło w stronę rocka? Przecież na początku mieliście niewiele wspólnego z rockiem, bardzo niewiele.
Nie potrafię odpowiedzieć. Ja duszę rockową miałem zawsze. Kiedy edukację zaczynasz od Sepultury i Napalm Death, to trudno się spodziewać, że za 15 lat będziesz grał dance. Zdarza się, ale nawet ludzie z Prodigy są zabarwieni gitarami. Są rzeczy, które i tak zostają. My bardzo chcieliśmy robić klasyczny projekt uwielbieniowy, taki worship. Ja w tym czasie dołączyłem do siedleckiego zespołu Nowa Inicjatywa Ewangelizacyjna. Tam zajmujemy się takim stylem. Wyszedłem z nimi na scenę, odpaliłem wzmacniacz i zacząłem wariować – tak po swojemu. Popatrzyłem do tyłu, a reszta tylko śpiewa i klaszcze. Nie czułem się z tym do końca dobrze. Do dziś gramy razem, ale ich stylu muzycznego musiałem się nauczyć. A w Porozumieniu ciągle szliśmy w stronę rocka, a ostatecznie zmiana nastąpiła na Song of Songs. To nie jest żadna zmyślona historyjka, ale jakiś dowcipniś odpalił nam przestery. Wiedzieliśmy, że chcemy zrobić mocno, wesoło, konkretnie; ale nikomu się tam nie śniło, żeby ktoś jakieś przestery odpalał. Okazało się, że to była ta rzecz, której nam brakowało – troszeczkę przybrudzonych gitar.
Podyskutuj z autorem:
michal.buczkowski@ruah.pl
Galeria (fot.Weronika Gurdek):





