Cierpienia ciała dotykają każdego. Ale nie ma nic gorszego niż cierpienie duszy i śmierć duszy. Jak ona umiera, to już nie ma człowieka. „Luna” mówi o najgorszym rodzaju cierpienia, o umieraniu duszy ludzkiej. Ta płyta nie jest łatwa. Powinien być na niej napis, że lepiej, aby nie słuchała jej młodzież.
O płycie „Luna” z Tomaszem Budzyńskim rozmawia Urszula Jagiełło
Dlaczego „Luna”?
Rzecz dzieje się w nocy, a wiemy, że choć noc jest ciemna, ma swoje światło i jest nim księżyc. Istnieje więc światło nawet w ciemności, jest to światło odbite, światło mistyczne. Księżyc jest też w przedziwny sposób związany z Maryją. Jakby sięgnąć do historii sztuki, to widać w niektórych obrazach Maryję, stojącą na księżycu. Bardzo interesująca jest też żeńskość księżyca. Tak jak Słońce jest jaźnią ojcowską, dniem, tak w nocy świeci światło kobiety.
Co się stało z apokaliptycznym folkiem? Dlaczego zdecydowałeś się odejść od łagodnej stylistyki „Tańca Szkieletów”?
To dopiero teraz jest apokaliptyczny folk! Takim sztandarowym utworem na potwierdzenie tego jest „Na niebie ciągły ruch” z płyty „Luna”. Dlaczego chciałem odejść od łagodnej stylistyki? Płyta „Taniec Szkieletów” to reminiscencje z lat młodości i dzieciństwa, jej brzmienie jest bardzo przyjazne i łagodne. Ja bym ją porównał do niedzielnego, wakacyjnego, zachodzącego słońca, dalekiego zakątku lata, łagodnego zmierzchu. Natomiast płyta „Luna” jest opowieścią człowieka dorosłego i dzieje się w nocy, nie w dzień. Jest nacechowana emocją silniejszą niż te wspomnienia z dzieciństwa. Wydaje mi się, że już sam temat prowokuje, by grać muzykę, która jest o wiele bardziej ekspresyjna.
Na „Lunie” odszedłeś od systemu pracy z jednym tylko muzykiem i samplerem, na rzecz całego zespołu, głównie muzyków znanych z 2 Tm 2,3. Dlaczego?
Tamtą płytę robiłem z Bananem. On bardzo pasuje do „Tańca Szkieletów” ze względu na swój instrument, na którym gra – waltornię. On też kojarzy mi się z moim dzieciństwem, bo również ma babcię w Rembertowie. Śpiewam na „Tańcu…” utwór „Biedny, chudy i zły” – jest w tekście Wiatraczna i Rembertów. Rembertów to miejscowość pod Warszawą, a Wiatraczna to rondo na Pradze, skąd odjeżdżały autobusy 143 do Rembertowa. Tam mieszkała moja babcia Mania, do której jeździłem na wakacje. Nie znałem się jeszcze wtedy z Bananem, ale ten Rembertów i babcie nas jakoś łączą, nasze dzieciństwa. Dziś Banan jest mi osobą bardzo bliską estetycznie. Nie musiałem mu nic tłumaczyć, od razu wiedział, co ma grać. Bardzo wiele wniósł do tej muzyki. Jego sposób gry na waltorni jest bardzo łagodny, kojarzy się z lasem, jakąś przestrzenią, z czymś pięknym, baśniowym.
Na „Lunie” potrzebowałem innego instrumentu. Ta płyta jest płytą dramatyczną i jedyny instrument jaki się do tego nadaje to trąbka. Na niej gra się w sposób dramatyczny, rozpaczliwy i niepokojący. Chciałem również, żeby na tej płycie grali żywi ludzie, ponieważ emocje, które są na niej rozpętane potrzebują żywych ludzi. Chciałem też, żeby muzycy improwizowali. Na końcu płyty jest taki utwór, w którym Beata Polak całość gra sama na przeszkadzajkach. Wcześniej Marcin Pospieszalski gra solo na kontrabasie i to wszystko są improwizacje. Praca nie wyglądała tak, że dawałem im jakieś nuty. Efekt tej pracy dla mnie samego był niespodzianką. Także solówki Lizy są bardzo ciekawe, choć to zupełnie nie jego styl. Jestem bardzo zadowolony, że spotkałem się z tymi ludźmi. Na przykład to, co zrobił Gerard Nowak ze swoimi chórkami. To są rzeczy po prostu genialne i mogę powiedzieć, że tego jeszcze nie było w ogóle w mojej twórczości. Na żadnej płycie Armii, ani na solowych płytach, nie było takich wokalnych pomysłów. To jest absolutna nowość.
Mówisz, że „Taniec Szkieletów” był dla kobiet. Czy „Luna” jest dla mężczyzn?
Tak, jak najbardziej. I to dla dorosłego mężczyzny! Tamta płyta jest światem dzieci, kobiet, babci, jest stroną kobiecą, a ta męską.
Tomasz Budzyński, 3 drzewka
CIEMNOŚĆ
Wspominałeś, że Luna to płyta o śmierci. Ale o jakiej śmierci mówisz? Czy to śmierć ciała, czy raczej takie „codzienne umieranie”, cierpienie?
Śpiewam o umieraniu duszy, czyli o najgorszej śmierci.
O grzechu?
Nie. O umieraniu duszy, o cierpieniu duchowym. To nawet nie chodzi o ciało. Wiadomo cierpienia ciała dotykają każdego. Ale nie ma nic gorszego niż cierpienie duszy i śmierć duszy. Śmierć duszy to jest śmierć całego bytu. Jak ona umiera to już nie ma człowieka. Ciało może umrzeć, a człowiek jest. Natomiast „Luna” mówi o najgorszym rodzaju cierpienia, o umieraniu duszy ludzkiej. Ta płyta nie jest łatwa. Ja uważam, że nie powinny jej słuchać młode osoby. Powinien być na niej napis, że lepiej, aby nie słuchała jej młodzież.
Dozwolone od lat…
Tak od 30.
To ja nie powinnam jej była słuchać.
Może nie powinnaś. To płyta o duchowej ciemności i może się wydawać, że ta ciemność nie daje żadnej nadziei. Ale daje! Jest taki moment przełamania w utworze „Wiosna na wygnaniu”, gdzie sięga się już dna. Na końcu Gero zaczyna nucić przy słowach „Ciche braterstwo, wędrówka dusz”, a to śpiewanie przechodzi w solówkę Lizy i nagle się robi bardzo jasno.
„Luna” to koncept album. Ja porównuję ją do podróży nocnym pociągiem, gdzieś, nie wiadomo gdzie… Niektórzy mówią, że moja podróż jest podobna do tej z „Jądra ciemności” J. Conrada. To porównanie mi się bardzo podoba. Bo „Luna” jest jakby podróżą do własnego „jądra ciemności”. W mojej wyobraźni to podróż pociągiem, którym jedzie się w nocy, zatrzymuje się na stacjach, czyli etapach życia. I generalnie opisany jest ból i cierpienie, ale w utworze „Wiosna na wygnaniu” wreszcie nastaje świt. Noc nie jest bez końca, ma swój kres. Istnieje zmartwychwstanie, jest świt. Głos Gero to jest jutrzenka. Potem jest utwór „Poza tym światem”, w którym padają słowa: „I love you, i need you”, a na sam koniec przychodzi piosenka „Dom”. Bohater wrócił do domu i okazuje się, że ten człowiek w końcu odnalazło czego szukał. Tym domem jest królestwo Boga. Mieszkanie, które On nam przygotował od wieków w Niebie, dom, o którym wszyscy w rzeczywistości marzą. I to jest to! Natomiast wcześniej jest ciężka przeprawa, aż do jądra ciemności dosłownie. Na przykład w utworze „Tren”, gdzie śpiewam słowa proroka Jeremiasza, który wręcz mówi do Boga, że lepiej by było, gdyby się w ogóle nie urodził.
Bardzo ostre słowa…
To są dla mnie jedne z najmocniejszych słów w Biblii. Są bardzo egzystencjalne i życiowe. Każdy z nas doświadcza momentu, kiedy wydaje mu się, że już dalej nie wytrzyma, że już ma dość wszystkiego. I ten prorok właśnie to mówi: „Dosyć, nie chcę już mówić, prorokować. Po co się w to wszystko wplątałem… Po co się w ogóle urodziłem?”. Ale śpiewa też, że nie może inaczej, że od wewnątrz trawi go jakby ogień. A jest to mistyczny, czarny ogień, o którym pisze św. Jan od Krzyża. Jeremiasz na końcu tej pieśni mówi, że Bóg mu pomaga, że jest u jego boku i w jego sercu. Myślę, że to jest sytuacja życiowa, która czeka każdego. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś poważne traktuje chrześcijaństwo i rozwój duchowy, to go czeka takie doświadczenie i musi przejść przez moment całkowitej ciemności. Chrystus też musiał przez to przejść.
To był moment modlitwy w Ogrójcu, czy kuszenie na pustyni?
Właściwie Chrystus miał nawet parę takich momentów. Na pustyni, w Ogrójcu i na krzyżu. Najgorsze było na krzyżu, kiedy Chrystus mógł wyrzec się wszystkiego, mógł zejść z krzyża. Mówił: „Boże czemuś mnie opuścił”, bo musiał się tak czuć naprawdę. Chrystus musiał być w pełni człowiekiem, jeżeli miał wziąć nasze grzechy. Musiał być taki jak my i musiał doświadczyć, że nie ma Boga. Musiał, żeby w pełni współczuć człowiekowi. Jeśli Chrystus byłby tylko „supermanem”, to co ja mam do Niego? Ale On był w pełni człowiekiem, takim jak ja. Bolało go, miał znaki zapytania, nie wiedział co robić i w końcu powiedział: „Dlaczegoś mnie opuścił?”. To był dla Chrystusa moment całkowitej ciemności.
Ale to nie jest tak, że Boga nie ma. Bóg jest, tylko człowiek myśli, czuje, że Go nie ma. To wtedy jest ta największa próba wiary. Wielki mistyk i wielki święty, św. Jan od Krzyża mówi, że właśnie wtedy Bóg jest najbliżej człowieka, a ta ciemność to jest światło, tylko oczy duszy jej nie widzą, bo są kompletnie oślepione. To jest paradoks, w którym słowa nie mogą tego stanu wyrazić inaczej, jak ciemność albo nicość. Normalny język jest zbyt ubogi, tu najlepsza jest poezja.
Noc ciemna była całkowitym uwolnieniem dla duszy.
Tak…
Więc to umieranie duszy to nie jest grzech, coś zawinionego przez nas?
Dusza czuje się, jakby umierała w ciemności, w której jest, ale ta dusza nie umarła, Bogu dzięki. Ona odnalazła światło. Ciemność paradoksalnie prowadzi tu do prawdziwego światła. Jeśli ktoś jest na serio człowiekiem duchowym, to musi być przygotowanym na takie doświadczenie. Tak jak rycerz ma doświadczenie w walce, odnosi rany i ma blizny, ale to go hartuje. Ta płyta jest o przejściu przez jądro ciemności. W opowiadaniu Conrada bohater dopływa w końcu do Kurza, znajduje go w tej dżungli i poznaje człowieka, który chciał sobie tworzyć na ziemi królestwo niebieskie, poza wszelką moralnością.
Z tego, co pamiętam to nie wyszło dobrze…
Właśnie bardzo źle wyszło, ponieważ bez Boga nie można tego zrobić. Kurtz u Conrada i w filmie Coppoli chciał stworzyć na ziemi raj, ale bez Boga. Skończyło się szaleństwem i strachem. Kurtz mówi takie bardzo ciekawe zdanie: „Nie ma bardziej odrażającej istoty, od człowieka, który ucieka przed swoim demonem”, bo to, że się spotka swojego demona, to rzecz nieuchronna. Cała moja płyta mówi o tym, że należy podjąć walkę z tym demonem, i że nie ma dokąd uciec. Nie można uciec, bo uciec nie ma dokąd… Trzeba stanąć do walki. O tym jest utwór „Umieraj”.
Czy to, o czym śpiewasz, nie odstraszy ludzi, którzy dopiero zaczynają drogę z Bogiem?
Oni nie powinni słuchać tej płyty! Uważam, że to nie jest płyta dla wszystkich i mam duże obawy przed tym, żeby nie być zrozumianym opacznie. Tylko, że jeśli człowiek ma być szczery jako artysta, to nie może pewnych rzeczy nie powiedzieć. Muszę się więc liczyć z ewentualnym opacznym zrozumieniem. Modlę się do Boga, żeby tak nie było. Na „Lunie” jest smutek. Ale ja nie chcę nikogo dołować. Jestem tylko „głosem” ludzi, którzy w ten sposób czują. Natomiast ci ludzie, którzy dopiero zaczynają, mają zupełnie inne przeżycia. I to jest bardzo fajne. Ja też tak miałem!
To jest taki moment zakochania, a później jest czas trudnej miłości.
Później jest czas bardzo trudnej miłości. Istnieje bowiem demon i trzeba z nim podjąć walkę. Jak mówi św. Paweł: „Nie walczymy przeciwko człowiekowi, ale przeciwko demonowi. Nie przeciwko ciału i krwi, ale przeciw siłom zła na wyżynach niebieskich”. To jest walka chrześcijańska.
A jednak na „Lunie” nie jest zupełnie ciemno. Natalia pisała, że muzyka „Luny” kojarzy jej się z zachodami słońca, z podróżami, więc z czymś bardzo przyjemnym, radosnym. Też miałam takie wrażenie, słuchając tej płyty, że w warstwie muzycznej jest ona pogodna. Trudne słowa, z którymi trzeba się zmierzyć, nie dołują, jest pocieszenie. I to też odzwierciedla refren w „Trenie”, który tam włączyłeś. Śpiewasz dla pocieszenia „jak ciepły deszcz”, ale zaraz za tym jest „jak zwiastun burz”, czyli zapowiedz walki.
Zgadza się.
TOLKIEN
W Twoich tekstach było zawsze wiele odwołań do Tolkiena. Czy na „Lunie” już ich nie ma? Wyrosłeś z Tolkiena?
Ale nie ma z czego wyrastać. To jest dzieło głęboko chrześcijańskie. Pokazuje ofiarę z życia. Istota zupełnie skazana na zagładę, podejmuje się tego, idzie w śmierć. Co ciekawe ta misja nie została powierzona Gandalfowi czy Aragornowi, czyli herosom, mądrym silnym i doświadczonym; tylko takiemu niepozornemu hobbitowi, komuś kto nie ma ani sił, ani rozumu. Mało tego – za nim idzie Sam, który już nie ma żadnego interesu w tej wyprawie. Może wrócić do domu w każdej chwili, jednak idzie. To jest książka o najpiękniejszych wartościach. Zrobiła kiedyś na mnie bardzo duże wrażenie i jestem pod jej wpływem do dziś. Jak śpiewam piosenkę „Umieraj”, to staje mi przed oczami fragment z Tolkiena, jak Rohan idzie z odsieczą na „Ostatnią bitwę” i Theoden mówi swoim rycerzom, że oni jadą na odsiecz, ale jadą też na śmierć. On mówi, że „my nie wrócimy do domu, ale staniemy do walki”. Dla mnie wspaniały jest ten moment, kiedy on przejeżdża przez szpaler jeźdźców, uderza mieczem w ich włócznie i krzyczy: „Dead!”… Theoden to prawdziwy mężczyzna!
Dał im odwagę do walki.
Zginął, ale natchnął taką siłą swoich rycerzy, że wygrali. Wydawało się, że ta bitwa jest beznadziejna, a przyszło zwycięstwo. Najważniejszym zadaniem było pokonać strach i przekonanie, że my jesteśmy tylko ludźmi, a ten czarnoksiężnik, Nazgul, ma taką straszliwą moc… Co jest jego bronią? Jego bronią jest tylko strach. Tylko to. Armia Theodena pokonała strach i to jest największe zwycięstwo. Demon, szatan, Nazgul, niszczy nas nie swoją realną mocą, ale przez nasz strach. Diabeł trzyma nas w swoim więzieniu przez strach przed śmiercią i on nam interpretuje życie. Chrystus mówi do Piotra: „Idź po wodzie!”, a demon mówi: „Człowieku, jak możesz iść po wodzie, przecież umrzesz, utopisz się!”. To jest niewola złego ducha. Kiedy armia Theodena krzyczy „Śmierć!”, okazuje się, że śmierci nie ma! To, że nasze ciało zginie, jest w tym momencie bardzo mało ważne. Theoden zginął, jego ciało umarło, ale jego dusza była żywa jak nigdy wcześniej.
Najczęściej jednak boimy się śmierci ciała.
Śmierć ciała to jeszcze jest pikuś, ale diabeł nas i tym chce straszyć. Choć Jezus mówił: „Wy się nie martwcie o tych, którzy mogą zabić wasze ciała. Bójcie się tego, co może duszę wtrącić do piekła”. Chrystus mówi: „Chodź po wodzie!” i trzeba zrobić ten krok w przepaść. Okaże się, że nie ma śmierci, nie ma przepaści. Można iść po wodzie. My widzimy przed sobą śmierć, a Jezus widzi życie. Mówi: „Idź po wodzie, wejdź w swoją śmierć”. Tak mówi? Ale nie można się utopić z Chrystusem. Nie ma innej osoby w historii, która by tak mówiła do ludzi.
Myślisz, że sami możemy zrobić ten krok w przepaść?
Według mnie bez Chrystusa nie można tego w ogóle zrobić, bo człowiek jest za słaby. Musi patrzeć na Chrystusa.
Ale można wejść w takie trudne wydarzenie, sytuacje ciemności albo śmierci i wyjść z niczym, nie doświadczyć zmartwychwstania.
Może nie, a może tak. Mnie się wydaje, że jeżeli człowiek próbuje z odwagą wejść w taką sytuację, czeka go tam zwycięstwo.
Też pisałeś, jak Tolkien, bajki dla swoich dzieci?
Nie. Moje obrazy i moje piosenki to są bajki dla moich dzieci. Moja córka z kolei bardzo dużo pisze. Nawet kilka bajek dziennie. Wystarczająco dużo, jak na jeden dom.
Jesteś dla nich bardzo inspirujący…
Dzieci są wszystkiego świadkami. Jak widzisz nasze mieszkanie jest bardzo małe. Ja maluję u Niny w pokoju. Wszystko widać. Dzieci ciągle mi kibicują. Siedzą na kanapie z tyłu i mówią: „O, to dobrze, to słabo, to jest piękne tato!”. I jak one popatrzą, to ja już wiem, że coś jest dobre, albo do kitu. Dzieci nie kłamią.
DZIECI
Czy swoją twórczością przekazujesz wiarę dzieciom?
Myślę, że tak. Ale przekazywanie wiary, to jest codzienne życie. Dzieci nas obserwują. Według mnie czasem żadne słowa nie potrafią człowieka przekonać. Możesz mówić, ale to jest jak groch o ścianę. Ale jak ktoś cię obserwuje z daleka, to twoje życie może być większym świadectwem. Co my możemy ukryć przed naszymi dziećmi? Nic nie możemy ukryć. Mieszkamy w bloku, w trzech pokojach i wszystko jest jawne. Dzieci widzą jak my z Natalią żyjemy, jak rozmawiamy i według mnie ich nikt już nie oszuka. One doświadczały już miłości i to jest skarb na całe życie. Nikt im nie powie, że nie ma miłości. „Głupi jesteś, że w to wierzysz…”, one mogą odpowiedzieć: „To nieprawda, ja widziałem miłość!”. Tylko to możemy dać dzieciom. Życie jest jakie jest, raz jest dobrze, raz źle, ale chodzi o to, że pozostaje „smak”. Jeśli się go czuje, to nic tego nie zmieni. Istnieje pamięć.
„Piękna pamięć”?
Dokładnie. Można wrócić do dobrych wspomnień. Nawet jak ktoś się zgubi, to wie dokąd powrócić. Czasami sobie myślę, jak to będzie z moimi dziećmi. Nie będę ich przecież trzymał na łańcuchu i różnie się może życie potoczyć. Mogą sobie znaleźć inne miejsce niż Kościół, kto to wie. Ale najważniejsze jest jedno, że one czegoś doświadczyły. Jest pamięć i one wiedzą, gdzie mogą wrócić. Najgorzej jest, jak człowiek chce uciec, nie chce mieć nic z tym wspólnego, a potem nie wie, gdzie ma wrócić.
Nie boisz się tego momentu, że dzieci mogą odejść od wiary?
Oczywiście, że się boję. Nie będę udawał, że się nie boję.
Tomasz Budzyński, Ostatnia stacja
OBRAZ
Jaka jest relacja Twojej muzyki i malarstwa? Najpierw był obraz z okładki czy muzyka?
Równocześnie powstawała muzyka i obraz. Nad tą płyta pracowałem wiele lat i w tym czasie namalowałem też kilka obrazów, których reprodukcje są w książeczce. Przy czym ja uważam, że znacznie lepiej artystycznie się wyrażam poprzez malarstwo, muzyka jest dla mnie czymś wtórnym. Jestem ukształtowany jako malarz i widzę świat poprzez obrazy. Najpierw widzę obraz, a później to opisuję tworząc wiersz, czy robiąc muzykę. Moja dusza tak naprawdę uzewnętrznia się poprzez malarstwo. Co ciekawe ludzie są zdziwieni, przychodząc na moje wystawy, bo oni się spodziewali zupełnie czegoś innego. Znają mnie jako wokalistę zespołu Armia czy Trupia Czaszka, gdzie tematyka ciężka, muzyka ostra… I oni sobie wyobrażali, że zobaczą coś podobnego, ciemne barwy, jakiś ekspresjonizm i są w szoku, bo widzą malarstwo bardzo kolorowe, przyjazne.
Domki, drzewka…
Domki, drzewka, pagórki i domki. I gdzie ja jestem prawdziwy? Właśnie tu, w tych obrazach. To są kolory mojej duszy. Dlatego mówię, że pierwszy jest obraz. Tu staram się wymalować królestwo niebieskie, a tam jestem uwikłany w życie człowieka na tej ziemi.
Co do okładki, to muszę powiedzieć, że ten obraz jest bardzo ważny, symboliczny. Tam jest namalowany świat, który przechodzi w inny świat. Świat ciemny i jasny. I są też drabinki do domków w ciemnym świecie, a także jest drabinka z ciemnego świata do jasnego. Ten centralny punkt obrazu można zobaczyć jako księżyc, ale też jako okno czy dziurę, przez którą patrzysz na świat z tą jasną wieżą. To jest przejście z nocy do słonecznego świata. Ja bym chciał, żeby ta płyta była takim oknem na rzeczywistość nadprzyrodzoną i to piękno, które Bóg ofiarowuje człowiekowi. Chciałbym, żeby „Luna” prowadziła do tego piękna. Bo to, czy my się tam znajdziemy, to jest tylko łaska Boga, ale jeśli ktoś zobaczy to piękno choć raz, to już nigdy nie zapomni tego widoku.
Jest w książeczce taki odróżniający się obraz, gdzie są namalowane trzy czerwone twarze.
To są trzej królowie, którzy jadą do Jezusa. Mnie bardzo interesuje to, jak oni szukają Chrystusa. W Ewangelii jest napisane, że zobaczyli gwiazdę i pojechali do Betlejem. A przecież szukanie prawdziwego Boga nie jest takie łatwe. Tamten moment przedstawiony na obrazie jest straszny. Chciałem namalować trzech króli w momencie, kiedy oni nie wiedzą, gdzie mają iść. Nie widać gwiazdy, zgubiła się, jest ciemno, zima. Królowie przypominają jakieś postacie z koszmaru sennego. Są zmęczeni… Eliot napisał o tym piękny wiersz – „Podróż trzech króli”. Jeden z najpiękniejszych Eliota. Pisze o tym, jak oni się gdzieś przedzierają przez śnieg, niepewni czy im się nie przyśniła ta gwiazda, czy to w ogóle jest prawda, czy to ma sens. To są bardzo ludzkie pytania. Ale na moim obrazie z tyłu jest ryba i prowadząca do niej drabinka. Bóg jest, ale oni go nie widzą. Stoją tyłem.
Ja słyszałam historię o czwartym królu, który się gdzieś zgubił po drodze i znalazł Chrystusa dopiero wtedy, kiedy on już był na krzyżu.
Właśnie. Szukał i w końcu znalazł. Ja wierzę w to całym sobą, że jeżeli ktoś pragnie znaleźć Boga, szuka Go, to Bóg da mu się znaleźć. Bo Bóg jest jak ojciec i nie bawi się z nami w ciuciubabkę.
W książeczce jest cytat pochodzący od założyciela chasydyzmu Baal Szem Towa. Dlaczego akurat on?
Mistycyzm chasydzki jest mi bardzo bliski. I według mnie on jest bardzo bliski chrześcijaństwu. Baal Szem Tow to był ogień, który zapalił wielu. Jest taką mistyczną perłą. Jego słowa można interpretować na wiele sposobów. Świat jest pełny wielkich tajemnic, a człowiek się przed nimi zasłania swoją małą dłonią ze strachu. Zasłania się, żeby się czuć bezpiecznie. Gdyby człowiek tego nie robił, to wszedłby z powrotem do ziemi obiecanej. Ale człowiek się zasłania, stara się uciec ze strachu przed Bogiem. I to jest dramat. To jest motto płyty: człowiek się zasłania przed Chrystusem, który jest jedynym Zbawicielem, jedyną Osobą, której leży na sercu los człowieka. Człowiek jest biedny, wydany na pastwę demonów, które każdego dnia szarpią go i kąsają. Jedynie Chrystus może mu pomóc. Tylko jak może pomóc, skoro człowiek się przed nim zasłania?
Tomasz Budzyński, Trzej Królowie
TEATR
Wydaje mi się, że grając koncerty Armii, wchodzisz w jakąś rolę. Jak jest na koncertach Budzego Solo? Czy już nikogo nie grasz?
Koncert to jest zawsze teatr. Mnie się to nawet bardzo podoba i wcale ludziom nie ułatwiam zrozumienia tego, o czym śpiewam. Ja bardzo lubię tą teatralność, a gdybym miał środki, to bym się jeszcze bardziej odgrodził od publiczności, żeby koncert był jak spektakl z wyraźnym podziałem na scenę i widownię. Wtedy sztuka jest silniejsza, ma większe uderzenie. Pewna tajemnica, którą dzieło jest owiane jest tu bardzo dobra.
A Twoja stara formacja Siekiera? Zgadzasz się z teraz tymi tekstami?
Teksty Siekiery są poetycką wizją. Adamski mówił, że to jest teatr absurdu. Ja chciałbym powiedzieć, że Siekiera to był zespół artystyczny, a nie punkowo-ideologiczny. Punk to było pewnego rodzaju narzędzie dla stworzenia spektaklu. Zgadzam się z Adamskim, że to był sadomasochistyczny teatr absurdu. Teksty Siekiery mogłyby przypominać opis obrazów Boscha. Szczególnie piekielne scenki. Nie towarzyszy temu ideologia. Punkrock jest od bardzo dawna związany z anarchistycznym lewactwem, z czym Siekiera nie miała nigdy nic wspólnego. Siekiera była artystycznym spektaklem, a nie narzędziem szerzenia ideologii anarchistycznych. Ta kapela była mrocznym teatrem absurdu. To, o czym śpiewałem jest bardzo brutalne, agresywne, momentami straszne, ale i czasem groteskowe… Jak w czarnym teatrze na piętrze.
LUNA
Jak się ma relacja „dementi” 2 Tm 2,3 i „Luny”? Płyt zrobionych mniej więcej w tym samym czasie i składzie?
Na pewno „Luna” zainspirowała nas do tego, żeby nagrać „dementi”. Po czadowej „888” był plan, żeby nagrywać łagodną płytę, ale jakoś nikomu się nie chciało za to zabrać. Jak ja zacząłem nagrywać „Lunę”, to zauważyłem, że Litzy się to bardzo podoba.
„Luna” zadaje bardzo poważne pytania o sens cierpienia, sens życia, sens umierania. „dementi” jest odpowiedzią na te pytania. Jeżeli ktoś po „Lunie” jest naprawdę w jakimś kłopocie, to „dementi” jest odpowiedzią. To nie jest przypadkowe, że te płyty właśnie tak powstały, jedna po drugiej. Dla mnie to jest wspaniałe i jestem pewien na sto procent, że to jest odpowiedź na rozterki, duchową ciemność, na niepewność, a może jakąś rozpacz. „dementi” jest wyjaśnieniem.
Na „Lunie” jest tekst wzięty z Biblii, z Księgi Jeremiasza. Wcześniej tak nie robiłeś, ani na płytach Armii, ani na „Tańcu Szkieletów”…
Te słowa są mi bardzo bliskie i od dawna chciałem je zaśpiewać. Logicznie to one powinny się znaleźć na „dementi”. Podczas sesji „Luny” miałem pokusy, żeby ten utwór zostawić na boku i dać na „dementi”. Wahałem się, ale w końcu zostawiłem go na Lunie. Myślę, że zrobiłem dobrze.
W artykule wykorzystano reprodukcje obrazów Tomasza Budzyńskiego. Polecamy stronę www.budzy.art.pl. Płyta „Luna” do nabycia w sklepie paganini.






