Daleko nam do poetów!

Znaleźliśmy utwierdzenie w tym, że naszą drogą nie ma być naśladownictwo. Mamy szukać czegoś swojego i to jest chyba najważniejsze znalezisko. Zdarzają się muzycy, którzy są wręcz kopią innych artystów. Nam udało się tego uniknąć. Często po koncertach zdarza się – ktoś przychodzi i mówi, że jak grałem, to mu się kojarzyłem z jakimś artystą. Tylko że za każdym razem jest to inny artysta, z totalnie innej bajki!

O wizji muzyki z zespołem SOUNDCHECK rozmawia KATARZYNA CUDZICH

Jesteście raczej kojarzeni w kręgach jazzowych czy może chrześcijańskich?

Maciej „Kocin” Kociński (saksofon, lider): Zdecydowanie jazzowych. Gramy muzykę instrumentalną, a siła przekazu słowa jest inna niż siła przekazu dźwięków. My wybraliśmy dźwięki, w których czujemy się dobrze. Sama muzyka, sama w sobie…

Krzysztof Dys (piano): … nie niesie tylko i wyłącznie treści chrześcijańskich.

MK: Owszem, niektóre utwory, moje kompozycje są inspirowane, czy to cytatami z Biblii, czy też wydarzeniami, które ściśle łączę z Bogiem, natomiast bardziej to wygląda tak, że czuję się chrześcijaninem, a muzyka jest częścią mnie. Wypływa ze mnie.

fot. archiwum zespołu

Mówisz, że inspirują cię fragmenty z Biblii. Czy można powiedzieć, że te utwory opowiadają o czymś konkretnym, czy raczej są to Twoje impresje? Można nazwać to muzyką programową?

MK: Nie! To nie jest muzyka programowa, nawet jeżeli tytuł nawiązuje w jakiś sposób do Biblii (na przykład „Psalm”). Wyrażam w ten sposób swoją wiarę, daję świadectwo, ale żadne opowiadanie nie jest w tym zawarte. Niektóre utwory napisałem po pewnych wydarzeniach, piszę je w hołdzie dla Stwórcy, natomiast nie zawieram w nich historii jako takiej.

W takim razie w jaki sposób relacja z Bogiem przekłada się na dźwięki?

MK: Dźwięki są częścią mnie, muzyka jest częścią mnie, ja jestem chrześcijaninem i swój talent traktuję jako dar od Boga. W ten sposób się wyrażam.

KD: Bóg daje mi wiarę w to, co robię i myślę. Bardzo często znajduję odpowiedź na wiele pytań. I liczę na dalszą współpracę!

A jak wygląda Wasza współpraca z Bogiem w muzyce?

KD: Na pewno czymś boskim w muzyce jest poczucie pewnego jej zmaterializowania. Muzyka się materializuje, można ją namacalnie dotknąć. To się dzieje w momencie, gdy na przykład pisze się kompozycje. Poza tym, ja bym to sprowadził do dwóch rzeczy: prawdy i wiary. Mamy nuty i trzeba zagrać tak, jak zapisane. Ale bardzo często pojawiają się elementy olśnienia: otwieram podręcznik i w podręczniku tego nie ma. Wydaje mi się, że to jest właśnie ten element wiary.

MK: Wierzymy w dźwięki, które gramy, tak jak Krzysztof powiedział. One są prawdziwe, bo pochodzą od nas. Każdy dźwięk jest cząstką nas, każdy dźwięk jest naszym przeżyciem, radością, bólem. Wypływają naprawdę z serca i każdy poświęcił się temu, żeby grać, żeby to robić jak najlepiej.

Dźwięki i słowa to dwie różne rzeczywistości. Jak w takim razie mówić o muzyce, opisywać ją?

MK: Do pewnego momentu na pewno można słowami przekazać różne rzeczy, natomiast, zawsze to mówię moim uczniom: to co najważniejsze w muzyce, nie jest zapisywalne i tego nie można określić, wypowiedzieć. Muzyka dla mnie jest absolutem, to jest coś doskonałego. Przekazywanie słowami i dźwiękami to są dwa różne tory, one mogą biec równolegle, krzyżować się, ale w pewnym momencie dochodzimy do abstrakcji i nie jest możliwe ujęcie tego w słowa.

Słuchając Waszej płyty, miałam wrażenie, że to jest wszystko takie mgliste, niekonkretne, miałabym problem z przełożeniem tego na słowa.

KD: To trzeba dać płytę jakiemuś poecie i z nim musisz ewentualnie porozmawiać.

I co by napisał?

KD: To tak jakbyś poecie zadała pytanie: słuchaj, ile tam tych dominant było? Tak samo ja z wierszami mam problem.

Poeta by bazował na obrazach, uczuciach, o to Wam chodzi?

KD: Tak. Jak się słucha muzyki, to się coś czuje.

MK: Intuicja muzyczna jest dla nas bardzo silnym punktem. Nie jest tak, że w graniu opieramy się w stu procentach na wiedzy. Jeżeli ktoś, słuchając naszej muzyki, ma wizję pięknych obrazów czy widoków, przeżywa jakieś wcześniej nieznane uczucie, rozpiera go radość, muzyka pomaga mu w uspokojeniu czy naładowaniu się, jeśli popłynie mu łza po policzku, to właśnie do tego dążymy! Ważne, żeby ta muzyka nie była martwa i tak, jak wypływa z naszych serc, żeby trafiała bardziej w serca niż w umysły ludzi.

Mówisz: intuicja ponad wiedzą. Ale jak to zrobić z tak wszechstronnym muzycznym wykształceniem jak Wasze? Jak teraz odciąć się, wyjść poza nie?

MK: Intuicja to jest rzecz wrodzona, tego nikt cię w szkole nie nauczy. To jest coś, czym zostaliśmy obdarowani i jest niezwykle pomocna w muzyce, którą gramy – improwizowanej, bardzo spontanicznej.

KD: A jakie pytanie było, może ja odpowiem? Wykształcenie z intuicją? To jest bardzo prosta sprawa. Małe dziecko zaczyna wyrastać wśród dźwięków, do chóru mama je zapisuje i wtedy bazuje w 99 procentach na intuicji. Nie zna nut, powtarza to, co pani klaszcze. Później przechodzi przez cały okres edukacji, przez apogeum tych wszystkich teorii potężnych, i teraz tak: celem każdego muzyka jest, żeby z tego wszystkiego wyjść tak samo, jak się weszło. Nie myśleć o tym. Aby bazą do postępowania u muzyka było właśnie to, co u dziecka.

Tak się da? Wrócić do stanu autentyczności i spontaniczności?

KD: Da się. My jesteśmy profesjonalistami, nie robimy nic innego, z tego żyjemy i w tym kierunku się rozwijamy, więc nam jest bardzo trudno słuchać na przykład takiej muzyki, która teraz z radia leci i czuć coś fajnego. Bo wiesz, ja już tu słyszę kontrabas i tak dalej. To jest trudne, żeby tak się odciąć. Ale co się okazuje, kiedy słuchamy utworu sprzed 10 lat, przy którym pierwszy raz tańczyliśmy z chłopakiem na dyskotece, to coś czujemy, coś się dzieje. Ja osobiście musiałem nad tym w pewnym momencie pracować, żeby tego nie spalić, nie stracić w sobie.

fot. archiwum zespołu

No właśnie, jesteście profesjonalistami w każdym calu. Jakiś czas temu Paweł Brodowski z Jazz Forum określił Was „postrachem konkursów i łowcami nagród”.

MK: Ten rozdział mamy zamknięty. Udało nam się zaistnieć na kilku festiwalach i najczęściej kiedy jechaliśmy, to wracaliśmy z czymś. W dużej mierze pomogło nam to w wydaniu pierwszej płyty, w tym, że to do nas dzwoniono z propozycjami koncertów, a nie my musieliśmy dzwonić. Na pewno to był bardzo ważny, potrzebny etap w naszej działalności.

KD: Wiadomo, jesteśmy utalentowanymi ludźmi. Nie zaliczyłbym nas do szalenie wybitnych, na przykład do geniuszy. Bo geniuszu nie nazwałbym darem, nazwałbym go… mutacją, coś inaczej się tu układa… W każdym razie na pewno dostaliśmy dar i musimy w tym kierunku iść.

Myślicie, że można być muzykiem bez wykształcenia?

KD: Tak. Jest wiele przykładów. Na przykład tu, w Poznaniu jest takie Rondo Kaponiera, gdzie grają czasami muzycy, no właśnie, grają ludzie. I tam jest taki akordeonista, który po prostu raz że gra świetnie, to jeszcze się uśmiecha, jest szczęśliwym człowiekiem. Myślę, że spokojnie można powiedzieć, że jest muzykiem. Gdybym robił jakiś projekt z akordeonem, poprosiłbym tego pana, żeby chociaż w dwóch utworach zagrał.

MK: Wiadomo, że to jest sprawa względna, można być lepszym, gorszym, grać więcej, mniej, mieć większą lub mniejszą intuicję, natomiast wykształcenie nie jest niezbędne. Dla mnie liczy się profesjonalizm, ale w takim znaczeniu ogólnym – punktualność, słowność, przygotowanie. Profesjonalizm łączy się z podejściem do innego człowieka, podejściem do tego, co się robi. A jeżeli ktoś taki jeszcze czyta nuty, to jest to jego plus. Ale ja często wolę zagrać z kimś, kto nie jest wykształcony muzycznie, ale wiem, że zrobi wszystko, żeby było OK, niż z pseudo-gwiazdą, z którą nie można się dogadać.

Jesteście jazzmanami czy muzykami?

KD: Zdecydowanie muzykiem. Muzyka klasyczna, muzyka jazzowa, kabarety, piosenki literackie, współpraca z wokalistką Leną Piękniewską (teraz ją zareklamuję: świetna wokalistka!). W zasadzie nie mam czasu na więcej, ale gdyby trzeba było, to bym grał w zespole reggae!

Disco też?

KD: Disco też.

MK: Ja na przykład gram z DJ-ami, na takich tanecznych imprezach. Co prawda kluby i imprezy nie są moim światem, ale moim światem jest muzyka. Jestem otwarty na nią, dlatego też myślę, że nie można mnie nazwać jazzmanem. Tym bardziej, że jazzmani często jeszcze zawężają środowisko i często są zamknięci na inne nurty.

Nie można Waszej muzyki jakoś zaszufladkować, to nie jest nawet jazz nowoczesny…

KD: Nie można, ale trzeba. Gdzieś ta płyta w Empiku musi stać. To muzyka improwizowana przede wszystkim.

MK: Sami mamy problem, żeby to wsadzić w jakąś szufladę. Na pewno jest w tym bardzo dużo jazzu, ale jest to coś naszego. Zdajemy sobie sprawę, że jazz to nie jest muzyka łatwa. Często nawet nie jest zrozumiała i być może dla niektórych denerwująca. Nawet jakby nie było słuchaczy i zapotrzebowania na tego rodzaju muzykę, jest to dla nas tak ważna sprawa i tak odżywcza, że i tak byśmy grali.

A co z jazzem tradycyjnym, mainstreamem?

MK: Ja nie czuję się na siłach, żeby to grać, to nie jest mój nurt, natomiast bardzo lubię, cenię i mam dużo nagrań „mistrzów”.

Dlatego nie ma żadnych standardów na płycie?

MK: Mamy na tyle kompozycji, że gramy swoje rzeczy.

KD: Na to przyjdzie czas.

MK: Ale standardy także gramy! To jest bardzo dobra szkoła.

Nie ulega wątpliwości, że muzyka jest Waszym priorytetem, że jest to coś koniecznego do Waszego funkcjonowania.

MK: Trzeba by przyjść na naszą próbę, posłuchać naszych rozmów, posłuchać z nami płyt – w jaki sposób do nas trafia muzyka naszych idoli, jak reagujemy na muzykę, która nas wciąga i powoduje, że się unosimy nad ziemią!

W jaki sposób i jakich idoli?

MK: Ja wymienię tych, od których zaczynałem: Michael Brecker, Yellowjackets, Bob Mintzer, Chris Potter, John i Ravi Coltrane. Tego jest naprawdę mnóstwo. Jest tyle muzyki na świecie. Mam rodziców muzyków, w związku z tym muzyka była obecna od pierwszych chwil mojego życia tutaj. Na niej się wychowałem. Zresztą moja córka, Antośka, także już gra na fortepianie i perkusji. Ma „czuja” naprawdę, będzie z niej zawodniczka groźna!

KD: Idol jest słowem nastawionym głównie na naśladownictwo, dlatego jest złym wyrażeniem. Mogę się dołączyć do tych nazwisk, bo nie są mi obce i dorzucić pianistów, na pewno Herbie Hancock, Chick Corea, Glenn Gould z muzyki klasycznej, wielu rosyjskich kompozytorów: Rachmaninow, Skriabin, Prokofiew. Jest bardzo mało muzyki bezwartościowej.

Wymieniliście tylko twórców zagranicznych.

KD: Błędem polskiej muzyki jest naśladownictwo. To co się dzieje w popie, to jest naśladowanie tego, co się dzieje na Zachodzie.

MK: Ale oczywiście w Polsce także jest wiele wielkich nazwisk, jak chociażby Maciej Sikała, Piotr Wojtasik, Simple Acoustic Trio, Adam Pierończyk…

No dobrze, zostawmy idoli, a wróćmy do tego: jak reagujecie?

MK: Krzysztof jest taką osobą, która słyszy to, czego inni nie słyszą. Zwraca uwagę na pewne cząstkowe rzeczy, jakiś jeden dźwięk, jeden moment.

KD: Faktycznie, to się zdarza w aucie bardzo często.

MK: I to też są takie sprawy, które ciężko wyrazić. My to nazywamy: „posłuchaj, jak on to zagrał”, „posłuchaj, co tu się dzieje”, „ale grubo”. Jak widać: daleko nam do poetów!

Maćku, przyznajesz się wprost, że jesteś chrześcijaninem. Jest to rzadko spotykane w środowisku jazzowym.

MK: Nie wiem, nie zastanawiam się nad tym, nie interesuje mnie to nawet. Tak czuję i tak robię. Jeżeli bym tak nie robił, byłbym w niezgodzie z sobą, bo uważam, że, tak jak to cały czas podkreślam, muzyka jest częścią mnie, to jest nierozerwalnie powiązane ze sobą. Dla nas wszystkich muzyka jest bardzo ważna i poświęcamy dla niej swoje życie. Każdy z nas ma inną osobowość, nieco inną wrażliwość i każdy z nas inaczej postrzega też sprawy wiary. Są pewne kwestie, w których mamy inne zdanie, często prowadzimy rozmowy na tematy duchowe. Jednak nie na zasadzie kłótni i negacji, a raczej dyskusji, próby zrozumienia, albo wręcz powiedzenia, że w czymś mamy problem. Wydaje mi się, ze trzeba trafić na ludzi otwartych, żeby pomimo różnic potrafić grać razem, potrafić rozmawiać, zastanawiać się wspólnie…

Ale co to znaczy: być chrześcijaninem?

MK: Moim zdaniem bycie chrześcijaninem zaczyna się w momencie świadomego podjęcia wyboru. Jeżeli przyjmujesz to, co w Biblii jest napisane, jeżeli uważasz, że Biblia jest faktycznie księgą napisaną pod natchnieniem Ducha Świętego, jeżeli starasz się naśladować Jezusa, wtedy możesz mówić, że jesteś chrześcijaninem. Jest to ciężkie, bo trzeba odciąć korzenie od tego świata. Nie tu jest nasza ojczyzna! Ale tutaj zostaliśmy postawieni i tutaj powinniśmy walczyć dla Jezusa – walczyć ze sobą, z własnymi słabościami.

Mówisz: świadomie podjąć decyzję – czyli musi być jakiś punkt zwrotny. Co u Ciebie nim było?

MK: Wychowałem w rodzinie katolickiej (teraz jestem w zborze baptystów) i tak naprawdę miałem bardzo dużo szczęścia, bo Bóg był obecny w moim życiu od dzieciństwa. Miałem taki punkt przełomowy w momencie, gdy na studiach postanowiłem, że chcę narodzić się na nowo, że świadomie chcę przyjąć chrzest, mimo że zostałem ochrzczony przez rodziców jako dziecko. Chciałem, żeby to była moja decyzja i tak się właśnie stało. To uważam w moim życiu za punkt zwrotny i od tej chwili liczę moje nowe życie.

A później powstał Soundcheck…

MK: Wcześniej próbowałem też z innymi, natomiast wciąż modliłem się o to, żebym spotkał ludzi, z którymi mógłbym założyć taki zespół, jak Soundcheck. Dlatego uważam, że nie jest to przypadek, że dzisiaj gramy razem i jestem za nich bardzo wdzięczny Bogu. Za to, że gramy i że czujemy muzykę bardzo podobnie.

Ten skład stoi powyżej innych, czy nie można tak powiedzieć?

MK: Dla mnie na pewno. Soundcheck jest bardzo bliski naszym sercom, to jest nasz wspólny twór, wspólne dziecko. Początkowo był minimalnie inny skład, ale on szybko przybrał ten obecny kształt i w nim gramy, w nim działamy, w nim osiągnęliśmy najwięcej. Myślę, że teraz jest idealny.

KD: Jest to skład ludzi twórczych, z wyobraźnią. Krzysztof Szmańda (perkusja) czy Andrzej Święs (bas), których dzisiaj tu nie ma, to szalenie kreatywni ludzie. Znamy się już dosyć długo, dlatego jest między nami dobre porozumienie. Nasza współpraca jest bardzo wciągająca i motywująca.

Często określa się Was mianem nowatorskiego zespołu. Jak rozumiecie to nowatorstwo, które reprezentujecie?

KD: Na pewno, jeśli powstaje jakaś muzyka, to ona z założenia nie może być nowatorska. To by było nienaturalne zupełnie, zmieniałby się motor jej powstawania. Potem ktoś powie, że jest nowatorska i tak zostaje. Mamy szeroką paletę inspiracji. Każdy z nas coś wnosi. Docelowo świetnie by było, żeby z tego powstał jeden kolor, jeszcze trochę czasu nam to zajmie. Z różnych stron idą te gałęzie i plecie się taki jeden warkocz…

Już wiecie, jak to ma wyglądać?

KD: To jest rzecz wtórna. Jeśli to się stanie, to się już stało.

Na razie wciąż „checking”, tak? Ale jak to rozumiecie?

MK: Nie spotykamy się, tak jak Krzysiek mówi, po to, aby wymyślić coś nowego, odkrywczego. Chociaż są czasami takie chwile, że wpadamy nagle na jakiś pomysł i zaczynamy grać motyw, utwór w zupełnie inny sposób. W inny dla nas, bo może się okazać, że 50 lat temu ktoś już tak grał. Muzyka dla nas jest czymś, co nadal odkrywamy i mamy nadzieję, że to się nie skończy, bo to daje siłę i chęci, i mobilizację. Muzyka się zmienia. To cały czas gdzieś dąży. Nie jest ukształtowane w jeden kolor. Jak w kalejdoskopie. Wystarczy posłuchać naszej pierwszej, drugiej płyty i materiału, który teraz przygotowujemy – planujemy w jesieni wejść do studia.

Soundcheck III?

MK: Pewnie tak.

Czyli wciąż poszukujecie. A co znaleźliście?

MK: Znaleźliśmy utwierdzenie w tym, że naszą drogą nie ma być naśladownictwo. Mamy szukać czegoś swojego i to jest chyba najważniejsze znalezisko. Zdarzają się muzycy, którzy są wręcz kopią innych artystów, chociaż grają świetnie. Nam udało się tego uniknąć zarówno w graniu zespołowym, jak i indywidualnym. Często po koncertach zdarza się – ktoś przychodzi i mówi, że jak grałem, to mu się kojarzyłem z jakimś artystą. Tylko że za każdym razem jest to inny artysta, z totalnie innej bajki!

fot. archiwum zespołu

Nie wyobrażacie sobie życia bez muzyki…

MK: Nie. Ja tak naprawdę nic innego nie potrafię robić.

A jakbyś musiał przestać grać?

MK: Nie wiem, na pewno nie byłoby to łatwe. Na całej mojej drodze muzycznej widziałem tak wiele błogosławieństw tego, co robię, że wiem, że to jest od Boga. Ale jeżeli Bóg chciałby, żebym wybrał teraz inną stronę, to wiem, że miałby coś nowego dla mnie. Jest mi to trudno sobie w tej chwili w ogóle wyobrazić, natomiast zgodnie z tym, co mówi Biblia, Bóg nie pozwoli doświadczyć mnie w taki sposób, którego nie mógłbym dźwignąć. Wiem, że w tym doświadczeniu On także stałby za mną.