Nowy smak S.O.Su

Było wszystko, czego potrzeba do kiepskiego koncertu: zła pogoda, słaba promocja, zespoły będące powtórką z poprzednich lat. Na szczęście Pan Bóg po raz kolejny pokazał, że jest od tego wszystkiego silniejszy. Dał to, co na takiej imprezie jest najważniejsze – swoją obecność.

WERONIKA GURDEK, JAN GROCHOCKI

Dotychczas „Song of Songs” nazywano największym festiwalem chrześcijańskim w Europie. Teraz mówi się bardziej: „festiwal dla niewierzących”. – Od kilku lat festiwal nie wnosił już nic nowego. W tym roku byłem już bliski zrezygnowania z organizacji – dzieli się Wojciech Zaguła, dyrektor „Song of Songs” w rozmowie z Marcinem Jakimowiczem z „Gościa Niedzielnego”. – Wiedziałem, że jeśli festiwal ma się odbyć, coś musi się zmienić. I dlatego zdecydowałem się na Indios Bravos, na Lao Che. Ten ostatni to jedno z najciekawszych zjawisk muzycznych w ostatnich latach w Polsce. – Nie bałem się ich zaprosić na scenę „Song of Songs” – dopowiada.

Duchowy miszmasz?

Rzeczywiście zaproszenie obu kapel wymagało odwagi. Środowisko artystów i mediów od lat związanych z „Song of Songs” obserwowało to posunięcie z dużą uwagą i dystansem. Co ciekawe, obecność Lao Che wzbudziła większe kontrowersje niż występ Indios Bravos. A przecież to w muzyce Gutka i Banacha brak konkretnych odniesień do Boga, wszystko skierowane jest gdzieś na Wschód (symbolem nieodłącznie towarzyszącym Indios Bravos jest symbol „Yin yang”). Oczywiście przesłanie Indios Bravos nie przeszkadzało w dobrej zabawie. Melodyjne reggae ze świetnym wokalem Gutka bardzo się podobało.

fot. Weronika Gurdek

Podobne reakcje wzbudził występ Etny, zespołu, który rozpoczął piątkowy koncert. Publiczność bawiła się przy nich już od pierwszego utworu, wymuszając na zespole bisy. Natomiast, dla grającego po nich, Dubska (z gościnnym udziałem rosyjskiego artysty, Gera Moralesa) nie był to chyba najlepszy koncert w karierze. Choć nie można powiedzieć, aby zespołowi czegokolwiek brakowało, to mimo wszystko powolne, dubowe rytmy to nie to samo, co skoczne reggae w wykonaniu Etny.

fot. Weronika Gurdek

Jednak prawdziwą perełką pierwszego dnia festiwalu był koncert Lao Che. Już od pierwszych dźwięków utworu „Drogi Panie” publiczność doskonale się odnalazła. Koncert z utworu na utwór przeradzał się w prawdziwy muzyczny spektakl. Zespół zagrał większość kompozycji z najnowszej płyty „Gospel” (nie obyło się bez tych najbardziej dyskusyjnych, jak „Hydropiekłowstąpienie” czy „Czarne kowboje”), ale wrócił również do starszych, zakorzenionych już w polskiej tradycji muzycznej, utworów z „Powstania Warszawskiego”. Na słowa „Starego Miasta” wielu ludzi miało łzy w oczach. Wzruszona publiczność nie chciała Lao Che wypuścić ze sceny. Zespół poza błyskotliwymi tekstami gra fantastyczną muzykę: od folkowych inspiracji, poprzez motywy klezmerskie, do przesterowanych gitar i punkowych rytmów. A co do błyskotliwych tekstów, to wiele w nich ironii i poszukiwania… – Bo ja nie wiem, jaka powinna być naprawdę relacja między Bogiem a człowiekiem – dzieli się Spięty w rozmowie z Urszulą Jagiełło z „RUaH.pl”. – Ja za nią tęsknię, za nią podążam, ale wydaje mi się, że prowokacja poprzez ironię jest potrzebna, żeby wyśmiać to, co jest z pozoru nie do wyśmiania.

Za piątkową część festiwalu odpowiadał Maleo. Kolejność zespołów nie była przypadkowa. Finał należał do Maleo Reggae Rockers. Znowu? Można by zapytać. Przecież nie było chyba edycji festiwalu, na której zabrakło by Darka (MRR, 2 Tm 2,3, Arka Noego)! Jednak tym razem to właśnie jego występ okazał się programową klamrą spinającą cały dzień – słowa „To Jezus zwyciężył świat!” zabrzmiały naprawdę bardzo mocno! Konkretny przekaz oprawiony w żywiołowe reggae. Poza tym, na koncercie nie można się było nudzić. Do wspólnego grania Maleo zaprosił Michaela Blacka z Jamajki, a ich muzyka wszystkich porwała. Żal jedynie, że grali tak krótko. To wtedy właśnie czuć było tę niesamowitą atmosferę festiwalu – autentyczne uwielbienie w rytmie reggae.

Muzyczny miszmasz

Po jednostajnym piątku nadszedł czas na prezentację różnorodnych brzmień. Rozpoczęło się znanym z poprzednich lat konkursem „małej sceny”, tym razem przeniesionym na scenę… dużą. Niewątpliwie wiązało się to z oszczędnościami dla organizatorów, a przy okazji – skądinąd wygodny – słuchacz nie musiał się za bardzo przemieszczać. Publiczność zbierająca się przed zasadniczą częścią wieczornego programu, dotrzymała jednocześnie towarzystwa zespołom konkursowym. Trzeba przyznać, że był to marketingowy chwyt z dużą klasą. Nieco gorzej z klasą debiutujących kapel. Cztery formacje wyłonione głosowaniem internetowym nie zaprezentowały nic, co jury rzuciłoby na kolana. Jury doceniła jednak profesjonalizm grupy Quadrans i to oni zajęli pierwsze miejsce. Drugą nagrodę otrzymał zespół I.N.D.

fot. Weronika Gurdek

Właściwą część festiwalu rozpoczął zespół Amaryllis, zeszłoroczny zwycięzca w konkursie debiutów. Amaryllis to formacja oryginalna – łączy bowiem muzykę dawną z progresywnym rockiem. Wrażenie potęgują używane przez Amaryllis instrumenty – obok elektronicznych pojawiają się tradycyjne instrumenty dawne, jak lutnia czy teorba. Do tego dochodzi wokal i starofrancuskie oraz łacińskie teksty. Dla przyzwyczajonej do współczesnych brzmień publiczności, poznańska kapela to prawdziwa egzotyka, co najczęściej wiązało się niestety z niezrozumieniem. Na szczęście znaleźli się wśród słuchaczy uświadomieni odbiorcy. Szkoda tylko, że występ Amaryllis przewidziany został na taką wczesną porę – ich muzyka w połączeniu z mrokiem i odpowiednio dobranymi światłami niesamowicie by współgrała.

Po Amaryllis zagrał 40i30na70. „Osiołki” na toruńskiej scenie pojawiły się już nie pierwszy raz. Fani „40 synów” niewątpliwie uznali ich występ za udany. Dla tych odrobinę mniej przekonanych był to po prostu koncert jakich wiele. 40i30na70 to jeden z takich zespołów, który swoimi koncertami reprezentuje pewien constans. Choć ich melodyjny folk trudno uznać za mało dynamiczny, to sama prezentacja muzyki na scenie jest nieco zbyt przewidywalna.

fot. Weronika Gurdek

Stylistyka drugiego dnia festiwalu ani na moment nie lokowała się w jednostajnych brzmieniach. Po latach uśpienia na scenę wróciła formacja 3Siostry. Ich występ, choć nie pozbawiony niedociągnięć technicznych, spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem. Wśród słuchaczy nie zabrakło fanów sprzed lat, znających właściwie każdy utwór.

Gwoździem programu drugiego dnia został Anastasis. Zespół z Legnicy czuje się w Toruniu jak u siebie. To przecież publiczność „Song of Songs” wybrała ich utwór „Twoja krew” największym przebojem festiwalu w 2007 roku, a prowadzenie imprezy już kolejny raz organizatorzy oddali Cynamonowi, członkowi Anastasis. Zespół tym razem zaskoczył wszystkich nową osobą w składzie – wokalistką, Martą Kołodziejczyk. Dotychczasowe brzmienie utworów Anastasis doskonale uzupełnia mocny głos Marty. Czy połączenie rapowanych zwrotek i śpiewanych przez kobietę refrenów to recepta na sukces? Być może – trzeba przyznać, że muzycy Anastasis bardzo sprawnie poruszają się w wypracowanej przez siebie stylistyce. Do tego świetny kontakt z publicznością i efekt naprawdę piornujący.

fot. Weronika Gurdek

Po cięższym bloku muzycznym nadszedł czas na część oficjalną i występ drugiego zagranicznego gościa – Manuela III. Deszcz, który już na koncercie Anastasis rozpadał się na dobre, nie sprzyjał Manuelowi. Instrumentalnie wspierała artystę grupa muzyków z Poznania, której koordynatorem jest Leopold „Poldek” Twardowski. Liderom i instrumentalistom towarzyszył chór. Koncert finałowy miał przerodzić się w uwielbienie, podsumowujące cały festiwal. Ulewny deszcz nie zachęcał jednak do trwania pod sceną. Spora część publiczności niestety jeszcze w trakcie modlitwy opuszczała zamkową fosę. Komentowanie jakości przeżyć duchowych wiąże się zawsze z dużym ryzykiem. Pan buduje przecież na tym co słabe i grzeszne. Być może dla garstki stojących pod samą sceną, był to ważny duchowy moment.

fot. Weronika Gurdek

„Song of Songs” w tym roku pokazał, że nie liczy się ilość. Nie najważniejsza jest też medialna pompa (pierwszy raz od wielu lat klimatu festiwalu nie psuła telewizja). Jedenasty festiwal otworzył drugą dekadę w historii polskiej muzyki z przesłaniem chrześcijańskim. Jakie będzie to kolejne dziesięciolecie? Po czasie duchowego przebudzenia i spektakularnych nawróceniach – być może nadejdzie teraz czas dialogu – z Bogiem i z ludźmi. Nie raz przecież na drodze do prawdy trzeba się trochę „pospinać”. Muzyka jest i zawsze była płaszczyzną do prowadzenia dyskusji. Zatem dyskutujmy.