Schodzę do ludzi

Kiedy kładę się spać, to się modlę: daj Panie Boże, abym rano się obudziła i mogła przeżyć kolejny wspaniały dzień. Rano wstaję i dziękuję, że się obudziłam. Ja o tym tak często nie mówię, ale tak jest: wstaję rano, witam dzień znakiem krzyża i tak samo robię wieczorem (…). W Liverpoolu schodzę do ludzi i mówię, że jestem z Polski – „a to wy Polacy ukrzyżowaliście Chrystusa”. Odpowiadam: „nie kochany, to byli Żydzi, ale wiesz co?, ale to było dawno, dawno, a teraz… teraz to on zmartwychwstał”.

Z Magdą Piskorczyk rozmawia Michał Buczkowski

Lubisz pierogi?

Bardzo. Lubię ruskie, z kaszą (moja babcia robiła), z soczewicą, z warzywami, z owocami.

Pytam o pierogi, bo one kojarzą się z ludowością, z Polską; a Ty – Polka grasz jakąś niepolską muzykę…

Blues, gospel, jazz i soul rzeczywiście kojarzą się z Ameryką i Afryką. Jako takiego polskiego bluesa czy gospel nie ma, tak samo jak nie ma amerykańskiego krakowiaka… Przywiązuję dużą wagę do słowa; wszystko, co śpiewam – rozumiem. Jeśli to są języki kreolskie czy afrykańskie, to staram się znaleźć tłumaczenie i wiedzieć o czym śpiewam, a angielski jest dla mnie dość prosty. Po polsku bluesa nie śpiewam, bo jakoś niespecjalnie jestem do tego przekonana. Po polsku śpiewam rzeczy bliższe jakiejś poezji śpiewanej.

Czujesz się artystką ludową?

mmm… Cały czas staram się pamiętać o korzeniach – skąd się te rzeczy wzięły. I w zasadzie patrząc od strony bluesa w Ameryce, można powiedzieć, że jestem artystką ludową. Są w moim repertuarze takie utwory, ale trochę nowoczesności też się wkrada. Nowoczesności w odniesieniu do ludowości, bo np. nie gram na jednej strunie rozpiętej na werandzie, jak się to robiło kiedyś – długi drut rozciągnięty pod wpływem gorąca i ktoś grał na tym slidem, czyli wtedy butelką. Czarni na farmach nie mieli instrumentów – puszki służyły za basy, albo w jazzbandach kij od szczotki przymocowany sznurkiem do balii służył za bas. Na czymś takim nie gram, więc do korzeni dosłownie nie sięgam, ale czy ja się czuje artystka ludową… na pewno wykonuję amerykańską muzykę ludową. Czasem po festiwalu zostaję kilka dni i szukam muzyków, gram z nimi – to uczenie się – nie tyle warsztatu, co podejścia. Jak byłam w Stanach, to się okazywało, że umiem zagrać rzeczy, których nie umiem zagrać – chodzi o otwarcie – samo wychodziło. Mam nadzieję, że trochę pożyję i poznam jeszcze nieco muzyki ludowej – polskiej, która jest bardzo ładna w niektórych regionach.

Ty nie sięgasz do korzeni?? Grasz bardzo korzennie.

Nie sięgam po pierwotne instrumentarium. Gram na gitarze, czyli czymś bardziej nowoczesnym, nawet jeżeli jest ona akustyczna. Jeżeli zaś chodzi o sama muzykę, to tak – korzennie: biorę melodię, słowa, jakąś opowieść – nie robię hitów, nie robię utworu, który ma tylko cztery minuty, bo taki się mieści w radiu, albo trzy pięćdziesiąt, żeby nie ucięli końcówki.

Dlaczego nie piszesz tak, żeby się ludziom podobało?

To nie jest kwestia upodobań ludzi, tylko wymogów radia czy telewizji. A to nie ma związku z tym, co się podoba ludziom. Pomalutku coś się zmienia w mediach, ale jeszcze nie słuchacze decydują, co będzie puszczane. Nie gram dla samej siebie, chciałabym, aby to, co robię, docierało do ludzi. Korzystam z każdej okazji, by prezentować muzykę, którą kocham, którą wykonuję, komponuję. A przekonują mnie reakcje ludzi – oni są głodni normalnej muzyki, żywej; albo przynajmniej chcą mieć większy wybór. Nie boję się grać w pubach, na imprezach otwartych – ktoś mówi wtedy „a bluesa będą grali, e tam blues”, ja mówię „blues, ale proszę posłuchać jaki blues, zobaczymy czy to się sprawdzi czy nie”. Często się sprawdza.

fot. James Keelan

Na Wikipedii hasła „Magda Piskorczyk” szuka się w kategorii „muzyka chrześcijańska”…

To dobrze. Od Pana Boga dostałam wszystko, co mam. Wykonuję gospel, czyli God Spell – Słowo Boga, jestem katoliczką od urodzenia. Śpiewałam gospel w kościołach różnych wyznań. W czerwcu byłam na cudownym festiwalu gospel w Liverpoolu. Festiwal połączony z głoszeniem Słowa Bożego wśród ludzi, czyli… z samą ideą gospel. Dziesięć dni wiary, która jest okraszona muzyką. Tam ludzie pytali – kiedy zostałaś zbawiona, czyli kiedy zostałaś ochrzczona; odpowiadam „jako małe dziecko”, „o, to wielkie szczęście”.

Jak wyglądało to głoszenie?

Bierzemy wzmacniacz, gitarę, generator prądowy i świadczymy o Chrystusie. Był tam jakiś grill, ludzie przychodzili, częstowali się. Organizatorzy zaproponowali mi wyjście do bardzo niebezpiecznej dzielnicy, tam gdzie są czarni panowie na motorach, o których śpiewa Sinéad O’Connor, jest masę dilerów, mnóstwo psów hodowanych na potrzeby walk. Przyjechał jakiś pan, zaczął nas wyzywać, a ja… jakiś wewnętrzny spokój, brak strachu, mówię: przyjdź na koncert, przyjdź na spotkanie, przyjdź na msze świętą. I przyszedł. Przyszedł na koncert i coś go poruszyło. Pan Bóg na niego wpłynął – zaczął śpiewać, rozmawiać z nami normalnie, bez żadnych przekleństw, bardzo kulturalnie. I widzi się ewidentną – mam nadzieję długofalową – przemianę człowieka. Byłam zszokowana. Była jeszcze jakaś pani po przejściach, zaczęła „nie boisz się nas?”, ja na to „szczerze, to nie”. Zaczęłam się wygłupiać, oni zaczęli mówić dialektem, ja że nie rozumiem i proszę wolniej. Są różne sposoby – trzeba rozmawiać, żeby poznać drugiego człowieka. Ludzie się boją drugiego człowieka. A ze strachu różne głupoty się robi.

W Polsce też byś tak wyszła?

Tak, ale chyba nie za bardzo jest to dozwolone przez władze. Ja, że tak powiem, nie czuję się preacherem, nie potrafię chyba dobrze świadczyć o Panu, ale nie wstydzę się wiary. Nie czuję się upoważniona, by mówić ludziom „to jest dobre, a to złe”, ale nie wstydzę się Pana Boga, nie mam problemu, by przyznawać, że Pan Bóg jest bardzo mocno obecny w mym życiu. Mówię „Kocham Pana Boga, Pan Bóg jest”, ktoś może się z tym nie zgodzić. I ma prawo do tego typu myślenia. Ja nie przychodzę i nie mówię „ty masz wierzyć, bo ja ci tak mówię”. Jezus też nie narzucał wiary nikomu. A mówię, bo szczerze wierzę. Robię to z potrzeby serca. Kiedy kładę się spać, to się modlę: daj Panie Boże, abym rano się obudziła i mogła przeżyć kolejny wspaniały dzień. Rano wstaję i dziękuję, że się obudziłam. Ja o tym tak często nie mówię, ale tak jest: wstaję rano, witam dzień znakiem krzyża i tak samo robię wieczorem. Niektórzy w mym zespole niekoniecznie. Mówią, że wierzą w pewna siłę, ja wiem, że tą siłą jest Pan Bóg. Sposobem zaśpiewania, zachowania można wiele przekazać. Słowa to nie wszystko. Są osoby, które mówią „Magdo, nie rozumiałem, o czym to jest”, wtedy im tłumaczę.

Kto podejdzie do artystki, tej która stała na wysokiej scenie i będzie pytał o sens piosenek, bo nie zrozumiał tekstu? Takiemu szaraczkowi z widowni głupio nawet podejść.

Dlatego ja schodzę do publiczności. Granica jest sztuczna – utworzona przez wysokość sceny. Scena jest tylko po to, by było widać z daleka. Jakby artysta stał na podłodze, to by się ludzie przepychali. Ja tak traktuję scenę, tylko po to jest mi potrzebna. Zawsze z niej schodzę podczas koncertu, chcę zobaczyć, kto jest wśród publiczności, jak ludzi reagują na nasz przekaz. Żeby móc razem tworzyć. Różne rzeczy się wtedy dzieją – w Liverpoolu schodzę do ludzi i mówię, że jestem z Polski – „a to wy Polacy ukrzyżowaliście Chrystusa”. Odpowiadam: „nie kochany, to byli Żydzi, ale wiesz co?, ale to było dawno, dawno, a teraz… teraz to on zmartwychwstał”. „Zmartwychwstał? ha, ha, ha”

Nie miałaś nigdy podobnych myśli? Bunt, chęć zmiany wiary?

Chyba nie. Chyba jeszcze nie (śmiech). Mam nadzieję, że to się nie zdarzy. Miałam momenty złości, takie „po co?, po co?, po co?”, jak każdy, ale zawsze okazywało się, że to wszystko miało jakiś cel, w oczach Boga nie było bezsensowne. Całkowitego odrzucenia – nie.

fot. I. Graff

Połączenie gospel i chrześcijaństwo jest naturalne, ale jak blues łączyć Ewangelią?

Robert Johnson zaprzedał duszę diabłu, jak nasz Twardowski??? Żeby śpiewać bluesa nie trzeba zaprzedać duszy diabłu. Wielu muzyków bluesowych wyrosło w Kościołach. Nie odrzucali wiary. Jest nawet taka kategoria gospel-blues. Blues to było wyzwolenie dla niewolników, tak samo gospel. Ta muzyka uwalniała ich od potwornego życia. Został czysty gospel, czysty blues, ale i „brudny” opowiadający o hulankach i tak dalej, morderstwach (takich historii nie śpiewam). Blues i boży przekaz łączą się – na pierwszym koncercie w Liverpoolu dostaliśmy piętnaście minut, a graliśmy czterdzieści pięć plus wejście i zejście. Dowiedziałam się o tym kilka dni później, myślałam, że zmieściliśmy się w czasie. Wtedy to było takie dziesięć centymetrów nad ziemią.

Tak mawiają muzycy kręgu liturgicznego…

To jest coś takiego, że człowiek się czuje taki lekki, wolny od ciężkich ludzkich spraw; nie mówię wolny od życia, czyli żyjący bezmyślnie, bo to nie o to chodzi. Bardzo często to, co nas przygniata, to nie ciężka walizka, ale to co mamy w głowie. Jakoś człowiek się wyzwala. Albo czasami wrażenie jakby fruwania pojawia się, gdy ludzie włączają się mocno – wstają, śpiewają, podnoszą ręce – to jest coś nieokreślonego. Mieliśmy koncert poświęcony Mahalii Jackson, czyli tylko gospel, w klubie, gdzie są papierosy, alkohol. Ktoś przyszedł: „modliłem się z panią przez cały koncert”. Nie „o, pięknie pani śpiewa, a Ola ładnie gra na gitarze, a pan Stasiu cudnie zagrał solówkę” – nie – „modliłem się z panią cały czas”. Wspaniale, że ktoś to tak odczuł, bez zbędnego mówienia.

Ty swoją autentyczność musisz odnajdować w czyichś ramkach – nie grasz swoich kompozycji.

Muzyka raczej jest moja. Biorę historie, czyli po prostu teksty. A takie są prawa, iż nie mogę napisać, że to mój utwór.

Ale muzycznie też się sugerujesz?

Utwory z „Magdy Live” są bliskie oryginałom. Ale te z „Blues travelling” nie za bardzo, poza tekstami… a nawet teksty zmieniam. Są rzeczy, których nie czuję, więc ich nie zaśpiewam, albo coś od siebie dorzucam, bo coś właśnie odczułam. Kiedy już pracuję nad utworem, wygładzam, czyli gdy powstaje już ta moja de facto muzyka, to i tekst szlifuję. Myślę, że bardzo koślawo wychodziłoby mi odtwarzanie totalne. Kiedyś chciałam zagrać utwór tak, jak brzmiał oryginalnie – kompletnie nie wyszło. Wtedy to nie jest to, muzyka nie wychodzi spod palców, tego się nie czuje całym ciałem. Jak już coś gram, to ciało jest połączone z umysłem. Nie mogłabym być chyba muzykiem sesyjnym. Chociaż marzy mi się zaśpiewać jakieś chórki, albo w jakimś wielkim chórze; zagrać czyjąś aranżację, żebym to nie ja była liderem. Na pewno przyjdzie jeszcze na to czas.

fot. I. Graff

Swoją osobą ograniczasz twórczo tych, z którymi grasz?

Baaardzo… Żartuję, nie. Mam wizję muzyki, przez cztery lata jeździłam sama z gitarą, więc wizja powstaje w głowie. I słyszę jak bas ma iść, jak perkusja, jak gitara… ale staram się tego na początku nie mówić. Perkusja, bas to zresztą co innego, sekcja rytmiczna musi się zgrywać z tym pulsem, który czuję. Ale często gramy i nie mówię nic dopóki ktoś nie wpadnie na coś, co może być akurat fajniejsze. Nawet nie w tych kategoriach – po prostu ktoś wpada na pomysł i on zaskakuje, że tak kolokwialnie powiem – czujemy, że miedzy nami żre. Chyba tak bardzo nie ograniczam muzyków.

Skąd Ty masz tyle głosów w sobie? Z każdą piosenką inna barwa.

Nie wiem – może mam rozdwojenie jaźni… Głos traktuję jak instrument – tak samo jak na gitarze można zagrać różne rzeczy, tak myślę sobie, że jak Pan Bóg daje możliwość wykorzystywania głosu na różnych poziomach, to należy to wykorzystać. Jako małe dziecko słuchałam starych rzeczy, stare gospel, Mahalia Jackson. To siedzi w głowie. Nawet jak byłam w szkole średniej, to miałam niższy głos niż koledzy. Potem zaczęłam śpiewać inaczej, bo mi Kolega powiedział, że to śmieszne, że bym ja „-łam” (dziewczyna) śpiewała niżej niż on „-łem”. No dobra – może w ogóle nie powinnam śpiewać (śmiech). Miałam – na szczęście krótki – romans z takim jakimś growlingiem, z takim śpiewaniem po murzyńsku (w cudzysłowie oczywiście – ktoś kiedyś określił, że ich śpiew to takie niskie „mememe”). Mówią o mnie „czarny głos (w białym kostiumie)”, ale teraz to trochę inaczej – ja nie męczę gardła. A kiedyś pół roku męczenia, bo bałam się zaśpiewać normalnie, pełnym swoim głosem. To jest takie otwarcie się na to, co można. Ta „wielogłosowość” we mnie siedzi.

fot. I. Graff

Odcisnęłaś rękę w Alei Gwiazd Polskiego Bluesa. Wyprzedziłaś nawet Mirę Kubasińską i Martynę Jakubowicz.

Wyprzedziłam? Może nie wyprzedziłam, po prostu trafiłam na dobry czas. Mira Kubasińska zawsze będzie traktowana z szacunkiem wielkim, ona już nie zdążyła… A że jest tam gwiazda również nieżyjącego Tadeusza Nalepy… on jest traktowany jako ojciec polskiego bluesa. Na pomysł założenia takiej alei wpadają jacyś ludzie, którzy mają jakieś gusta. Mnie to jeszcze bardziej niż ciebie zaskoczyło. Uważam, że był to bardzo, bardzo miły gest.

Czujesz się sławna?

Nie nazywajmy tego aleją sław, ale aleją polskiego bluesa po prostu, tak to odbieram. A że aleja jest w miejscowości Sława… Nie, nie czuję się sławna. Myślę, że znajdzie się tam jeszcze wiele osób – znanych, mniej znanych.

Co robisz, żeby mieć takie włosy?

Kupuję peruki na w dobrym sklepie na ulicy… nie żartuję – to efekt pierwszego koncertu elektrycznego, gdy źle podłączyłam wzmacniacz – tak zostało… (też żartuję). Mam takie dziedzictwo po mamie i tacie. Tata miał kręcone, a mama grube i dużo. To jakoś się we mnie połączyło.

fot. I. Graff