Szalejący z miłości

Jak świat w dzisiejszych, tak bardzo zlaicyzowanych czasach, postrzega ludzi, którzy nagle, w trakcie rozwijania błyskotliwej kariery, zaczynają mówić publicznie o Królestwie Chrystusa, czyli o tym, o czym świat chce właśnie zapomnieć? Reakcja jest oczywista. Wariatów się alienuje, bo przecież są chorzy… Zespół „Delirious?” (dosłownie: brędzący, majączący) oszalał, to prawda. Ale oszalał z miłości do Boga, tak jak Bóg oszalał z miłości do człowieka. „Delirious?” to szaleńcy, którzy chcą zmienić świat. Trzeba przyznać – robią to skutecznie.

Mikołaj Budniak

Stojąc pośród tłumu ludzi na koncercie brytyjskiej grupy „Delirious?” w katowickim Spodku, nie sposób było nie włączyć się w śpiew znanej na całym świecie piosenki „I Could Sing Of Your Love Forever”. Nawet sceptycy w pewnym momencie zaczynali odpowiadać na zaproszenie charyzmatycznego wokalisty i gitarzysty – Martina Smith’a, a wszyscy zgromadzeni pod sceną tańczyli, wznosząc przy tym ręce.

Mocny rock przeplatający się z piękną kantyleną (dziś jest to bardzo często domena muzyki pop), do tego cały wachlarz dynamiczny od piano przez mezzoforte do fortissimo, składały się na szeroką paletę ekspresji i siłę rażenia tej muzyki. Znaczący wpływ na brzmienie całości miały także instrumenty, a zwłaszcza dwie gitary elektryczne (czasem akustyczna) praktycznie co utwór zmieniane na inne, podrasowane licznymi efektami. Nie sposób też nie wspomnieć o syntezatorze, stage piano, elektrycznym basie (czasem nawet pojawiał się syntezator basowy), rockowej perkusji czy loopach, które urozmaicały brzmienie i nadawały mu nowoczesności. A jeśli już o brzmieniu mowa, to zasadniczo było ono jasne i szkliste, jednak czasem stawało się cięższe, melancholijne. Do tego jeszcze specyficzny wokal o nieco nosowej, szorstkiej, w średnicy drewnianej barwie (zdarzały się braki intonacyjne, podkreślały one jednak prawdziwość całego wydarzenia i dodawały uroku) – i oto jest „Delirious?”!

Oprócz muzyki bardzo ważną rolę odgrywały także inne elementy całego show. Światła – ruchome głowice dające multum możliwości oraz projekcje na telebimach wprowadzały odbiorców w niezwykłą rzeczywistość będącą nie tylko przestrzenią koncertową, ale także modlitewną. Cały spektakl był przygotowany od początku do końca profesjonalnie. Każdy element miał swoje miejsce w konstrukcji całości. Muzyka nie była trudna w odbiorze, co od razu przekonało większość słuchaczy do zespołu i pozwalało na szybkie włączanie się w śpiew. Trzeba przyznać, że zespół trochę nawiązuje do legendarnej grupy „The Beatles”, choćby poprzez sam image sceniczny (garnitury!), a także niektóre rozwiązania melodyczno-harmoniczne.

Treści, które niosą ich piosenki, nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Ten zespół zmienia bieg historii. Uczestnicząc w tym przeżyciu, ma się wrażenie, że zespół robi coś wielkiego. Sami członkowie zespołu przyznają, że do tego powołał ich Bóg. Jest to misja. Koncert „Delirious?” niesie nadzieje, niesie to „coś”. Niesie Ewangelię głoszoną za pomocą świetnego medium, jakim jest muzyka z całą dodatkową osnową. Nie ma tu żadnych niedomówień, wszystko jest jasne: Jezus jest Królem! – jak śpiewał Martin.

Kto był na tym koncercie ten z pewnością się nie zdziwi, że zespół nagrał 14 albumów, dał tysiące koncertów, że ma na swoim koncie liczne nagrody: kilka złotych i platynowych płyt, Dove Awards oraz nominację do nagrody Grammy. Pewne jest, że na koncercie w katowickim Spodku narodziło się wielu nowych fanów tej grupy, a co ważniejsze, wiele osób wyszło z tego koncertu przemienionych.

Dziś wiem, że nie wystarczy tylko dobrze zagrać. Trzeba mieć w sobie to „coś”, co przyciągnie do siebie ludzi. Nie potrafię opisać słowami tej siły, wiary i nadziei, która płynęła prosto ze sceny, i która sprawiła, że podczas koncertu miałem cały czas przed oczami obraz powrotu do domu.

Tomasz Kania

– Czy „Delirious?” czymś mnie jeszcze zaskoczy? – zastanawiałem się, czekając w kolejce do kasy przed koncertem w Londynie. W końcu po raz czwarty wybierałem się na ich koncert… Jednak przede wszystkim nie dawała mi spokoju jedna myśl: co skłoniło tyle osób, w tym zlaicyzowanym i przepełnionym konsumpcją mieście, do przyjścia na biletowany koncert grupy, która tak otwarcie dzieli się swoją wiarą?!

Ktoś, kto popatrzyłby z boku na czekających w kolejce, w życiu nie pomyślałby, że całe to towarzystwo wybiera się na koncert z bardzo konkretnym przesłaniem chrześcijańskim. Tu nikogo nie dziwi widok dziwacznie ubranych ludzi, rozwydrzonych nastolatek, którym, z różnych powodów, lepiej nie zwracać uwagi. Fajka w ustach i zimny browar w ręce to nieodłączne elementy prawie każdej imprezy w Londynie. A obok całe rodziny z dziećmi, dziadkowie z wnukami. Totalna mieszanka kulturowo-pokoleniowa.

Będąc już na sali, po raz kolejny miałem okazję przekonać się, jak sprawnie i profesjonalnie wygląda przygotowanie takiego koncertu za granicą. Wszystko jest zaplanowane, niemal co do minuty. Z podziwem patrzyłem na akustyków i techników, którzy dosłownie w dziesięć (!) minut złożyli saportujący zespół, instalując jednocześnie „Delirious?”. A w Polsce? Muzycznie może nie odstajemy od zachodnich kapel, jednak mam wrażenie, że organizacja w wielu przypadkach pozostawia wiele do życzenia. I do tego dochodzą zazwyczaj problemy finansów. Dopiero po przyjeździe do Anglii wyleczyłem się z kompleksu, czy powinno się brać pieniądze za koncert chrześcijański. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: gdyby nie potężny wkład finansowy, nie byłoby tak dobrze i profesjonalnie przygotowanego koncertu. Wszystko miało swoje miejsce, począwszy od osoby, która biegała z miotłą po scenie, poprzez odpowiednie ułożenie kabli, a skończywszy na tych wszystkich efektach świetlnych, które dodały odpowiedniego klimatu.

Około godziny 20.45 pogasły światła, tłum skandował, a ze sceny Martin, siedzący na symbolicznym tronie, wołał „wybaw mnie od królestwa pychy i wygody, w którym sam jestem królem”. Chwila ciszy, po czym rozpoczął się niesamowity rockowy spektakl. Z racji tego, że muzycy pochodzą z niewielkiej miejscowości pod Londynem, śmiało można powiedzieć, że wrócili na „stare śmieci”. Może dlatego niezwykle ciepło i miło słuchało się słów Martina, który w pewnym momencie odłożył gitarę, mówiąc: „dajcie trochę światła na wszystkich, chcę zobaczyć, kto jest, poświećcie też po balkonach, wow, wszystkie miejsca pełne, widzę całą masę znajomych twarzy! Dziękuję, że przyszliście, nieważne gdzie będziemy za rok, zawsze będziemy pamiętać ten czas, to miejsce, to są bardzo ciepłe chwile, które mamy w naszych sercach”.

Dziś wiem, że nie wystarczy tylko dobrze zagrać. Trzeba mieć w sobie to „coś”, co przyciągnie do siebie ludzi. Nie potrafię opisać słowami tej siły, wiary i nadziei, która płynęła prosto ze sceny, i która sprawiła, że podczas koncertu miałem cały czas przed oczami obraz powrotu do domu. Widziałem męża wracającego do swojej żony, małe dziecko uczące się chodzić i upadające w ramiona ojca, widziałem też swoje Góry Świętokrzyskie, po których już tak dawno nie chodziłem…

Kilka lat temu chciałem mieć choć jedną płytę „Delirious?”. Nawet nie przypuszczałem, że będzie mi dane widzieć ich na żywo aż 4 razy. Wierzę, że tę najlepszą płytę, zaczęli nagrywać z pierwszym dniem, kiedy powstali, a skończą ją w dniu ostatniego koncertu, po to, aby zacząć tworzyć kolejne dzieło.