Bez zakłóceń

W moim przekonaniu ta płyta sporo waży, na pewno więcej niż 21 gramów. Jest zapisem drogi: od młodzieńczego buntu, niezgody na utratę do większej akceptacji i do większej pokory wobec życia, ludzi i Boga.

O życiu, duszy, twórczości i nowej płycie „21 gramów” z Marcinem Styczniem rozmawia Monika Smółka

Słuchający Twoich utworów ma wrażenie, że dobrze Cię zna. Słusznie?

Moim zdaniem artysta albo ma coś do powiedzenia albo nie. Dlatego nie śpiewam o czymś przypadkowym, tylko o rzeczach ważnych, o tym, co gra mi w duszy, a żeby to zrobić, muszę się odsłonić.

Twoja pierwsza płyta z 2006 roku „Pieśń o Bogu ukrytym” to wiersze Karola Wojtyły. Jego poezja jest dla wielu ludzi miejscem spotkania z tym, co dla człowieka najważniejsze. A dla Ciebie?

Poezja Wojtyły jest bardzo głęboka, mistyczna, filozoficzna, przez co dla niektórych zbyt trudna. Gdy zetknąłem się z nią po raz pierwszy na lekcjach języka polskiego w ogóle do mnie nie przemówiła, wydaje mi się, że byłem wtedy za głupi. Gdy wróciłem do niej po latach, już po studiach, po wielu życiowych zakrętach, znalazłem w niej ukojenie, ale przede wszystkim prawdę, której wszyscy tak bardzo szukamy, ale jakoś znaleźć nie możemy. Może dlatego, że nie szukamy tam, gdzie powinniśmy, w swoim wnętrzu. A jak pisał Wojtyła „Dalekie wybrzeża ciszy zaczynają się tuż za progiem”. Praca nad tymi wierszami zbiegła się z moim powrotem do Kościoła i ze śmiercią Jana Pawła II. To był dla mnie jeden z ważniejszym momentów w życiu. Nie da się, zajmując się sobą, swoim wnętrzem, nie zadać sobie fundamentalnych pytań egzystencjalnych: kim jestem?, jaki jest sens tego wszystkiego? A one prowadzą do Boga.

A Twoja droga zanim zacząłeś zadawać te pytania?

Jestem człowiekiem ochrzczonym, bierzmowanym, byłem u Komunii, należałem nawet przez krótki czas do oazy, ale potem poszedłem swoją drogą. Złośliwi mówią, że bierzmowanie to sakrament odejścia od Kościoła pod przewodnictwem biskupa. Często tak się dzieje. Okres dojrzewania jest przez Kościół w moim odczuciu przegapiony i niewykorzystany. Wielu młodych ludzi odchodzi, a jeśli nawet pozostają, to bez przekonania, niby są, ale jakby ich nie było. Ze mną właśnie tak było. W liceum byłem bardzo zbuntowany i odszedłem z Kościoła. Nie czułem, że to jest miejsce, gdzie mogę się realizować, że to jest miejsce, które odpowie na moje egzystencjalne pytania. Nie spotkałem być może wtedy odpowiednich ludzi. Nie żałuję jednak z perspektywy czasu, że taką miałem drogę, bo ona na nowo doprowadziła mnie do Boga. Może przez ciernie, może przez jakieś tam manowce, ale dzięki temu świadomie zdecydowałem, że chcę wrócić.

fot. archiwum

To teraz pewien obrazek. Co Ty na to? Kiedy fotograf zobaczy takie miejsce, które wyda mu się niezwykłe – zrobi zdjęcie. Kiedy poeta zachwyci się nim – napisze wiersz. Kiedy architekt pozna je – zaplanuje tu dom. Kiedy poruszy Marcina Stycznia, zaśpiewa o nim piosenkę…

Jest w tym dużo prawdy. Chociaż o wiele bardziej niż miejsca interesują mnie ludzie, ich uczucia, problemy, dylematy, wątpliwości. Poza tym oczywiście sztuka, film, poezja. Gdybym nie zachwycił się konkretnymi wierszami nie napisałbym do nich muzyki. Tylko to, co czuję, jestem w stanie przekazać ludziom. Poza tym, żeby nas coś zaskoczyło, musimy mieć w sobie coś z dziecka. Przypominają mi się słowa Jezusa: jeżeli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa Bożego. A co robi dziecko? Przede wszystkim wszystkiemu się dziwi. I każdy z nas musi to dziecko w sobie odnaleźć. Tylko wtedy można zrozumieć, co pisał Karola Wojtyła w „Pieśni o Bogu ukrytym”: „Często myślę o tym dniu widzenia, który pełen będzie zdziwienia nad tą Prostotą, z której świat jest ujęty”. Jeśli przestajemy się dziwić i wydaje nam się, że wszystko już wiemy, to chyba trzeba umierać…

A co wtedy, jeśli znajdzie się tu wrażliwy i krytyczny wędrowiec, który to miejsce chce zabrać ze sobą, dokądkolwiek się uda… I wcale nie musi mu się spodobać ani zdjęcie fotografa, ani wiersz poety, pewnie tym bardziej makieta architekta… Czy myślisz, że Twoje piosenki może zabrać ze sobą w drogę?

Byłoby mi miło, gdyby jakiś wędrowiec zabrał ze sobą moje piosenki. Ale nie stawiam sobie takich celów. Kiedyś dużo myślałem o tym, czy to, co tworzę, podoba się ludziom. Teraz, gdy już napiszę piosenkę i czuję wewnętrznie, że ona mi się podoba, że na miarę swoich możliwości zrobiłem wszystko jak najlepiej, jestem wolny, nie potrzebuję więcej. Przecież piosenki tylko przeze mnie przepływają. A już na pewno nie mam wpływu na to, jak one zostaną odebrane.

Mam tu także na myśli delikatność przekazu. Czy Twoja interpretacja jest na tyle otwarta by zostawiała pewne niedopowiedzenie dla słuchającego?

Bardzo starałem się o to na mojej pierwszej płycie. Chciałem, żeby muzyka pomogła tekstom Wojtyły w dotarciu do odbiorcy. I dostaję sygnały od ludzi, że dzięki moim prostym melodiom, oni te teksty, przecież niełatwe, mistyczne, lepiej rozumieją. To dla mnie największy komplement. Myślę o tym tak. Miałem do wykonania pewną robotę, starałem się być dobrym przekaźnikiem bez zakłóceń, żeby poezja napisana przez wielkiego Mistrza duchowego do nas dotarła.

Rytmiczne dźwięki i wpadające w ucho melodie mogą coś tu jednak zatracić…

Może tak być. Interpretacji tych wierszy jest dużo. Musiałem się od tego odciąć, nie myśleć w tych kategoriach. Musiałem się też odciąć o tego, że śpiewam teksty Papieża, bo na kolanach nie da się pisać muzyki. Zaśpiewałem te teksty tak, jak je rozumiem i czuję. Wszystkich nie jestem w stanie zadowolić.

A Twoja najnowsza płyta „21 gramów”. Kładziemy ją na wadze. Według Ciebie – krążek lekki czy ciężki dla ducha?

W moim przekonaniu ona sporo waży, na pewno więcej niż 21 gramów, ale to jest moja miara. Dla mnie to bardzo ważna płyta, bo jest zapisem mojej drogi: od młodzieńczego buntu, niezgody na utratę do większej akceptacji i do większej pokory wobec życia, ludzi i Boga.

fot. archiwum

Uderza tu autentyczność Twojego przekazu twórczego. Czy Twoimi piosenkami poszukujesz odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, czy może już znalazłeś i o tym śpiewasz?

Jeszcze nie znalazłem wszystkiego. Kiedy na przykład śpiewam tekst Wojtyły „Miłość mi wszystko wyjaśniła…” to wiem, że jeszcze nie do końca mi wszystko wyjaśniła, bo swojej rodziny nie założyłem. Staram się jednak, aby moje relacje z ludźmi opierały się na prawdzie, na autentyczności. Nie zależy mi na karierze w showbiznesie, na sztucznych relacjach, na tym, co pozorne. W 2008 roku skończyłem trzydzieści lat i moja płyta „21 gramów”to jest może pierwszy świadomy głos mężczyzny, który czegoś w życiu doświadczył. Może jeszcze wszystkiego nie wie, ale przynajmniej zadaje ważne pytania. Jeśli spotkamy się za dziesięć lat, to myślę, że moje piosenki będą miały jeszcze większy ciężar. Jeden z terapeutów niemieckich mawia, że ciężar duchowy mężczyzny, który ma rodzinę i tego, który jej nie ma, jest zupełnie inny. Na razie nie mam żony, nie mam dzieci, więc znam swoje miejsce w szeregu.

Co zatem musi się stać, by zobaczyć życie – jak śpiewasz – niepodzielone, niezniewolone i nieskończone?

Tak naprawdę musimy bardziej pokochać. Tego uczy nas chrześcijaństwo i po to przyszedł Jezus na ten świat. Prawdziwa miłość nie powoduje podziałów. Wywołują je złe emocje: zazdrość, złość, gniew, nienawiść, itd.. Tam gdzie jest miłość, tam podziałów nie ma. Tego „niepodzielonego”, czyli pełni możemy doświadczyć u kresu naszych dni, a może dopiero po tamtej stronie. Tylko mistycy doświadczają tej rzeczywistości za życia. Ja mistykiem nie jestem – może czasem bym chciał, ale wtedy musiałbym rzucić to całe granie, bo dla mistyka obcowanie z Bogiem jest o wiele istotniejsze niż wszystko to, co przemija. Póki co zostaję przy muzyce.

Czy myślisz, że rzeczywiście trudno poruszyć duszę współczesnych ludzi?

I tak, i nie. Wierzę, że w ludziach jest potworny głód duchowy, ale boją się lub wstydzą do niego przyznać. Poza tym kultura masowa służy temu, by zagłuszyć ten głos „wyjącej duszy”. Można jednak dotrzeć do duszy każdego. Ostatnio grałem w więzieniu dla kobiet w Grudziądzu i były naprawdę poruszone. Czasem wystarczy jedno słowo, jedno zdanie, żeby zmienić czyjeś życie. To już jednak nie ode mnie zależy – ja robię swoje, staram się zagrać jak najlepiej, a potem działa już Pan Bóg.

Trzydziestoletni mężczyzna dedykujący mamię piosenkę „Bez korzeni nie ma skrzydeł”. Myślę, że to porusza duszę…

Nie podejrzewałem siebie o to, że napisze piosenkę dla swojej mamy. Wydawało mi się to bardzo intymne i takie niemęskie. Poza tym wcześniej nie znajdowałem słów, aby piosenka dla mamy była głęboka i niebanalna. Dopiero nagła choroba nowotworowa mojej mamy, która spadła znienacka na naszą rodzinę, spowodowała, że piosenka napisała się sama. Wyraziłem w niej wszystko to, co zawsze chciałem jej powiedzieć.

Powiedz jeszcze czy miałeś kiedykolwiek coś wspólnego z teatrem? Wykonanie Księżniczki rozbroiłoby pewnie niejedną księżniczkę…

Aktorem nie jestem, chociaż po maturze zdawałem do krakowskiej PWST. Niestety nie przyjęli mnie, dlatego obraziłem się na Kraków i wyjechałem do Warszawy. Jakieś umiejętności aktorskie jednak posiadam i ich ślad można odnaleźć w wykonywanej przez mnie piosence „Księżniczka” do słów Wojtka Bellona. Skomponowałem ją jeszcze w liceum ze swoim kolegą. Na Festiwalu YAPA’96 zrobiliśmy nią furorę. Kiedy postanowiłem ją zagrać na koncercie urodzinowym, musiałem sobie przypomnieć tę całą grę aktorską. Na płycie 21 gramów zabrakło tej piosenki, ale być może ukaże się na jakiejś płycie wspomnieniowej.

Na koniec powiedz jeszcze, dlaczego twórczość Brylla staje się dla Ciebie obecnie inspiracją?

Ernest Bryll to genialny poeta, nieprzeciętnie inteligentny człowiek. Ma niesamowite poczucie humoru, a przede wszystkim dystans do siebie i świata. Nie obnosi się ze swoją wielkością, mimo że ma 74 lata rozmawia ze mną jak z kolegą. Myślę, że zachował w sobie dziecko. W jego twórczości najbardziej podoba mi się zaskakująca perspektywa, na przykład w jednym z wierszy prosi: „Chryste bądź dla nas jak Tomasz Niewierny”, a w wierszu „Rozmowa duszy z ciałem” pyta: „Czy przyjdzie czas, że zatęsknimy choć do nienawiści, jaką miał Judasz”. Bryll często podejmuje wątki biblijne, ale są one tylko przyczynkiem do głębszej refleksji, a nie tematem samym w sobie. Jak uderzy nas swoim słowem, to nie możemy się otrząsnąć. Uczę się od niego szacunku do słowa i umiejętności zadawania pytań. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, zapytał mnie: „A co ty byś chciał moją poezją ludziom powiedzieć”? Zanim zdążyłem odpowiedzieć, powiedział, że to można by zawrzeć w pytaniu: „Co się z nami stało?”