Wiele lat minęło od kulminacyjnego krążka tej grupy – „Wiara czyni cuda”. Ktoś, kto zetknął się z nim, nie potrafiłby chyba stwierdzić, że nie jest on mistrzostwem. Majstersztykiem. Ale jak to bywa z dziełami najlepszymi – trudno później dosięgnąć do nich poziomem. Czy TGD się udało, czy potwierdzili jedynie zasadę, że najlepsze płyty nagrywa się tylko raz?
Katarzyna Cudzich
Mówi się, że TGD to polski chór gospelowy. To duże uproszczenie. Przynajmniej w rozumieniu gospel, które panuje w tak zwanym „ogólnym obiegu”. Ostatnimi czasy gospel to nie tylko muzyka towarzysząca spotkaniom „revival meetings” organizowanym w XIX wieku przez pastorów dla białej ludności amerykańskiej. Pieśni negro spirituals niewiele mają wspólnego z tym, co dzisiaj znajdujemy pod sztandarem gospel. Obecnie przenikają tam wszelkie rodzaje muzyki, tworząc bardzo nowoczesną i różnorodną mieszankę.
Dwie strony medalu
Współczesny gospel plus worship – to wizytówka Trzeciej Godziny Dnia. Wiele jest chórów w Polsce, które próbują przebić poziomem muzycznym ten zespół. Nie uważam, by komukolwiek się udało… Jednak kiedy jest się najlepszym, trzeba uważać, by nie spocząć na laurach. By nie powtarzać pewnych utartych szablonów (czy to melodycznych, czy aranżacyjnych, czy harmonicznych). A na płycie zatytułowanej tajemniczo „PS” wydaje się, że trochę takich można odnaleźć. Obowiązuje wręcz rodzaj schematu: jaki wstęp, taki ciąg dalszy. Niejednokrotnie przez cały utwór przewijają się te same melodie – we wstępie, w interludiach instrumentalnych, w melodiach wokalu. Prowadzenie głosów w chórze, rozwiązania harmoniczne – to także pewne patenty obowiązujące w tym zespole. Momentami ma się wrażenie, że to jest ciągle to samo…
Ale to na szczęście tylko jedna strona medalu – odczucia, które mogą towarzyszyć przy pierwszym czy drugim przesłuchaniu płyty (melodie wpadają w ucho przez ciągłe ich powtarzanie, wniosek: nie ma tu nic odkrywczego). Słuchając jej za czwartym, piątym razem, odkrywa się w niej coraz większe bogactwo, wychwytuje poszczególne partie instrumentów i zauważa przemyślność aranżacji, zwłaszcza w momentach nakładania się na siebie różnych partii. Czuć tutaj rękę prawdziwych muzyków. – Paweł Zarecki. Zapamiętaj to nazwisko! – usłyszałam kiedyś od muzyka jazzowego. I faktycznie. Po zapoznaniu się z tą płytą, na pewno będę je pamiętać.
To nie jest muzyka niszowa, trudna i awangardowa. Celem TGD jest trafianie do jak najszerszej rzeszy słuchaczy. – Chcieliśmy zrobić płytę z piosenkami, które są łatwe do śpiewania. Czy nam się to udało? Nie powiedziałbym – śmieje się Mate.o – Niektóre są śpiewne i proste, ale niestety drzemią w nas wciąż „ciągąty” do obfitego aranżowania, a nawet przearanżowywania piosenek. Nie zamykają się na wpływy różnych gatunków muzyki. Tworzą piosenki „wpadające w ucho” i przyciągające melodyjnością i efektownością opracowania, a przy tym takie, które nie zlewają się ze sobą – paradoksalnie, bo jeden utwór przechodzi w drugi – i trudno je ze sobą pomylić. Zarzuty wspomniane na początku nie są do końca prawdą jeszcze z innego powodu: ta muzyka się rozwija – nawet jeśli pewne wzorce powtarzają się, to utwór może się zakończyć zupełnie w innym stylu i charakterze niż się rozpoczął.
Nie-pełna kontrola
Ten koncert to z jednej strony misternie stworzona konstrukcja, w której każdy szczegół ma swoje miejsce w spójnie zorganizowanej całości (ma się wrażenie, że każdy dźwięk, a wręcz każde podniesienie ręki przez chórzystę, jest dokładnie i precyzyjnie zaplanowane), z drugiej, to przede wszystkim uwielbienie, czyli rodzaj autentycznej, pełnej wolności modlitwy. I tutaj natrafiamy na przeszkodę. Jak pogodzić idealnie zaplanowany projekt koncertowy ze spontaniczną modlitwą uwielbienia? – To koncert, gdzie publicznością jest sam Pan Bóg – zauważa Mate.o. – Te teksty mówią o Nim samym, chwalą Go. Śpiewamy, podziwiając to, kim jest Bóg. Robimy to oczywiście wobec ludzi i z takim pragnieniem, żeby angażować ich sercem i całym życiem, ale istotą jest uwielbienie Boga.
Rodzaj pełnej kontroli można zaobserwować na dołączonej płycie DVD. I można się, z początku, trochę zniechęcić. A jeśli ktoś nie przepada za wszelkiego rodzaju animacjami, może mieć wrażenie nawet niejakiej sztuczności. Pismo Święte rapera „Koli” czy megafon Piotra Nazaruka jako rodzaje rekwizytów? Czy takie elementy na uwielbieniu nie są po prostu zbędne? (Biblia oczywiście, ale jako Słowo Boże, nie element scenografii…) Ale forma prezentowana przez TGD jest także po prostu medialna – nie można trafiać do tłumów, kiedy nie ma się pomysłu, konceptu, i kiedy wszystko nie jest właśnie idealnie dopracowane. W przeciwnym razie to fuszerka i amatorka, a takich projektów nie traktuje się poważnie. Po prostu – jedno nie wyklucza drugiego. Spontaniczność kontrolowana. – Jesteśmy świadomi tego, że ta forma może być ograniczeniem – przyznaje Mate.o. – Ale mamy wiele pragnień, żeby się od niej oderwać! To jest baza, zaczyn, od którego może się coś dalej wydarzyć, od czego można wyjść. Nie da się zamknąć modlitwy i ekspresji w ograniczonej formie.
„Mietków to tu nie ma” – żartobliwie skomentowali płytę moi przyjaciele. I owszem, dużo lepiej w klasyfikacji generalnej wypadają głosy żeńskie: Natalia Niemen-Otręba, Olga Szomańska-Radwan, Agnieszka Gorączkowska, Emilia Nazaruk i Basia Włodarska. Świetnie radzą sobie zarówno w żywiołowych, energicznych piosenkach, jak i w kantylenowych balladach („Jak przedziwne Twe imię” i „Oczekuję Ciebie Panie” Piotra Nazaruka ujmują swym pięknem!).
PS czyli…
PS to skrócony zapis Księgi Psalmów. To psalmy budują tę płytę. Nimi inspirowali się autorzy tekstów, nimi modlili się muzycy. A przecież psalmy to Stary Testament. Czy można głosić Jezusa, nie wymieniając Jego Imienia? – Desperacko potrzebujemy tego, żeby modlić się tekstami czy pieśniami, którymi modlił się sam Chrystus – tłumaczy Mate.o. – Byliśmy głodni tego, żeby modlić się i śpiewać rzeczy, które są bezwzględnie prawdą. Nie osobistą, ale absolutną prawdą.
PS to także Post Scrpitum… Płyta jako dodatek, jako dopowiedzenie. – Śpiewaj z nami, bo to próbka tego, jak będziesz śpiewał przed Tronem Baranka. Teraz możesz się uczyć. Później będziesz już tylko śpiewał – zachęcał na koncercie w ramach festiwalu „Stróżów Poranka” Piotr Płecha. TGD nie wskazuje na siebie. Oni tylko dają próbkę tego, jak może być, i jak się do tego przygotować.



