Co wystaje spod nogi Matce Boskiej?

Marcin Jakimowicz, fot. archiwum

A co tam wystaje spod nogi Matce Boskiej? – Marta zadarła nosek w górę. Przechodziliśmy przez skwer przy ul. Bytomskiej. Przed nami stała odnowiona figura otoczona ślicznymi, kolorowymi kwiatami. Marta obiegła figurę dokoła. „Widzę, widzę, to wąż! Tu ma głowę, a tu pupę… A dlaczego Matka Boska go przygniata?”.

MARCIN JAKIMOWICZ

 

Maryja depcze głowę węża. Pokora nie pozwala pysze unieść zbyt wysoko łba.

Jeśli zapytamy przeciętnego polskiego katolika, kto narażony jest najbardziej na działania demona, ten, bez zmrużenia oka, odpowie: prostytutki, narkomani i młodzież na Woodstocku. Tymczasem Pismo Święte mówi wyraźnie: najbardziej znienawidzeni są ci, którzy są najbliżej Boga! Pamiętam zdziwioną minę znajomej, której opowiadałem o potężnych życiowych zawirowaniach i duchowych rozterkach pewnego zakonnika. „On? Przecież on jest tak blisko Boga!” – pokręciła niedowierzająco głową. Właśnie. Jest blisko Boga. Jak niegdyś szatan, najdoskonalszy z aniołów, stojący przy samym tronie. Przechadzał się po Edenie, był odbiciem doskonałości Jahwe.

Im bliżej Pana, tym mocniejsze ataki Złego. Przekonali się o tym boleśnie o. Pio, Marta Robin, Mała Tereska, brat Albert, Faustyna… Każdy święty przeżył to na własnej skórze. Kiedy przeczytałem 31 rozdział księgi Ezechiela (przeczytaj go, proszę, by zrozumieć o czym piszę!), zobaczyłem po raz kolejny jedno: upadek szatana spowodowany był tym, że był on przepięknym, wielkim, czystym duchem, lecz zamiast oddać chwałę Panu, zawłaszczył ją sobie. Wysoki cedr został ścięty, przestał istnieć na zawsze. Dlaczego? Przecież czerpał wodę z rajskich źródeł, karmił się Słowem Boga, odbijał chwałę Najwyższego, a w jego gałęziach ptaki powietrzne (Biblia tak nazywa aniołów) budowały swe gniazda! Był tak doskonały, że „zazdrościły mu nawet inne drzewa Edenu” (czy można znaleźć lepszą metaforę?). Został strącony „ponieważ tak wysoko wyrósł, a wierzchołek swój podniósł aż do chmur i serce jego wbiło się w pychę z powodu własnej wielkości” (Ez 31, 10). Serce Lucyfera stało się „wyniosłe z powodu jego piękności” (Ez 28, 17).

Ten tekst bardzo mocno mnie dotknął. Moje życie układa się podobnie. Większość moich „sukcesów” wypływa z pisania o Słowie Bożym albo kontaktu z ludźmi, którzy mają silne doświadczenie obecności Boga. Pamiętam jak dotknęło mnie proroctwo wypowiedziane nade mną przed kilkunastu laty na rekolekcjach w Białce: „Nie patrz na siebie, patrz w dal, a odnajdziesz mnie”. A słowa o. Augustyna, który widząc mnie po raz pierwszy szepnął: „Uważaj na siebie”? Prawda jest bolesna: sam jestem dla siebie największym zagrożeniem.

Kiedy leżałem pobity na ulicy, w mojej głowie krążyło zapewnienie Boga, które kilkanaście minut wcześniej usłyszałem na diakonii: „Kto was dotyka, dotyka źrenicy mojego oka” (Za 2, 12). On był wówczas ze mną, cierpiał ze mną, czuł mój ból! A gdy przed dwoma miesiącami na spotkanie ze mną przyjechały z daleka młode piękne dziewczyny, długowłosi „załoganci” ustawili się po autografy, a księża, podwożąc mnie na dworzec PKP opowiadali, że nawrócili się dzięki moim książkom? Do czego wówczas potrzebny był mi Bóg? Mógł mi tylko popsuć świetnie rozpoczęte wakacje. Pamiętam, że jedynymi osobami, które się wówczas zaniepokoiły, byli bracia i siostry ze wspólnoty. „Uważaj!” – szczerze się zmartwili. Uważać? Na co? Przecież kontroluję sytuację. Dam sobie radę!

Nie dam sobie rady. Zaufam sobie, ustami, rzecz jasna, będę chwalił Boga, ale tak naprawdę spocznę na laurach. Będę udawał pokornego, by, jakby od niechcenia, ukazywać innym talenty, elokwencję i zdolności… Czy przypomnę sobie, że jestem jedynie poronionym płodem (tak pisze o sobie św. Paweł), w którym zakochany jest sam Bóg? Nie. Muszę zejść na dno. On tam czeka.

Przypisywanie sobie chwały jest obrzydliwością. Jak bardzo musi to boleć Boga, który wie, że cechy, którymi się chwalę, są Jego bezinteresownymi darami! A ja? Choć głośno tego nie mówię, wiem przecież dobrze, że to ja napisałem, ja pomyślałem, ja pocieszyłem. Czyim jestem uczniem? Pokornego Boga czy demona? Nie mam złudzeń. Większości czytelników zapewne wystarczy, że widzą mnie na niedzielnej Mszy. „To porządny, pobożny chłopak” – pogłaskają mnie po głowie. Problem w tym, że Pan Bóg nie słucha głosu większości. On bada serce ogniem Ducha Świętego.

Dotyczy to każdego. Sparaliżowana osoba na wózku może grzeszyć większą pychą niż złoty medalista olimpijski. Wystarczy, że pomyśli sobie: „Ależ ja jestem pokorna!” lub westchnie z niekłamanym zadowoleniem: „Ileż ja dobra w życiu uczyniłam!”. Są tacy, którzy są pokorni i są z tego dumni…

Co mnie ratuje? Wspólnota. Przez to, że jest tak mała i słaba, że wielu osobom (nie wyłączając mnie) nie chce się często na nią przychodzić, nie muszę już udawać pokornego. Bo, przed kim? Przed Jolą, Tomkiem, Alą, Szymonem, Grzesiem, którzy znają mnie od lat na wylot? I to do tego stopnia, że gdyby nie przebaczenie, które Bóg wlewa w ich serca, pewnie już dawno omijaliby mnie szerokim łukiem? A nawet, jeśli ich oszukam, pozostaje jeszcze Ktoś. A On w końcu pokaże mi prawdę. Już wiele razy zatykałem z przerażenia uszy, nie mogąc dopuścić do siebie myśli, że mogłem aż tak nisko upaść… Ale wówczas, jak tonący brzytwy, chwytałem się Słowa Bożego, płakałem, błagając Go o przebaczenie. Może to właśnie otworzy mi drogę do nieba?

Na diakonii nie musimy udawać pobożnych. Jak tu szpanować w czasie odmawiania różańca? Paść przez zagubioną garstką ludzi na kolana? Pobożnie złożyć ręce, przybrać natchniony wyraz twarzy? Powoli celebrować modlitwę, z namaszczeniem sącząc słowa? Kogo nabiorę? Święty różaniec. W nim wszyscy jesteśmy równi. Święta wspólnota. Święta małość, nikłość, znikomość.

Maryja depcze głowę węża. W chwili, gdy dowiedziała się, że zostanie Matką Syna Pana Zastępów, zamiast podnieść dumnie głowę do góry, wyszeptała: „Oto ja służebnica…” .

Bajka o Kopciuszku, który został królewną jest tylko bladym odbiciem tej rzeczywistości. Służebnica stała się królową ludzi i potężnych aniołów. To, co najbardziej pociąga ludzi nie jest atrakcyjne dla Boga. On „poślubia proch” (brat Efraim). Jezus zbawił świat w chwili, gdy niczego nie potrafił już uczynić, a większość uznała Go za przegranego i opuściła miejsce kaźni ze wzruszeniem ramion. Pokorny sługa Jahwe jest królem wszechświata. Gdy nadejdzie na końcu czasów, będziemy świadkami prawdziwego „Powrotu króla”.

fot. J.Wolny