Wbrew

Pneuma znalazła swój własny sposób na przekaz nie odcinając się zarazem od korzeni. Nie ma tu już cytatów z Biblii, nie pada imię Jezus, ale sądzę, że jeśli ktoś spróbuje wczytać się w te liryki, dostrzeże zamkniętą w nich wiarę muzyków. Wiarę często wbrew temu, co narzuca świat dookoła.

JAN TRĘBACZ

Nauczona smutnym doświadczeniem załoga Pneumy zrozumiała, że bez należytej promocji nie ma co liczyć na to, że ich muzyka trafi pod przysłowiowe (metalowe oczywiście) strzechy. W myśl tej zasady, na długo przed pojawieniem się na rynku płyty „Jeden” zespół zaczął robić wokół niej sporo szumu. Z niezwykłą pieczołowitością na bieżąco informował fanów o zbliżającej się trasie koncertowej oraz o postępach w pracy nad „jedynką”, zasypując ich rozlicznymi newsami. Na chłodno obserwowałem te poczynania i zastanawiałem się, ile prawdy a ile marketingu jest w tym, że chłopaki określali powstającą płytę jako najcięższą w swoim dotychczasowym dorobku. Mój dystans straciłem jednak zupełnie, kiedy posłuchałem nagrań demo nowych utworów, które Pneuma zamieściła na swojej stronie. „Łooo, ta płyta naprawdę będzie mieć kopa!”, pomyślałem wtedy i zacząłem chciwie zacierać łapska w oczekiwaniu na najnowsze dziecko Pneumy!

I oto jest, nareszcie, tutaj, w moim własnym odtwarzaczu! Po efektownym, symfonicznym intro, ciężkie, nisko nastrojone gitary zapodają riff, wchodzi perkusja, potem krzyk Kikuta… tak zaczyna się jadowity utwór pt. „Monumentalność”. Jest ciężko, jest szybko. Pod koniec kawałka zwraca uwagę miluuusia galopada na dwie stopy. To nowość w Pneumie, nareszcie! Brawa dla nowego perkusisty! Jednym słowem, jazda na całego. Tak w zasadzie można by opisać całą płytę, która jest nie tylko najcięższą, ale też najbardziej spójną w dorobku zespołu. Brak tu nawiązań do reggae, nie ma w zasadzie punka, za to swój dotychczasowy konglomerat hardcore i new metalu Pneuma wzbogaciła o trashcoreowe zagrywki, których nie powstydziłby się sam Killswitch Engage. W kawałku „Ostatni dzień” melodyjne gitarowe dwugłosy przywodzą na myśl tuzów heavy metalu, Iron Maiden, a w takim „Imponderabilia” Pneuma jest tak blisko death metalu jak chyba nigdy wcześniej. Jedynym oddechem na płycie jest balladka „Bez ciebie” (nawiasem mówiąc nie całkiem udana). Nawet cover, który choć zaczerpnięty został z repertuaru zespołu bądź co bądź bardziej rockowego niż metalowego (Bon Jovi), Pneuma wykonuje z właściwą sobie werwą i odpowiednim przytupem. Również pod względem produkcji płyta stoi na dość wysokim poziomie. Może nie jest aż tak wypieszczona jak np. ostatnie dokonania Frontside, ale za to na pewno brzmi bardziej organicznie, żywo. Jest dobrze.

Dobrze, co nie znaczy, że bez zastrzeżeń – chodzi mi tu o wokale. Ostre partie są w porządku. Na tej płycie Kikut wrzeszczy jakby ostrzej, mocniej, z większym zaangażowaniem. Miejscami jego ekspresja przypomina niemal deathmetalowy growl. Nie wiem jak inni, ale ja to kupuję. Więcej, bardzo mi się to podoba. Ale śpiew… Nie wiem, może się czepiam, może się nie znam, ale ogromnie irytuje mnie melodyjny śpiew Kikuta. Na „Kokonie” tych czystych wokali było zdecydowanie więcej, ale tam mi nie przeszkadzały. A tu wprost odbierają mi przyjemność obcowania z tą muzą. Może do wokali na poprzednim krążku Jakub bardziej się przyłożył, a może po prostu nieco zdarł sobie gardło nagrywając ryk i jego śpiew już nie wypadł tak dobrze? A może to kwestia maniery, którą Kikut od jakiegoś czasu pielęgnuje, czyli takie „zaciąganie” lekko kojarzące się z Robem Flynnem, wokalistą Machine Head? Jednego jestem pewien, ciesze się że tego śpiewu jest mało, gdyby na „Jeden” Kikut postawił tylko na growl, ten album mógłby być numerem jeden na mojej prywatnej liście polskiej mocnej muzy z tzw. „sceny chrześcijańskiej”.

A właśnie, skoro już mówimy o scenie chrześcijańskiej, to może zrodzić się pytanie, czy aby na pewno Pneumę nadal można umieszczać w tej szufladzie. Autorem wszystkich tekstów jest, tak jak na „Kokonie”, Kuba Mańkowski i czytając jego liryki można odnieść wrażenie, że autor nie ma w życiu lekko. Mnóstwo w nich frustracji, złości, buntu. Ale bądźmy szczerzy, czy to że ktoś jest wierzący uwalnia go od odczuwania tych emocji? Mnie niestety nie. Co więcej, w tym wszystkim czuć chęć życia, wolę walki, pragnienie pokoju i dobra. Ktoś, kto sądzi powierzchownie nie próbując zrozumieć przekazu, może zgorszyć się np. na wyrwane z kontekstu słowa „i chcą wypalić mi na czole słowa sześć sześć sześć”, ale w ten sposób zupełnie rozminie się z intencją autora. Fakt, może mniej na płycie jest bezpośrednich odniesień do Boga, większość tekstów napisana jest w ten sposób, że może utożsamiać się też z nimi ktoś niewierzący, ale czy to źle? Pneuma znalazła swój własny sposób na przekaz nie odcinając się zarazem od korzeni. Bo jednak, co by nie mówić, Bóg jest w tekstach Kuby nadal obecny. Nie ma tu już cytatów z Biblii, nie pada imię Jezus, ale sądzę, że jeśli ktoś spróbuje wczytać się w te liryki, dostrzeże zamkniętą w nich wiarę muzyków. Wiarę często wbrew temu, co narzuca świat dookoła.

Podyskutuj z autorem:
jan.trebacz@ruah.pl