
– Myślisz, że gdybym nie wierzył, że ta ewangelizacja ma sens, robiłbym z siebie głupka? – dziwi się Andrzej, jeden z młodych ewangelizatorów. Robić z siebie głupka. Umieć ośmieszyć się dla Jezusa. Co to znaczy?
KATARZYNA CUDZICH
– Abraham, wychodząc z domu w najgorętszej porze dnia, narażał się na docinki ze strony swych sąsiadów – komentuje niedzielne czytanie ks. Marek Wasąg, opiekun jarosławskiej Wspólnoty Miłości Miłosiernej – ale on wybrał Pana, nie swoje dobre imię. My też musimy umieć ośmieszyć się dla Jezusa.
Czy wymachiwanie flagami na rozgrzanej plaży, śpiewanie z gitarą dla znudzonych alkoholików siedzących pod parasolami, opowiadanie o najintymniejszych doświadczeniach życia na placu rynku nie jest tym właśnie?
Na ryby
– Każdego dnia w kościele trwa Adoracja. Potem podchodzimy do ołtarza dwójkami i kapłan błogosławi nas Najświętszym Sakramentem. Pan Jezus posyła nas na ewangelizację – uśmiecha się siostra Aldona, młodziutka franciszkanka, Misjonarka Maryi (poznacie ją po krzyżu, co kilkakrotnie powtarzała). – I odchodzimy parami, jak apostołowie i rozmawiamy z ludźmi. To jest etap, który nazywa się „siatką”.
Siatka. Czyli łapanie w sieć. A może na wędkę? Wszystko i tak prowadzi do Ryby.
– Co Wam będę opowiadał. Same zobaczycie – zaraz po naszym przyjeździe mówi ks. Mariusz Ryba, moderator Szkoły Nowej Ewangelizacji Św. Jakuba Ap. Nadzoruje całą akcję, ale wciąż jest gdzieś z boku. Najmniej rzuca się w oczy. Natomiast chrześcijańską rybkę umieszczoną w logo Wakacyjnej Ewangelizacji Bieszczad można spotkać wszędzie. Nawet samochody są nimi powyklejane.
Gość w dom
W niedzielnej liturgii dużo jest mowy o gościnności: Abraham przyjmuje trzech wędrowców, Marta z Marią – Jezusa. Arcybiskup Józef Michalik w swej homilii wspomina o tym, jacy ludzie w Bieszczadach są gościnni. I ma wiele racji! Wszyscy są dla nas (ekipy RUaHa) niezwykle mili, chociaż z początku większość nie wie, skąd i po co tam jesteśmy. Nieustanne pytania kleryka Mateusza, czy może nam w czymś pomóc, brzmią już jak refren. Ale to nie są tylko słowa. Przyjeżdżamy z namiotami, karimatami i błyskawicznymi zupkami, a lądujemy w eleganckim pokoju z zapewnionymi posiłkami i dojazdami na miejsce.
– Nauczyłem się, że ewangelizować można milcząc – tłumaczy mi Andrzej opowiadając o pantomimach i żywych pomnikach tworzonych przez nich m. in. na plaży. Sens tych słów nabiera dla mnie głębszego znaczenia. Oni faktycznie nie muszą nic mówić. Dobroć, pokora i zawierzenie Bogu po prostu od nich emanują. I porażają autentycznością.
Nie poddawać się
Czasem słowo kierowane jest jedynie do 3-ech upitych na umór panów i grupki rozbawionych, tańczących dzieci. Jaki to ma sens? – zastanawiam się. I odnajduję odpowiedź…
– Warto to robić nawet dla tych, którzy stoją w korku, aby przez moment mignął im napis: Jezus jest Panem.
To jest dopiero wiara. A jaka pokora i odwaga! Wyjść do śmiejącej się grupki chłopaków pod parasolami z piwem Żubr i głosić im kerygmat? Zaczepiać ludzi w kostiumach kąpielowych odpoczywających nad Soliną, którym bynajmniej nie w głowach sprawy duchowe? Ewangelizatorzy, składający się z różnych wspólnot wschodniej Polski, uświadamiają jednak, że nie ma wakacji bez Pana Boga. A wręcz przeciwnie. To wtedy mamy więcej czasu, by wpatrywać się w Pana i potem dzielić się Nim z innymi. Nie wstydzą się o tym opowiadać. Ale to wymaga wielkiego uniżenia – nie robią tego dla siebie, tylko dla Niego. Wtedy mogą wierzyć, że zasiali ziarno, a owoce pojawią się w przyszłości.
Są i widzialne efekty. Spowiedź na plaży? Czemu nie! Ludzie początkowo reagują dosyć sceptycznie: to jest siostra? Na pewno przebrana! Ksiądz? To proszę pokazać koloratkę. Nie, nie jesteśmy z sekty. Jesteśmy z kościoła katolickiego. Uff. Jeszcze można dodać, że zapraszamy na niedzielną mszę świętą z Arcybiskupem. Wtedy już kamień spada z serca i można rozpocząć spowiedź.
Wskazówki na przyszłość
– Wydaje mi się, że dobrze by było trochę podnieść poziom estetyczny – dzieli się Grażynka, jedna z uczestniczek – śpiewanie i tańczenie do piosenek z gitarą może zwrócić uwagę dzieci, gorzej z młodzieżą i dorosłymi.
Pytam ks. Janusza Marszałka, czy taki sposób prowadzenia ewangelizacji nie odstrasza ludzi: – Powiem tak. Jeśli Bóg będzie chciał, żeby ktoś się nawrócił, to nic go nie zniechęci.
Z jednej strony to prawda, ale w takim razie po co cały ten trud?
– Ktoś mógłby pomyśleć, że to takie naiwne i prostolinijne – stwierdza podczas końcowej mszy św. abp Józef Michalik – ale nie!
I to prawda. Kiedy pozna się tych ludzi, od razu widać, że to jest głębokie i autentyczne. Że płynie z tego realna wiara i doświadczenie Chrystusa. Tylko, żeby zdążyć dać się poznać…
Na koncertach zjawia się najczęściej garstka osób. Czasem ktoś dochodzi, zatrzyma się, ale zazwyczaj pod sceną bawią się „sami swoi”. Czy to nie sztuka dla sztuki? Czwartek: Widzę walkę na twarzach muzyków z Triquetry, ich rozpaczliwe wołania: „Jeszcze nie poszliście?”, „Przepraszamy, że tak głośno gramy” – mieszają się z niezwykłą pokorą, która pozwala im dawać z siebie wszystko, pomimo braku odzewu ze strony publiczności. Niedziela: Zespół Porozumienie dziękuje za to, że może się z nami modlić. To jest niesamowite świadectwo! Grają właściwie tylko dla nas, dopiero pod koniec zaczynają pojawiać się rzesze fanów Armii. Z ich muzyki i tego, co mówią bije niezwykła siła. Podobno za ciężkie brzmienia w tym roku… Wtorek: Anastasis, najłagodniejszy jest Kadosz, stąd niedobór publiczności. Ale czy to na pewno dlatego? Może warto jeszcze bardziej to rozreklamować? Ludzie by przyszli nawet z nudów.
Wprost czy opłotkami
Najwięcej widzów pojawia się na Armii. Ale czy to koncert ewangelizacyjny? – zastanawiamy się. Budzy powiedział do mikrofonu: Jezus jest Panem! To chyba dużo?
– Fani takiej muzyki wsłuchują się w teksty i nawet jeśli nie są one bezpośrednio o Bogu, oddziałują na nich – broni swojej tezy Ula. – Poza tym Armia nigdy nie była zespołem stricte ewangelizacyjnym, ale na pewno, chociaż nie wprost, może trafiać do ludzi z przesłaniem – odpowiada Jasiek. – Dla mnie to, że Budzy miał na koszulce krzyż już jest dużym znakiem – dodaje Juliusz. – Tak naprawdę ewangelizacja rozpoczyna się po koncercie. Tutaj jest dopiero „pole do popisu” dla nas. Muzycy zasiali, a my mamy to odpowiednio poukładać – podsumowuje ks. Marszałek.
Sobotnie uwielbienie to bardziej spotkanie modlitewne niż koncert ewangelizacyjny. Co ciekawe, całkiem sporo ludzi się w nie angażuje. Łączą się z grupą wspólnotową razem śpiewając i chwaląc Boga. – Mnie to przekonało. Chociaż nigdy nie byłem na tego rodzaju spotkaniu – opowiada młody chłopak – też podszedłem do sceny i się modliłem.
Zastanawiam się tylko, na ile taki rodzaj modlitwy pomaga w codziennym życiu. Większość tych modlących się to ludzie bardzo młodzi. Czy poprzez taką emocjonalność nie jest im później trudniej borykać się z rzeczywistością? Aspekt charyzmatyczny na uwielbieniach i mszach zastanawia też innych:
– Śpiewanie w językach może kogoś przestraszyć, a tutaj wprowadzane jest nawet do mszy św. transmitowanej w radiu – dzieli się Weronika. – Jednak modlitwa charyzmatyczna wyraźnie otwiera ludzi. Ja także się modliłam.
NRD
…czyli Nie grzesz, Rób dobro, Dopuszczaj Boga. Tego kazania ks. Rafała Jarosiewicza nikt chyba nie zapomni. Takie techniki oddziaływania na odbiorcę wykorzystuje właśnie Nowa Ewangelizacja. Codziennie Eucharystia, Uwielbienie, koncert. Oprócz tego pantomima, świadectwa, filmy. Odbywa się też nocne czuwanie w cerkwi w Łopience, Droga Krzyżowa przez miasto. Trudno wspomnieć o wszystkich wydarzeniach, które mają miejsce przez ten tydzień. Opowiadanie o Bogu poprzez najróżniejsze formy. – Zaczynaliśmy od chodzenia po górach – wspomina ks. Marszałek – to niesamowite jak to się wszystko rozrosło. Pewne sposoby mamy już wypracowane, inne wciąż się zmieniają.
W poprzednich latach ewangelizacja odbywała się w jednym mieście. W tym roku każdego dnia byliśmy w drodze: Lesko, Cisna, Ustrzyki, Polańczyk. Z jednej strony to łatwiej – każdego dnia można zaczynać od początku, ale i trudniej – każdego dnia trzeba zaczynać od początku… Dobra Nowina docierała do szerszego grona turystów i mieszkańców. Temu służyły też ciągłe zmiany miejsc – od plaży do szlaków górskich.
Bieszczady dla Jezusa, ale i Jezus dla Bieszczad – tak podsumował 5-letnią działalność Wakacyjnej Ewangelizacji Bieszczad abp Józef Michalik. To, że Jezus prowadzi to dzieło, nie ulega wątpliwości. Jego ręka obecna jest w każdej sytuacji. On też kieruje sercami ludzi, do których trafiamy z Dobrą Nowiną.
– A wy jesteście zewangelizowane? – żartował na początku Andrzej. Myślę, że teraz na pewno bardziej, niż kiedy zadawał mi to pytanie i odpowiadałam, śmiejąc się: no jasne!
Podyskutuj z autorem:
katarzyna.cudzich@ruah.pl
























