Aura tajemnicy

Amarylis fot. archiwum zespołu

Gdybyśmy nie rozumieli muzyki dawnej, tego niesamowitego archaicznego ducha prostoty i sacrum – ukrytego w jej głębi – nie bylibyśmy autentyczni. Robiąc to sztucznie, nie przekazywalibyśmy ważnych dla nas emocji. To samo dotyczy rozumienia rocka progresywnego. Trzeba jakimś siódmym zmysłem czuć, co stanowi o jego prawdziwości.

Z MARKIEM DOMAGAŁĄ z zespołu Amaryllis rozmawia JAN TRĘBACZ

 

Amaryllis to młody poznański zespół łaczący w niezwykły sposób muzykę dawną i rock progresywny. Niedawno grupa wydała swój debiutancki singiel zatytułowany „Prologos”. To właśnie nagranie stało się pretekstem do mojej rozmowy z Markiem Domagałą, założycielem zespołu. Zobaczcie, co muzyk ma do powiedzenia na temat przeszłości, przyszłości, łaciny, kiczu i problemów z nagłośnieniem.

O ile się nie mylę, Amaryllis nie pierwszy raz gości juz w RUaH… Czy mam rację?

W życiu bym nie podejrzewał, że ktoś skojarzy „Amaryllis prehistoryczny” z Amaryllisem współczesnym. Nagranie „Stella Splendens” – bo o nim właśnie mowa – ukazało się w RUaH na którejś składance CD, nawet nie pamiętam kiedy to było, może dwa lata temu… To było raczkujące Amaryllis. Nagraliśmy ten utwór tylko w dwie osoby, ja i moja żona, Ewa. To były prawdziwie bojowe warunki. Korzystaliśmy z naszego domowego komputera i trzeszczącego mikrofonu. Ponieważ na temat mixu i masteringu wiedziałem wtedy niezbyt wiele, nagranie wyszło straszliwie cicho w porównaniu z innymi na tej płycie, co trąciło lekkim nieprofesjonalizmem. Natomiast sam aranż i klimat utworu bardziej przypominał stary Clannad niż dzisiejszy Amaryllis. No cóż, początki są trudne ale i piękne! Od czegoś przecież trzeba zacząć!

Powiem szczerze, że Wasze ówczesne opracowanie tematu „Stella Splendens” zbytnio mnie nie poruszyło – nie na tyle przynajmniej, bym bliżej zainteresował się Amaryllis. Tymczasem kiedy usłyszałem Wasze demo dosłownie wyrwało mnie z butów! Przedstawiliście na nim niemal zupełnie inną muzykę, inne brzmienie. Skąd takie zmiany? I ile demówek tak naprawdę zarejestrowaliście? W oficjalnej historii zespołu przyznajecie się tylko do jednej…

Tak naprawdę to wysłaliśmy wtedy do RUaH dwa utwory: „Stella Splendens” i „Maria Matrem”, zdecydowano jednak, że ukaże się ten pierwszy, łagodniejszy w brzmieniu i prostszy w aranżu. Natomiast utwór „Maria Matrem” był wyraźną zapowiedzią tego, co z muzyką Amaryllis stanie się już niebawem: ciężkie, gitarowe riffy, prog-rockowe groovy i piękne, średniowieczne linie melodyczne. „Maria Matrem” było zupełnie innym obliczem tego samego zespołu. Dlatego też demo nagrane w 2005 r. było naturalnym efektem rozwoju w bardziej rockowo-progresywnym kierunku. Od samego początku wydawał się być ciekawszy i kryjący w sobie o wiele większe napięcie i tajemnicę, niż rockowo-popowy kierunek dostrzegalny w „Sella Splendens”. Na Demo 2005 zaprezentowaliśmy trzy utwory, które w pewnym sensie okazały się muzycznym manifestem Amaryllis, były to: „Magnificat”, „Breve Regnum” i „Pavane”. Te trzy utwory, pochodzące z dawnych epok zinterpretowaliśmy na nowo, łącząc je ze współczesnym rockiem neo-progresywnym. I tak naprawdę, to było nasze jedyne, oficjalne demo. To wcześniejsze, nagrane nie przez cały zespół było bardziej wyrazem intensywnego poszukiwania stylu i próbą wcielenia szalonego pomysłu dźwiękowego niż faktycznym, pierwszym demo zespołu.

Opowiedz nam proszę, jak i w czyjej głowie zrodziła się idea Amaryllis. Poza granicami naszego kraju próbowano już ożenić muzykę dawną z rockiem zarówno w wydaniu progresywnym (Gryphon w latach 70., Par Lindh Project w 90.) jak i tym bardziej hard’n’heavy (Adaro, In Extremo, Schandmaul), jednak w Polsce takie połączenie to zupełnie nowa jakość! Zainspirował Was jakiś zespół? A może wyglądało to zupełnie inaczej?

To, co mówisz jest dla mnie sporym zaskoczeniem! Nie miałem pojęcia, że ktoś już próbował chodzić po tej samej cienkiej krawędzi! Idea połączenia muzyki dawnej z rockiem progresywnym zrodziła się w moim umyśle, i myślę, że dla niego samego była ona absolutną niespodzianką. To był szczególny rodzaj olśnienia. Błyskawica, która nagle przeleciała przez moją głowę. Ewa, śpiewająca w tym czasie w zespole muzyki dawnej, ćwiczyła swój repertuar przed koncertem – ja pisywałem wtedy różnej maści piosenki rockowe – to właśnie w trakcie śpiewanej przez Ewę pieśni „Maria Matrem” pojawiła się prosta myśl: a gdyby tak połączyć te dwa dźwiękowe światy, mój i Ewy, czy to w ogóle byłoby możliwe? Jak widzisz inspiracją były w rzeczywistości nasze pasje. Tak miało być, ścieżki rozwoju naszej muzycznej wrażliwości i talentów przecięły się dokładnie w tym punkcie. Nagle zdałem sobie sprawę, że moja osobista, kompozytorska podróż muzyczna po takich gatunkach jak rock, progressiv rock, grunge, poezja śpiewana, muzyka filmowa i klasyczna znajduje swoją kwintesencję w odważnej idei Amaryllis. To jest to, co podświadomie od zawsze chciałem robić, ale nie potrafiłem znaleźć właściwej ekspresji w pełni mnie zadowalającej.

Czy decydując się na połączenie dwóch muzycznych światów nie mieliście obaw, że przekroczycie granicę tzw. „dobrego smaku” (jakkolwiek by go nie definiować) i zamiast cudownego dziecka stworzycie potworka muzycznego, którego sami nazwiecie „kicz”?

Gdybyśmy nie rozumieli muzyki dawnej, tego niesamowitego archaicznego ducha prostoty i sacrum – ukrytego w jej głębi – nie bylibyśmy autentyczni. Robiąc to sztucznie, nie przekazywalibyśmy ważnych dla nas emocji. To samo dotyczy rozumienia rocka progresywnego. Trzeba jakimś siódmym zmysłem czuć, co stanowi o jego prawdziwości. Zabierając się do grania rocka progresywnego trzeba pamiętać, że bardzo łatwo jest rozbić się na skałach skomplikowanych harmonii, bezdusznej wirtuozerii i zakręconych podziałów rytmicznych nie do zagrania. Równie łatwo można ugrzęznąć na mieliznach smętnych ambientów oraz przegadanych aranżów. Jak nigdzie indziej potrzebny jest tutaj dobry smak, wyczucie środka, aby nie przedobrzyć przy dużych umiejętnościach technicznych muzyków. A poza tym myślę, że kicz jest wtedy, gdy rezygnujesz ze swojej prawdy wewnętrznej, ograbiasz się świadomie ze swojej wrażliwości, po to, żeby się przypodobać i na tym zarobić. To, czego się podjęliśmy lepiej wyraża określenie „ryzyko herezji muzycznej”, niż „ryzyko kiczu”. Dlaczego herezji? Bo rock uważany jest za oficjalne medium buntu. Co ma jednak wspólnego bunt z wyciszonym, sakralnym charakterem muzyki dawnej? Nic. My poprzez rock nie wyrażamy buntu wobec wszystkiego, przed czym tylko można się zbuntować. Jego nieskorumpowana i niezakłamana energia służy nam do zupełnie innych celów. Subtelność muzyki dawnej i siła rocka progresywnego są jedyną w swoim rodzaju manifestacją sztuki stającej po stronie życia, światła i piękna. Oto cała tajemnica.

Trudno Wam było skompletować skład? W jaki sposób szukaliście ludzi? W końcu udało Wam się zgromadzić ludzi z dwóch obozów, rockmanów i muzyków parających się muzyką dawną…

To kolejna zagadka. Właściwi ludzie znaleźli się sami. Wokalistki szukać daleko nie musiałem. Poszukiwanie muzyków okazało się nad wyraz łatwe, niejako kierowane z góry. W tym czasie, w którym już jasne się stało jaką muzykę chciałbym tworzyć, na swej drodze spotkałem dokładnie te osoby, które powinienem spotkać. I tak w sklepie muzycznym poznałem Łukasza, jego nieprzeciętna technika i muzyczna osobowość od razu zwróciły moją uwagę. Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, gdy zaczniemy razem grać w Amaryllis – i tak też niebawem się stało. Henryka, naszego multiinstrumentalistę dawnych instrumentów poznałem dzięki Ewie, która w tym czasie współpracowała z nim na polu muzyki dawnej. Pomysł połączenia średniowiecznych dźwięków ze współczesnym rockiem nie odebrał wcale jako karkołomnego zabiegu, wręcz przeciwnie, dostrzegł w tym szansę zaprezentowania muzyki dawnej szerszej publiczności poprzez współczesny język rocka. Szymona, naszego basistę poznałem już wcześniej przy pewnym nagraniu. Po prostu przypomniałem sobie, że Szymon jest doskonałym muzykiem, idealnie pasującym do ambitnego planu Amaryllis. Bartek, nasz klawiszowiec, to z kolei przyjaciel Henryka jeszcze z podwórka. Henryk zaprosił Bartka do współpracy, a ten szybko złapał bakcyla „średniowiecznej progresji”. Największe jednak problemy były ze znalezieniem perkusisty. Kilku przewinęło się przez zespół, ale żaden z nich nie został na dłużej. Dopiero gdy pojawił się Kacper, okazało się, że oto kolejny człowiek znalazł się we właściwym czasie i miejscu. Kacper przekonał nas do siebie swoją młodzieńczą determinacją, otwartością na sugestie innych i jedyną w swoim rodzaju plastycznością muzycznej osobowości (cokolwiek to znaczy).

Każdy z Was dysponuje ponadprzeciętnymi umiejętnościami, można powiedzieć, że każdy jest wirtuozem swojego instrumentu. Wszyscy bez wyjątku skończyliście szkoły muzyczne?

Jedynie ja i Łukasz jesteśmy samoukami. Mamy trzech profesorów akademickich na uczelniach w Poznaniu i Zielonej Górze. Ewa jest absolwentką Akademii Muzycznej w Poznaniu. Kacper jest obecnie studentem na tej samej uczelni. Praca z takimi profesjonalistami to prawdziwa przyjemność.

Ostatnio wydaliście debiutancki singiel zatytułowany „Prologos”. Zawiera on trzy utwory, każdy z nich ma nieco inny charakter. Mamy tu nawet utwór instrumentalny, co – jak na singiel – jest chyba dość nietypowym posunięciem. Wydaje mi się, że Wasze demo utrzymane było w nieco bardziej jednolitym stylu. Czym kierowaliście się wybierając utwory na singiel?

„Prologos” – jak sama nazwa wskazuje – z założenia miał być zapowiedzią czegoś większego, swoistego Opus Magnum. I myślę, że taką rolę dobrze wypełnił. Rozbudził apetyty na więcej. Wielu ludzi pyta nas nieustannie: kiedy album? O to dokładnie chodziło: przykuć uwagę, zaintrygować, pozostawić lekki niedosyt… Jak mawia Szymon, nasz basista: „Lepszy mały niedosyt niż duży przesyt”. A co do jednolitości stylu, na singlu chcieliśmy pokazać, że w muzyce Amaryllis może zagustować szersza publiczność niżby na to wskazywało Demo 2005. Nie tylko miłośnicy rocka progresywnego i muzyki dawnej mogliby coś w Amarylis znaleźć dla siebie. Różnorodność nie przeszkadza, daje większy horyzont.

Porozmawiajmy teraz trochę o przyszłości. Rozumiem że singiel zapowiada płytę. Kiedy zatem możemy się spodziewać Waszego długograja?

Właśnie zaczęliśmy pierwsze prace związane z nagraniem naszego debiutanckiego albumu. Ponieważ chcemy, aby był on absolutnie doskonały i dopieszczony pod każdym względem potrzebujemy na to „trochę” czasu. Wstępnie myślimy o wydaniu płyty jeszcze w czasie wakacji, ale to już w tym momencie brzmi jakoś nierealnie. Na pewno płyta ukaże się jeszcze w tym roku i to możemy obiecać.

Macie już wydawcę nowego materiału?

Na razie nie mamy. Myślę, że na wszystko jest właściwy czas. Na razie skupiamy się, aby materiał został nagrany perfekcyjnie i z polotem. Wierzymy, że wydawca się znajdzie, bo dostrzeże naszą oryginalną muzyczną propozycję. W każdym bądź razie nasz manager nad tym pracuje.

Czy możesz zdradzić nam jaki charakter mają nowe kompozycje? Czy poszliście w stronę nieco cięższego grania, czy w kierunku utworów bardziej przestrzennych, psychodelicznych?

Typowo jak na rock progresywny: wszystkiego po trochu… Oczywiście, danie główne to prog-rockowe riffy z melodyjnymi tematami muzyki dawnej. Ale są też elementy muzyki filmowej, metalu, fusion, pokręcone time’y, również małe wisienki psychodelki dla urozmaicenia ogólnego smaku tortu. Będzie dużo przestrzeni, złożonych aranżów (ale bez przesady), a także dużo ciśnienia i powietrza w warstwie wykonawczej – w każdym utworze jest dużo miejsca i czasu na tzw. solo instrumentalne począwszy od gitary, lutni a skończywszy na klawiszach.

Bardzo chciałbym usłyszeć w utworach Amaryllis inne instrumenty dawne obok wykorzystywanych przez Was obecnie lutni i teorby. Lira korbowa, flety proste, kornamuza, szałamaja, dudy, fidel, harfa… Ale by się działo! Czy są jakieś szanse, że moje marzenia zostaną choć częściowo spełnione na Waszej nowej płycie?

Część z nich na pewno, nie daję jednak gwarancji, że wszystkie. Docelowo chcemy wykorzystywać jak najwięcej instrumentów dawnych. Henryk posiada ich znaczną ilość i coraz poważniej przymierza się do ich włączenia w nasze aranże. Na razie jednak wystarczają nam lutnia, teorba, pistala. W nagrywanym nowym albumie chcemy wykorzystać jeszcze dźwięki szałamaji i rby.

Wszystkie utwory Amaryllis śpiewane są w języku łacińskim. Skąd taki wybór? I czy nie baliście się, że łacina – jako język martwy, niezrozumiały dla ogółu – może odstraszyć część Waszych potencjalnych fanów? Czemu np. nie angielski?

Jeśli chcemy być wierni duchowi epoki, to nie ma innej drogi: łacina to podstawowy język Średniowiecza. Większość utworów o charakterze liturgicznym czy świeckim, powstawało właśnie w tym języku. Poza tym uważam, że łacina jest potrzebna naszym czasom. Jest ona swego rodzaju nośnikiem głębi, mądrości, piękna, tradycji, i przede wszystkim tajemnicy. Tego wszystkiego za czym podświadomie tęskni nasza współczesna stechnicyzowana cywilizacja. Łacina ma ukrytą duszę. Łacina jest mową duszy. Angielski jest efektowny, piosenki dobrze brzmią w tym języku, ale nie jest otoczony tą niepodrabialną aurą tajemnicy. Wydaje mi się, że mając odwagę śpiewać dzisiaj w języku łacińskim niesiemy swego rodzaju przesłanie: najważniejsza jest mowa duszy, jeśli jej pragniesz, to ją zrozumiesz i nie musisz koniecznie kończyć filologii klasycznej.

Jaki znaczenie mają dla Was teksty? Czy są one tylko i wyłącznie niejako „dodatkiem” do muzyki? Niektóre z nich – jeśli nie większość – mają charakter religijny…

Nas łączy przede wszystkim muzyka. Specyficzna wrażliwość każdego z nas pozwala spotkać się w tej jednej idei muzycznej, i to jest fundament zespołu jako grupy ludzi o różnych przekonaniach i różnych światopoglądach. To, że w Amaryllis są osoby o różnym światopoglądzie wcale nie przeszkadza, aby na polu sztuki być przekonywującymi i prawdziwymi. W tym miejscu mogę przede wszystkim mówić w swoim imieniu, a nie w imieniu całego zespołu… Dla mnie te teksty wyrażają moją życiową postawę względem świata, ludzi i samego Boga. Kiedy w utworze „Quis Locus Est” cytowane są słowa św. Augustyna: „Nie istniałbym, gdybyś nie istniał we mnie. Nie istniałbym, gdybym nie istniał w Tobie”, to mogę stwierdzić z całą szczerością, że utożsamiam się z ich znaczeniem, jak to tylko możliwe. Nie byłoby tej muzyki, tych słów, gdybym w całym swoim życiu nie doświadczał daru Jego łaski, daru Jego miłości. Zawsze to mówiłem otwarcie i nigdy mówić nie przestanę: Bóg o konkretnym imieniu i obliczu, Jezus Chrystus, jest moją najgłębszą i najprawdziwszą inspiracją. To On jest dla mnie najwyższym i nieogarnionym Pięknem, którego ślady codziennie odszukuję między blaskami i cieniami tego świata (Lux Umbra Dei – światło jest cieniem Boga). Mogę śmiało powiedzieć za św. Pawłem: gdybym mówił inaczej, byłbym kłamcą!

Gracie dużo koncertów? Gdzie i z jakimi zespołami? Utożsamiacie się z jakąś konkretną „sceną” muzyczną? Kim są Wasi słuchacze?

Chcielibyśmy grać dużo koncertów. To oczywiście nie znaczy, że nie gramy w ogóle! Gramy jeszcze zbyt krótko, by dać się poznać szerszej publiczności. Zagraliśmy w kilku dużych klubach w Poznaniu. Zagraliśmy na Rockarenie 2007, co było naprawdę dużą przyjemnością: grać na tych samych deskach, co TSA, Perfect, Izrael i Myslovitz. Zagraliśmy w kilku miastach w Polsce… Trudno mi odpowiedzieć kim są nasi słuchacze. Rozmawiając z ludźmi po naszych koncertach zauważam, ze są wśród nich wielbiciele rocka progresywnego, muzyki dawnej, muzyki klasycznej, ciężkiego metalowego grania, rocka gotyckiego… i to w przedziale wiekowym od 15 do 60 lat. Swoja drogą ciekawe…

Pytanie czysto techniczne: zastanawiam się w jaki sposób radzicie sobie z lutnią w warunkach koncertowych… Udaje się jej przebić przez ścianę basu, gitar elektrycznych i perkusji?

Mam nadzieję, że nie zabrzmi to źle. Prawda jest jednak taka, że dla wszelkiej maści nagłośnieniowców jesteśmy nie lada wyzwaniem. Czasami mam wrażenie, że panowie akustycy mają ochotę rwać sobie włosy z głów. Kiedy tłumaczymy im, że lutnia – najdelikatniejszy instrument świata – ma być tak samo głośno albo i nawet głośniej niż dwie ryczące, przesterowane gitary i dudniąca perkusja z basem, rozkładają ręce i mówią: to wbrew prawom fizyki! Tak było na kilku początkowych koncertach. Teraz zainwestowaliśmy w sprzęt wzmacniający dźwięk lutni i jest zdecydowana poprawa. Chociażby taka, że ją po prostu słychać. No i przede wszystkim mamy swojego hiper-zdolnego akustyka i realizatora dźwięku w jednym, bez którego nie ruszamy się ani na krok. To prawda, co mówią: dobry akustyk, to 60% sukcesu!

Wywodzicie się z różnych muzycznie światów, słuchacie zapewne różnej muzyki. Możesz podać nam parę nazw zespołów lub nazwisk kompozytorów i artystów którzy szczególnie inspirują każdego z Was?

Znowu będę mówił w swoim imieniu, a jak kiedyś jeszcze będzie okazja, to i reszta muzyków Amaryllis opowie o swoich inspiracjach muzycznych. Osobiście wychowałem się na muzyce takich grup jak: The Beatles, The Doors, Rush, Genesis, Yes, Marillion, Peter Gabriel, Pink Floyd, Pearl Jam, Dream Theater. Równocześnie była fascynacja klasyką: J.S. Bach, Mozart, Debussy, Musorgsky i mój ukochany Gabriel Faure. Ważna jest też dla mnie muzyka filmowa i tacy twórcy jak: John Williams, John Barry, Ennio Morricone, Michael Nymann i wielu innych, których trudno wszystkich wymienić.

Dziękuję bardzo za wywiad, pozdrawiam serdecznie cały zespół w imieniu e-magazynu RUaH. Ostatnie słowo należy do Ciebie…

Dziękuję za inspirujące pytania i możliwość podzielenia się z czytelnikami RUaH.pl moimi myślami. Mam nadzieję, że te słowa bardziej zachęcą niż zniechęcą do bliższego poznania Amarylis, tj. do posłuchania naszej muzyki. Zakończę moją ulubioną sentencją średniowieczną: „Każdy dźwięk kiedyś umrze, tylko cisza nigdy nie umiera”. Pozdrawiam całą redakcję RUaH.pl i wszystkich czytelników.

WordPress Gallery Plugin