Babilon musi upaść

fot. Krzysztof Raczyński

27 listopada odbyła się premiera nowego albumu Maleo Reggae Rockers „REGGAEMOVA”. Na płytę, jak przyznaje sam Maleo, musieliśmy długo czekać. Jednak naprawdę było warto: trzynaście piosenek, wszystkie nowe, bujające, pełne gości. O nowej płycie, o muzyce reggae, przesłaniu i 10. urodzinach zespołu z Darkiem Malejonkiem rozmawia PATRYCJA MICHOŃSKA

 

Maleo Reggae Rockers powstał dziesięć lat temu, a urodzinowych obchodów nie widać i chyba na razie się na nie nie zanosi?

Pierwszą płytę nagraliśmy w 1997 roku, a wydaliśmy rok później. Świętować będziemy już w przyszłym roku. Tę płytę nagraliśmy w trochę innym składzie – ze Stopą i Marcinem Pospieszalskim. Potem bardzo chciałem mieć zespół, który będzie grał koncerty. Przyjaźniłem się z zespołem Bakshisz, a ponieważ oni wtedy bardzo mało grali, postanowiliśmy połączyć siły. I tak powstał Maleo Reggae Rockers, ze mną, Siwym, Kapslem, Kazkiem – to główny skład, który trwa do dzisiaj. Ciekawostka: chłopaki grali przedtem w różnych składach, ale wszyscy pochodzą z Kluczborka, który jest nazywany Mekką reggae. W tym małym mieście przez te lata powstało chyba ze sto zespołów grających reggae.

A dlaczego Ty wybrałeś właśnie reggae?

Na początku lat 90. reggae było bardzo mocne na całym świecie. Tuż wcześniej zmarł Marley, wszędzie powstawały nowe zespoły. I wszystko działo tak, jak śpiewał Bob Marley – było takie zjawisko nazywane punky reggae party – scena reggae bardzo mocno współdziałała ze sceną punkową. Z tego co pamiętam, w Polsce też tak było, większość ludzi ze środowiska punkowego była związana także z zespołami reggae. Tak było na przykład z Armią i Izraelem.

Jak udawało się połączyć te gatunki muzyczne?

Rzeczywiście, to dwa zupełnie różne gatunki muzyczne, ale w przesłaniu mają ze sobą wiele wspólnego: walkę ze złem, walkę z systemem babilońskim, czyli tym, co Jan Paweł II nazywał cywilizacją śmierci. Każdy z tych gatunków opowiadał o tym w różny sposób. Punkowcy śpiewali, że ten system musi upaść, a my musimy robić wszystko, żeby ten system obalić, a w reggae śpiewaliśmy, że uczyni to Bóg – przyjdzie i zniszczy cywilizację śmierci.

Czy dzisiaj słusznie reggae kojarzy się z dziećmi-kwiatami?

Nie! To było zupełnie coś innego! Ten ruch był bardzo mocny w Polsce w latach 70. i w związku z tym reggae nie zostało przychylnie przyjęte. Nurt hippisowski był bardzo nihilistyczny, a reggae niosło ze sobą bardzo mocne przesłanie – śpiewaliśmy Psalmy, były nawiązania do Pisma Świętego, do walki ze złem. Była mowa oczywiście także o miłości, zjednoczeniu i przyjaźni, ale w zupełnie innym kontekście. Reggae było zawsze przeciwko takim zjawiskom jak wolna miłość, aborcja czy eutanazja. Było nawet takie punkowe hasło – „seks kaleczy”, to przecież zupełnie coś innego niż wolna miłość.

Czy z tego wszystkiego wynika, że reggae to muzyka chrześcijańska?

Dla mnie to był pierwszy krok. Pochodzę z rodziny niewierzącej i właściwie dzięki reggae odkryłem całą sferę duchową. Dzięki Marleyowi usłyszałem, że jest jeden Bóg, który stworzył świat, stworzył ludzi, który przyjdzie osądzić ziemię za wszystkie grzechy, za zbrodnie. Dopiero w Jarocinie w 1988 roku odkryłem Jezusa Chrystusa. Przyjechał wtedy zespół No Longer Music i podczas koncertu usłyszałem Dobrą Nowinę. Tam właśnie przyjąłem Jezusa Chrystusa jako Pana i Zbawiciela.

I w dalszym ciągu jesteś w kontakcie z No Longer Music?

O tak, jakiś tydzień temu David Pierce odwiedził mnie w Warszawie. Ale wcześniej byliśmy razem w Danii, Anglii, Indiach, na Jamajce – w wielu miejscach.

Co David sądzi o Twojej nowej płycie?

Bardzo mu się podoba. Zresztą mnie też, myślę że to najlepsza reggae`owa płyta, jaką zrobiłem w życiu. Jest wyjątkowa także w warstwie tekstowej – po raz pierwszy udało mi się napisać tyle piosenek po polsku. Ta płyta jest niemal w stu procentach muzycznie idealna – każdy dźwięk jest dopracowany i świadomie zagrany. Jest też dużo „smaczków”, trzecich, czwartych planów…

Ile razy trzeba posłuchać, żeby wszystko wychwycić?

Za pierwszym czy drugim razem tego naprawdę nie słychać. Dopiero potem odkrywa się kolejne warstwy muzyczne: są sekcje smyczków, różne dźwięki – zagrane cicho i schowane w tłach. Są goście: Joszko Broda, Mateusz Pospieszalski, Michał Kulenty, sporo osób, które grają tu rzeczy, jak ja to nazywam – nieoczywiste. Jak się słucha piosenki, to najpierw słyszy się główną melodię, motyw przewodni, a tutaj trzeba poszukać czegoś głębiej.

Czy do muzyki reggae pasują polskie słowa?

Pewnie, że pasują. Ale muszę przyznać, że po raz pierwszy udało mi się tak to wszystko poskładać, żeby do siebie pasowało idealnie. Teksty są melodyjne, jest trochę reggae-rapowania. I jeszcze więcej gości – z Jamajki, z Kuby, Vienio i Pele… Są w związku z tym także smaczki tekstowe, które dopełniają całości. Jest nowa wersja piosenki „Żyję w tym mieście”, śpiewają w niej trzy pokolenia muzyków: ja, który zaczynałem w 80. latach, Vienio i Pele – w 90., i jest Bartek, który zaczyna po 2000.

Ostatnio aż nadto często słyszy się, że w muzyce wszystko już zostało wymyślone. Czy muzyka reggae jest już zakończoną całością?

Wciąż powstaje coś nowego… Jest wiele podstylów, syn Boba Marleya, Ziggy, mówi, że to jest najstarsza muzyka i ma parę tysięcy lat. Jak się pomyśli, że powstała na maleńkiej wyspie, na której mieszka nie więcej niż trzy miliony ludzi, i rozpłynęła się na cały świat, to trzeba przyznać, że jest nadzwyczajna – ma w sobie ducha i dla mnie jest darem z nieba. Na pewno jest kompletna, zawiera w sobie wszystko, co jest w muzyce, a do tego jeszcze daje nadzieję i ma w sobie taki puls, który powoduje, że reaguje całe ciało.

Czy sądzisz, że siłą reggae jest rytm, czy może przesłanie?

Obie te rzeczy. I to jest cechą charakterystyczną odróżniającą reggae od popu i każdej innej muzyki. Ma ona w sobie wielką energię, żar, przesłanie.

I jak nie buja, to znaczy, że daleko jej do doskonałości?

Myślę, że jest tu trochę tak, jak z muzyką kubańską – z czasem nabiera się umiejętności poruszania się w tym gatunku. Mistrzowie mają po dziewięćdziesiąt lat! W muzyce rockowej liczy się przede wszystkim energia, taka niemal zwierzęca siła. Najwięcej jej mają młodzi ludzie, a to wynika z takiego młodzieńczego zapału – są nawet w stanie tarzać się na scenie w tłuczonym szkle. A reggae jest muzyką, która wymaga precyzji i nauki, ale nie nauki w szkole muzycznej, tylko słuchania, prób i ćwiczeń – z latami nabiera się coraz większej wprawy.

Dlaczego „REGGAEMOVA” powstawała tak długo? Nabierałeś wprawy?

Było wiele różnych przyczyn. Chcieliśmy, żeby wszystko było dopracowane. I dostajemy dzisiaj wiele komentarzy od słuchaczy tej płyty, że warto było czekać. Opóźnienia wynikały między innymi z pracy nad teledyskami.

Sporo rozmawialiśmy o przesłaniu muzyki reggae. Czy czujesz, że Maleo Reggae Rockers to zespół chrześcijański?

To pytanie, które zawsze bardzo lubię… Prawda jest taka, że równie dobrze możemy grać na festiwalu SOS, jak i innych. Ja jestem chrześcijaninem, ale Maleo Reggae Rockers nie jest zespołem ewangelizacyjnym. W tych szarych, smutnych czasach chcemy nieść przesłanie nadziei, przesłanie, że życie ma sens, że jest Bóg, który kocha człowieka. Że życie jest darem Boga.

fot. Krzysztof Raczyński