
Wielu, tak jak Mojżesz czy Abraham, nie miało wątpliwości, że słyszą głos Boga, że to właśnie Bóg do nich mówi. Moim marzeniem jest, aby słyszeć ten głos Boga i mieć tyle siły, by robić po prostu to, co do mnie należy.
Z Januszem Kohutem rozmawia MONIKA SMÓŁKA
Rok temu recenzowaliśmy w RUaH Pana płytę „Wysokie góry”. Miałam wówczas (21.02.2006) okazję uczestniczyć w koncercie promującym ją w Bielsko-Białej, Pana rodzinnym mieście…
Z tamtym wydarzeniem zbiegła się jeszcze jedna okoliczność – było to także moje przyjęcie urodzinowe. Chciałem zaprosić przyjaciół na pewnego rodzaju ucztę duchową, która miała się odbywać nie przy stole, ale przy fortepianie. Koncert był więc nietypowy, miał wymiar bardziej uroczysty. Dlatego pamiętam dokładnie ten koncert i bardzo miło go wspominam. Zawiera on utwory nagrane w takiej samej kolejności jak na płycie studyjnej. Oczywiście, jest to nagranie na żywo wraz z dodatkowymi bisami.
W jaki sposób zrodził się pomysł na płytę o takim tytule? Czy ma Pan przed oczyma konkretne wzniesienia, mówiąc wysokie góry? Tatry? A może otaczające Bielsko Beskidy?
W pewnym sensie jestem góralem. Bielsko jest otoczone górami. Muszę jednak przyznać, że jako „ekstremista” lubię zarówno góry jak i morze – kontrastujące ze sobą krajobrazy. Wydaje mi się, że mają one w sobie specyficzny rodzaj energii, która dodaje nadziei, pomnaża chęci do życia, poszerza perspektywę. Nie mogę się pogodzić z równinami, dziwnie się na nich czuję. Poza tym lubię muzykę góralską, ostatnio bardzo modną. Wielokrotnie nagrywałem ją w „AV Studio” i także ona była dla mnie inspiracją. Gramy wspólne koncerty z Józefem Brodą, który jest naprawdę wyjątkowym człowiekiem w swym pojmowaniu folkloru. Rozumie go jako wiedzę ludu, czyli mądrość wielu pokoleń przekazywaną z ust do ust. Nie są to frywolne przyśpiewki przy alkoholu, ale utwory niosące wielką głębię, prawdziwe doświadczenie i mądrość. Zapragnąłem nagrać płytę bliską własnego życia, codzienności. Pierwszy, a zarazem tytułowy utwór „Wysokie góry” zawiera pewne elementy folkloru podhalańskiego, pozostałe, to głównie instrumentalne fragmenty moich oratoriów.
Bardzo wymownym sygnałem autentycznego przeżywania mistyki gór jest osobliwy komentarz do płyty: Lubię wysokie góry, lubię patrzeć na szczyty, jeszcze bardziej lubię przebywać na nich. Czy tak bogata twórczość kompozytorska i liczne koncerty pozwalają jeszcze znaleźć czas na to, by chodzić w góry?
Jest to na pewno niezbędne dla higieny psychicznej, jeśli przebywa się wiele godzin, czasem nawet szesnaście na dobę w studio. Można wtedy stracić dystans do własnej pracy, dlatego staram się być przynajmniej raz w tygodniu w górach. Teraz w zimie, oczywiście, jeżdżę na nartach, lubię także wyprawy na biegówkach. Oprócz tego, pierwsze dni maja spędzamy od wielu lat w Małym Cichym. Mamy tam kilka koncertów i oczywiście dużo chodzimy po górach.
Który więc ze szczytów w takim dosłownym słowa znaczeniu mógłby Pan nazwać swoim ulubionym?
Są nim oczywiście Rysy, które zdobyłem wiele lat temu. Ostatnio zafascynowała mnie także góra Athos. Byłem w Grecji, gdzie mieszkaliśmy na campingu z widokiem na ten szczyt. Dostarczył mi wielu naprawdę głębokich, mistycznych przeżyć, a podziwianie go stało się niezwykle inspirujące. Wierzchołek góry prawie zawsze ukrywała mgła, nawet przy całkowicie bezchmurnym niebie zawsze znajdował się jakiś mały obłoczek, który przesłaniał szczyt. Tylko raz, kiedy płynęliśmy wokół niego statkiem, udało się zobaczyć Athos w całej okazałości. Kolejnym przeżyciem była wyprawa na górę Olimp, zwiedzanie klasztorów oraz pływanie w morzu z widokiem na ośnieżone szczyty. To był ideał godzący te dwie „ekstremalne” rzeczywistości.
Napisał Pan również, że przebywanie w górach uczy pokory, daje poczucie wolności, odsłania szeroką perspektywę, dodaje siły i energii do zmagań z przeciwnościami… A co w Pana życiu jest takimi „wysokimi górami”, na które można się wspinać?
Jest to walka każdego dnia z lenistwem, z grzechem, z własnymi słabościami, nieustanne nawracanie się. To właśnie fascynuje mnie w Starym Testamencie. Wielu, tak jak Mojżesz czy Abraham, nie miało wątpliwości, że słyszą głos Boga, że to właśnie Bóg do nich mówi. Moim marzeniem jest, aby słyszeć ten głos Boga i mieć tyle siły, by robić po prostu to, co do mnie należy. Mam wrażenie, że właśnie to daje prawdziwe poczucie szczęścia. Jeżeli realizuję swoje powołanie, wówczas jestem na swoim miejscu. Tak, jak kiedyś powiedział mój profesor: Jabłoń powinna rodzić jabłka, a nie ananasy czy banany, bądź jeszcze inne owoce, które są akurat modne, drogie lub chętnie kupowane. Każdy ma swoje własne miejsce na ziemi i bardzo ważne jest, żeby je odnaleźć; by w pokoju wypełniać swoje powołanie i zgodnie z nim postępować. Na drodze, niestety, nieustannie wyrastają chwasty, które starają się przesłonić światło, dlatego trzeba nieustannie nad tym pracować. Codzienność staje się największym wyzwaniem i… to może nie są nawet takie wysokie góry. Z drugiej strony jednak, przebywanie na szczytach daje szerszą perspektywę, pokazuje nowe horyzonty i możliwości. Podobnie jest z obejrzeniem dobrego filmu, udziałem w koncercie, czy uczestnictwem w ciekawym spektaklu teatralnym. To powoduje, że nabieram ochoty do pracy nad sobą. Więcej ćwiczę na fortepianie, więcej komponuję. Dostrzegam wtedy łatwiej drugiego człowieka, jego potrzeby i problemy. Uświadamiam sobie, że za tą górą jest jeszcze druga, za nią kolejna i następne…
A kto jest dla Pana takim przewodnikiem prowadzącym przez te „życiowe góry”?
Podjąłem decyzję, żeby zaprosić takiego Przewodnika do swojego życia ponad dwadzieścia lat temu. Jest nim Pan Jezus. Poprosiłem Go o to bez najmniejszych zastrzeżeń. Postrzegałem Go jako Kogoś jedynego jakiego znam, Komu nie można postawić żadnego zarzutu. Kiedy zaprosiłem Jezusa, żeby został moim Mistrzem, Nauczycielem i Przewodnikiem, pomyślałem sobie, że w zasadzie nie mam nic do stracenia, że spróbuję. W momencie, gdy podjąłem taką decyzję, zobaczyłem, że to był najlepszy wybór, jakiego mogłem dokonać. Staram się w nim trwać i to też jest największym dla mnie wyzwaniem. Ta decyzja została podjęta wiele lat temu, ale każdego dnia muszę wybierać na nowo. Świat nieustannie kusi wielością łatwych dróg – na skróty, bez krzyża, cierpienia, bez zobowiązań i odpowiedzialności. Bóg wymaga wytrwałości, konsekwencji i odwagi. Na szczęście Najwyższy stwarzając człowieka wyposażył go we wszystkie potrzebne atrybuty pozwalające mu wytrwać do końca. Dał nam Ducha Świętego, „który nas wszystkiego nauczy”.
Wspomina Pan także: W kontekście dzikiej przyrody widać wyraźniej co jest prawdziwe i co dobre, jeśli oczywiście nie ma mgły. Czy muzyka i Pana kompozycje mogą przepędzać takie życiowe mgły?
Chciałbym. Niektórzy mówią, że tak się dzieje… Nie wiem czy to komplement (śmiech)… Miałem na myśli to, że jeżeli zabrałbym to nagranie na przykład ze sobą w góry i posłuchał go w kontekście, w towarzystwie tej dzikiej przyrody, to tam bardzo wyraźnie widać każdy fałsz, każde udawanie, każde popisywanie się… To jest znakomity sprawdzian, bo trudno oszukiwać, będąc gdzieś wysoko na szczycie – tam wszyscy ludzie są jak gdyby trochę obnażeni ze swojej sztuczności, z udawania kogoś, kim nie są, z chęci imponowania… Chodzi o to, by być tym, kim się jest, zobaczyć wyraźnie całą prawdę o sobie… To jest jak papierek lakmusowy, który pokazuje czy kierunek jest właściwy, czy też wkradły się jakieś fałszywe, egoistyczne intencje…
A którą kompozycję z dotychczasowego dorobku wykonuje Pan najchętniej?
„Pan mocą moją”, oczywiście. Pan mocą moją i źródłem męstwa, Jemu zawdzięczam moje ocalenie – to tak pięknie śpiewała Ewa Uryga. Utwór ten dodaje mi wiary, siły, nadziei i energii w momentach, kiedy jest trudno… Kiedy idę ciemną doliną, jednak wtedy zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną..
To proszę nam jeszcze zdradzić tajemnicę nad czym Pan teraz pracuje?
Właśnie kończę musical „Szczęśliwi ludzie”. Jest on o rodzinie, o odwiecznych konfliktach pokoleń, o trudnościach w porozumiewaniu się między nimi. Nieraz łatwiej wnukowi rozmawiać z dziadkiem niż matce z córką, czy synowi z ojcem. Rodzina w dzisiejszym czasie narażona jest na wiele trudnych wyzwań. Zapracowani i przemęczeni rodzice nie mają czasu dla swoich dzieci. Zajęci są głównie zdobywaniem rzeczy dających nierzadko jedynie ułudę komfortu i dobrobytu. Pożerając cenny czas, przyczyniają się do utraty więzi z bliskimi. Jest również coś takiego jak samotność w tłumie – spiesząc się, widzę jedynie nogi innych ludzi, którzy są przede mną, którzy często również biegną. Trzeba dużo łaski i mocy, aby się zatrzymać, aby zobaczyć, gdzie naprawdę jestem i dokąd zmierzam. Człowiek, który wpada w wir, w którym różne zewnętrzne okoliczności kształtują jego życie, nie wyznacza sam kierunków, traci kontrolę nad swoim istnieniem. Wtedy na ogół jest nieszczęśliwy, bo ma poczucie, iż nie robi tego, co do niego należy i wówczas poszukuje jakiejś drogi wyjścia. Wtedy, na domiar złego, pojawiają się często alkohol i narkotyki, które stwarzają iluzję wyzwolenia od szarej, męczącej rzeczywistości. Jednak tak naprawdę ją pogłębiają. Poszukiwanie oparcia w drugim człowieku jest na pewno dobre, ale jedynie sensowne jest oparcie się na Bogu, który nigdy się nie zniechęca, nie nudzi i nie męczy. Jedynie wtedy człowiek jest bezpieczny, tylko to daje prawdziwy pokój i szczęście. Każdy, oprócz Niego, jest czasem słaby, każdy zawodzi. W musicalu po to, aby wyraźniej pokazać różnice i trudności w komunikacji, matka śpiewa sopranem, ojciec – tenorem, córka fascynuje się muzyką soulową, syn zaś jest hip-hopowcem. W momencie, kiedy ojciec śpiewa mocnym postawionym głosem – syn odpowiada mu rapując. To właśnie jest klucz do pokazania tego, że bardzo często ludzie się nie słuchają, używają drugiego człowieka po to, żeby wyartykułować własne myśli, by się po prostu zrealizować, nie zaś aby starać się nawzajem zrozumieć. Wejść w rzeczywistość drugiego człowieka, poznać jego potrzeby, starać się po prostu z nim być – tu i teraz – to kolejne wyzwanie. Jest tam też polityk, który zrobił dużą karierę, a co z tego wyniknie…?
Po takiej zapowiedzi, to już tylko czekamy na efekty… Na koniec poproszę Pana o krótkie przesłanie dla czytelników RUaH.pl…
Dla tych, którzy się nawrócili: wytrwaj! – to jest największe wtajemniczenie i najtrudniejsze wyzwanie – wytrwaj do końca! Bóg każdego dnia daje nam pomoc, wyciąga rękę. Jest nią żywy Kościół. To tutaj każdy może znaleźć swoje miejsce, realizować własne powołanie do świętości w różnych grupach i wspólnotach. W Kościele nigdy nie ma „bezrobocia”, jest naprawdę mnóstwo pracy. Im zaś więcej się daje, tym więcej się otrzymuje… Czas ofiarowany innym nigdy nie jest czasem straconym. To największe wyzwanie dla tych, którzy już podjęli tę najważniejszą w życiu decyzję. Jeśli się jeszcze wahasz, nie dokonałeś właściwego wyboru – obyś miał duszę szczerze poszukującą… Wtedy na pewno spotkasz Boga i znajdziesz tę drogocenną perłę, która spowoduje, że będziesz szczęśliwy teraz i zawsze… To może brzmi górnolotnie, ale nie potrafię inaczej o tym powiedzieć. Dlatego właśnie gram na fortepianie.
