Inwestycja w piękno

Muzyka i sztuka w Kościele to jest wielka inwestycja. Nie można jej kupić w pakiecie i zastosować. Trzeba kultywować, pielęgnować, pracować i działać systematycznie.

Z Maciejem Sternickim, organizatorem I Karmelitańskich Warsztatów Liturgiczno-Muzycznych „O Matce Bożej” i organistą w krakowskim kościele karmelitów bosych rozmawia Michał Buczkowski

NAUKA I DYSKUSJA

Przekazywanie tradycji liturgicznej przez całe stulecia nie odbywało się przez warsztaty.

Często ludzie przychodzą do księdza i mówią, że są rzeczy czy sprawy które warto by zmienić. We mnie też rodzą się różne przemyślenia, stąd te warsztaty – chcę przekazać wnioski, do jakich doszedłem, grając od 12 lat w kościele. A jeszcze bardziej chcę dyskutować, dowiedzieć się, co inni zauważyli. Dlatego też mamy forum na stronie poświęconej warsztatom, ono nie jest jeszcze oblegane, ale liczę że się rozbudzi po tym projekcie. Są już takie fora, które tętnią życiem całą dobę. Można dzielić się wrażeniami, problemami, zadać pytania. I to jest bardzo cenne, bo rozmawiają zarówno warsztatowicze jak i fachowcy.

To już kolejne warsztaty liturgiczne w Polsce. Nie odczuwa się przesytu?

Ośmielam się stwierdzić, że nie ucierpiałby Kościół na tym, gdyby raz w miesiącu odbywała się tego typu impreza w każdym regionie. Ludzie zainteresowani nie zawsze mają czas i możliwość dojazdu w określone miejsce. Muzyka i sztuka w Kościele to jest wielka inwestycja. Nie można jej kupić w pakiecie i zastosować. Trzeba kultywować, pielęgnować, pracować i działać systematycznie. Wielu ludzi chce się zaangażować, w parafiach są nie tylko organiści – są dyrygenci, muzycy, śpiewacy – oni chcą mieć swoje miejsce w Kościele.

Utwory, których będziecie uczyć, to dość reprezentatywny dobór z bogactwa muzyki kościelnej – mało zaś jest specyficznego śpiewu Karmelu.

Będą utwory różne – tradycyjne pieśni, utwory wielogłosowe, kompozycje Piotra Pałki, ale również chorał, jeden rzymski, drugi karmelitański. Pierwszym celem pomysłu jest zadbanie o wysoką jakość. Druga rzecz to zachęcenie do modlitwy. I tutaj pojawi się zastrzyk karmelitańskiej duchowości. Przyszedł czas, by inwestować w sztukę, w muzykę, zobaczymy co za dwadzieścia lat z tego powstanie. Start nie musi być typowo karmelitański. Będzie bardziej uniwersalny. Myślę, że w przyszłości nadal będzie to różnorodność. Zakon ma swoje tradycje zarówno muzyczne jak i liturgiczne i będziemy je stopniowo odsłaniać.

Na jakich uczestników liczą organizatorzy?

Czekamy na wszystkich, którzy przyjdą. Marzeniem jest sto osób w chórze, ale jeśli przyjdzie dziesięć to i tak będzie sukces, bo to będą ludzie, którzy chcą tworzyć muzykę w tym miejscu. Można też „załatwić” osoby z zewnątrz na taką okazję, uprosić – nie odmówią, przyjdą – ale potem i tak wrócą do siebie. A chodzi o to, by razem stworzyć coś nowego. A wtedy utworzy się określona wspólnota. I jeśli ja odejdę, jeśli przeor się zmieni, to ci ludzie zostaną i będą działać. Bo to jest ich kościół. Schola, która tu powstanie ma być sercem tego kościoła. Często jest tak, że znika dany człowiek i grupa się rozwiązuje. Trzeba zadziałać tak, by stworzyć coś trwałego.

WŁĄCZANIE W TRADYCJĘ

Ktoś ma dziś jeszcze ochotę słuchać szorstkich śpiewów sprzed stuleci?

Odpowiem przykładem. Miała być pierwsza komunia. Pomyślałem – zrobimy pierwszokomunijnie, ale nie dziecięco: eucharystycznie. Nauczyłem małe dziewczynki „Pange lingua”. Nauczyły się w ciągu godziny na pamięć, choć ledwie składały literki w łacińskim tekście. Zaśpiewały z chóru swoimi anielskimi głosi pewien, który nigdy nie reagował na to, co się działo, zawsze tylko stwierdzał „no, fajnie było” – wyszedł z konfesjonału, przyszedł na górę i zapytał „jak pan to zrobił?”. Ludzie się wzruszali, mówili, że to jest niesamowite. Jest potrzeba chorału. Ludzie tego może nawet w podświadomy sposób oczekują. A z etapu schol się wyrasta (jak z każdego okresu).

Wyrasta się i nagle brakuje ciągłości.

Tak, te dzieci dorastają i przychodzą do kościoła, już na zwykłe msze i nie znają ani jednej tradycyjnej pieśni. Ciężko im się jest odnaleźć. I to jest jedną z przyczyn zaniku śpiewu młodzieży w Kościele. Jednocześnie znam też ludzi, którzy całe życie wychowani na gitarze potrafią dziś bez problemu włączyć się w śpiew ludu.

Czy piękno nie skupia na sobie, nie odwodzi od modlitwy?

Wartościowe piękno nie odwiedzie nas od modlitwy. Bo nie chodzi o piękno samo w sobie. Któryś z dominikanów powiedział, że w liturgii nie chodzi o profesjonalizm – „nie jesteście profesjonalistami, ale amatorami i chodzi o to, żebyście się tu modlili”. I w sumie słusznie… Natomiast ja twierdzę, że musi być jednak profesjonalnie. Każda rzecz, którą chcemy zrobić powinna być profesjonalnie realizowana. Bez profesjonalizmu nie ma modlitwy. To nie jest tak, że „nie ważne jak to zrobimy, ważne, żebyśmy się tym modlili”. Jeśli mamy taką sytuację, że przychodzi ktoś do kościoła i kantor (nie mówię ksiądz czy organista czy psalmista) czy nawet ktoś z ludu fałszuje, robi coś za szybko, za wolno, inaczej – to w tym momencie nie możemy się modlić. Bo gros ludzi zaczyna się denerwować, wpada w jakieś myśli niezwiązane z akcją liturgiczną. Profesjonalizm to jest słowo, które często ludzi przeraża – ja tu nie mówię o wykształceniu wyższym. Profesjonalne ma oznaczać dobre. Poza tym modlitwa zaczyna się w momencie, kiedy kończymy problemy techniczne. Kiedy mamy opanowane nuty, teksty, nie mylimy się, wtedy możemy zacząć tworzyć sztukę. No i możemy zacząć się modlić.

Dobre, ale i wzniosłe?

Usłyszałem kiedyś w radiu, w programie drugim: zawsze była sztuka niska i wysoka – jedna dla ludu, druga kunsztowna dla wyższych sfer, ale dopiero w XX wieku powstał BANAŁ! Nie chciałbym klasyfikować co nim jest, niech sobie każdy odpowie. Ale niestety można go dostrzec dzisiaj w liturgii. Do kościołów wkradła się muzyka popularna, która w przeciwieństwie do tradycyjnej muzyki ludowej – autentycznej, zawierającej doświadczenia ludzkiego życia, wspólnoty – jest produktem kultury masowej – a ta zaś nastawiona jest na popyt i sukces. Muzyka która ani nie drażni ani nie wzrusza, ale banalizuje. Benedykt XVI (jeszcze jako kardynał Józef Ratzinger) napisał w książce „Nowa Pieśń dla Pana”: „banalizacja wiary nie jest żadną nową inkulturacją, lecz zaprzeczeniem jej kultury i prostytucją uprawianą z antykulturą”. Ostry tekst.

DYLEMATY ORGANISTY

Jak zachować tę ludową prostotę?

Na liturgii gram i śpiewam w taki sposób, żeby się samemu nie zmęczyć. Gram tak, by można było śpiewać naturalnie. Ktoś przychodzi mówi dlaczego gra pan tak szybko, wyciągam nuty: gram tak, bo te dwa takty musimy zaśpiewać na jednym oddechu, tak sobie kompozytor zażyczył (pomimo, że się czasami nie podpisał). Staram się zachować formę muzyczną, zgodną z tym, co mam przed oczami, staram się też szanować ludzi – nie każdy jest wprawiony w śpiewie. Dlatego też nie eksponuję wszystkich swoich walorów wokalnych, ale śpiewam tak, by się nie męczyć, zachowując tempo zgodne z muzyką i tekstem, czyli by dało się wymówić słowa.

No właśnie… organista pełni funkcję kantora.

Niejako automatycznie… ale równocześnie jestem za tym, żeby odebrać organistom mikrofony. Żeby prowadzić śpiew w parafii trzeba ją znać. Ja gram melodie tak, jak jest w śpiewniku, ale zostawiam ludziom możliwość śpiewania w wersji ludowej, miejscowej. Większość pieśni jest tak skomponowana, że jest dostosowana do średniej skali głosu, uwzględnia to jak się przez lata uczono. Nie daję zbyt dużej dowolności, bo nie mogę – prowadzę ten śpiew i jestem za niego odpowiedzialny. Jeśli psalmista zaśpiewa psalm w dany sposób, to ludzie nie mogą zaśpiewać tego inaczej, nie mogą zacząć w innej tonacji albo rozwlec tempa czy przyspieszać…

Nieznajomość miejscowej tradycji wykonawczej to jedyny problem z jakim spotyka się organista-kantor?

Są różne problemy. Na przykład nasz kościół ma specyficzną budowę. Zwęża się trzykrotnie do prezbiterium, dochodzi do tego specyficzny projekt organów – są schowane pod arkadami. Więc dźwięk powoli się wynurza zanim dojdzie do prezbiterium. Czas dotarcia dźwięku organo wego jest o wiele dłuższy niż czas mojego śpiewu przez mikrofon. Nauczyłem się więc grać wcześniej sekundę czy pół – wyprzedzając (co jest dla niektórych zabawne gdy z przyzwyczajenia zrobię tak w kościele, gdzie nie ma tego problemu akustycznego). Księża jeszcze często zupełnie niepotrzebnie dublują animowanie śpiewu. Śpiewają do mikrofonu oddalonego o 30, 40 a czasem nawet ponad 100 metrów od organisty. Jak możemy śpiewać razem i równo? Musiałbym mieć jakiś odsłuch słuchawkowy, a z tym bywa różnie… Cóż, chętnie bym śpiewał albo jako kantor – albo jako organista, ale muszę łączyć te funkcje.

Ludzie nie śpiewają również dlatego, że nie znają tekstów?

Zdarza się tak często. Jak gram dalsze zwrotki pieśni, mimo że ludzie widzą teksty, to już ich nie śpiewają, bo przyzwyczaili się śpiewać tylko pierwsze trzy zwrotki. I to jest problem. Mówi się: ma być rzutnik. Dzieciom wyświetla się nawet „Chwała na wysokości Bogu”. Kiedyś się śmiałem, że może i „Ojcze nasz” należałoby wyświetlać. To jest niedobra praktyka. Kiedyś przy szybkim zakładaniu slajdów pomyliłem zwrotki i ludzi wyprowadziłem w pole. Dochodzi nawet do tego że gdy wyświetli się tekst – śpiewamy, gdy nie ma – nie śpiewamy. Ale miejmy nadzieję, że nie dojdziemy do takiej sytuacji, że ksiądz będzie zaczynał: „Pan z wami”… a na rzutniku: „I z duchem Twoim” (śmiech).

A śpiewniki?

Moim zdaniem rzutnik może trochę rozleniwiać – w przeciwieństwie do kartek czy śpiewników. Jeżeli osoby obok trzymają kartki, to ja też choć wezmę ją do ręki. A skoro już trzymam a ludzie śpiewają, to może spojrzę, co tam jest. Tekst drukowany jest mobilizujący. Rzutnik zaś zawsze można zbyć spuszczoną głową. Ideałem były by śpiewniki w ławkach do używania przez wiernych.

Czyli liturgia spowoduje polepszenie społeczeństwa?

Tak. Jeśli ktoś przychodzi na liturgię, to po to, by się modlić; a jeśli przychodzi się modlić, to nie ma takiej możliwości, że nie śpiewa albo że nie odpowiada kapłanowi na wezwania. Byłem niedawno w Kacwinie, piękna wioska przed granicą słowacką. Są tam msze słowackie, polskie i wszyscy śpiewają. Mężczyźni śpiewają, kobiety śpiewają, starsi i młodzi. RAZEM. I to jest piękne. Na filarach podtrzymujących chór są wielkie wieszaki na kapelusze. Lud czuje się tam gospodarzem, dbają o śpiew, dbają o siebie nawzajem.

Jak śpiewać, gdy ludzie wokół milczą?

Wystarczy usiąść prosto, nabrać powietrza i… modlić się. To chyba cała odpowiedź na to pytanie. Może nie próbujmy się usprawiedliwiać. Swoją drogą teraz w ogóle się mniej śpiewa. Ludzie przestali prawie kolędować w domu, śpiewać pieśni tradycyjne czy patriotyczne… są nierozśpiewani. A w kościele ma się przecież taką okazję żeby z głębi duszy wyśpiewać wszystko. Dodatkowo zauważyłem, że śpiew w kościele przez ostatnie stulecia musiał się obniżyć. Gram w oryginalnych tonacjach chorałowych, a wielu twierdzi, że to za wysoko. Może gdyby ludzie śpiewali śmiało, pełną piersią, z całego serca, to nie męczyliby się tonacją? Może to kwestia chęci. A może coraz bardziej wstydzimy się śpiewać…

Ojciec Marcin Skowronek OCD o idei warsztatów:

Przyszedł czas na ludzi świeckich w Kościele. Musimy wpuszczać ludzi świeckich, by czuli się odpowiedzialni, problemem jest na przykład brak mężczyzn na mszach. Kryzys wiary spowodował kryzys śpiewu. Żeby wyjść z tego potrzebne jest wchodzenie w siebie, odkrywanie siedmiu mieszkań, o których pisze św. Teresa – to jest rola śpiewu.

Trudno połączyć wyciszenie z muzyką, muzyka ma prowadzić do odkrycia Boga we mnie. I adoracji Boga we mnie. Śpiew ma prowadzić do ciszy wewnętrznej, do pokoju. A w tym pomaga śpiew. To dar od Boga, ułatwia modlitwę, pogłębia wspólnotę – czasami łatwiej śpiewać z innymi niż samemu skupić się na modlitwie. Jest w człowieku czasem taki natłok myśli, że potrzeba pomocy z zewnątrz. Jeśli ktoś nie ma tej relacji z Bogiem, to nie włączy się w śpiew.

Jeszce w czasach wojny i zaraz po wojnie chorał był w naszym zakonie bardzo kultywowany, później to zostało zaniedbane. Nie wydawaliśmy do niedawna płyt chorałowych jak to czynią dominikanie, paulini, cystersi czy benedyktyni. Jednak dla karmelitów to wciąż żywa tradycja – jest liturgia godzin, są śpiewy, to się ciągle dzieje – tylko trzeba z tym wyjść. Ale tak, by nie zatracić zakonnego charyzmatu. Trzeba znaleźć złoty środek. Nie można akcentu kłaść tylko na piękny śpiew, pomijając modlitwę, albo odpuścić dobre wykonanie dla duchowości. I to jest cel warsztatów. Innym ich celem jest też powstanie grupy osób, które zajmą się tym na co dzień, które będą kontynuowały ideę warsztatów. Nie ma być tak, że to się skończy, będzie piękna uroczystość i to wszystko. Chodzi o to, żeby młodzi złapali bakcyla.