Modlitwy zamienione w piosenki

fot. Jan Bujnowski

Szanuję mój dar tworzenia. Wiem, że muszę nieustannie pielęgnować swoją relację z Jezusem, żeby móc tworzyć takie pieśni. Czuję się wyróżniona, że Bóg obdarzył mnie talentem i staram się go w pełni wykorzystywać.

Z Moniką Dziurlikowską rozmawia o. ANDRZEJ BUJNOWSKI OP

 

Z radością przywitałem Twoją pierwszą płytę. Myślę, że ci, którzy Cię znają, prawdziwie na nią czekali. Pewnie chcieliby zapytać – dlaczego pojawia się ona dopiero teraz, a nie na przykład 3-4 lata temu?

Od zawsze marzyłam, żeby nagrać swoją płytę. Nie podejmowałam jednak w tym kierunku żadnych kroków. Wyobrażałam sobie, że stanie się to w jakiś cudowny sposób. Bóg zainterweniuje, ześle mi pieniądze, producenta itp. Czekałam, aż da mi sygnał. I dał, ale nie tak, jak sobie to wyobrażałam. Dwa lata temu posłużył się moim mężem. Siedzieliśmy sobie późnym wieczorem przed domem i Staszek nagle powiedział: „myślę, że powinnaś nagrać swoją płytę”. Poczułam w sercu, że to jest właśnie ten czas. I tak się zaczęło, w zwykły, naturalny sposób. Były telefony do chłopaków, wybór piosenek, poszukiwanie studia. Myślę, że to jest dla mnie odpowiedni moment. Widzę, jak bardzo się zmieniłam przez te wszystkie lata – dojrzałam.

Tematem Twoich piosenek jest uwielbianie Boga. Motyw ten spotyka się w Polsce w twórczości niewielu artystów. Jak sądzisz – dlaczego?

To trudne pytanie. Myślę, że twórcy chrześcijańscy szukają uniwersalnego języka, który dotrze do szerokiej publiczności. Muzyka uwielbienia trafia do wąskiego grona słuchaczy, a na koncertach wymaga głębokiego zaangażowania publiczności. Może boimy się takiego zaszufladkowania, a może po prostu nie wszyscy mają charyzmat i powołanie, żeby tworzyć w tym stylu?

A dlaczego Ty właśnie tworzysz „pieśni uwielbieniowe”?

Uwielbienie mogę nazwać stylem mojego życia. Moje piosenki mówią o tym, co dla mnie najważniejsze, czym żyję na co dzień. Bardzo lubię śpiewać, więc zazwyczaj wyśpiewuję moje modlitwy. One przeradzają się w piosenki. Poza tym pieśni uwielbienia docierają do samej głębi serca człowieka, nawet niewierzącego. Dlatego również chcę pisać takie utwory, żeby docierać do ludzi, do sedna tego, co jest w nich.

Czy można mówić o jakiejś metodzie – recepcie pisania tak modlitewnych utworów?

Jedyną „metodą” jest… Duch Święty i Jego łaska. Oczywiście, trzeba posiadać predyspozycje muzyczne, talent, ale nie stworzy się pieśni uwielbienia bez Bożego natchnienia. Po tylu latach widzę, jakie to trudne. Był taki okres w moim życiu, kiedy tworzyłam piosenki jakby z rękawa. Potrafiłam napisać ich kilka w ciągu jednego tygodnia. Przyszedł jednak też czas posuchy, kiedy miesiącami nic nie napisałam. To nauczyło mnie szanować mój dar tworzenia. Dzisiaj wiem, że muszę nieustannie pielęgnować swoją relację z Jezusem, żeby móc tworzyć takie pieśni. Czuję się wyróżniona, że Bóg obdarzył mnie talentem i staram się go w pełni wykorzystywać.

Wiem, że w dużej mierze Twoje zainteresowania i osobowość ukształtowała Wspólnota „Dom Zwycięstwa” w Toruniu, z którą jesteś związana od lat. Czym jest ta grupa, co w niej robisz i czym jest ona dla Ciebie?

Do wspólnoty trafiłam jako 14-latka. Natychmiast zachwyciłam się Jezusem. Wcześniej nie zdawałam sobie w pełni sprawy z tego, że On jest naprawdę żywy. Widziałam innych ludzi, którzy mówią do Niego i zapragnęłam tego samego. Wspólnota na początku była niewielką grupą młodych. Po kilku latach było nas coraz więcej i już nie tylko… nastolatków, ale też ich rodziców, babć… Wkrótce pojawiły się wspólnotowe małżeństwa, zaczęły się rodzić (i wciąż się rodzą) dzieci, przychodziły nowe osoby. Obecnie wspólnota liczy około 200 osób. Głównym naszym celem jest ewangelizacja i misje. Od kilku lat prowadzimy kursy Alfa, które mają na celu przybliżenie ludziom chrześcijaństwa i osoby Jezusa. Prowadzimy też ewangelizację w szkołach, w innych parafiach, w ośrodkach dla narkomanów. Założyliśmy Stowarzyszenie Misyjne „PROMISJA”. Wysłaliśmy trójkę misjonarzy (ludzi ze Wspólnoty) do Mongolii. Przez dwa lata mieliśmy też misjonarzy na Ukrainie. Na co dzień spotykamy się na wspólnej modlitwie, nauczaniu i niedzielnej Eucharystii. Ja od 16 lat prowadzę we wspólnocie uwielbienie. Tu zdobyłam doświadczenie, zostałam ukształtowana, znalazłam przyjaciół i cudownego męża.

Jak powstają teksty i muzyka Twoich piosenek?

Bardzo różnie. Niektóre, jak mówiłam, powstają z marszu. Nabieram powietrza i śpiewam całą piosenkę od początku do końca. Nad większością jednak muszę dłużej pracować. Szukam odpowiednich słów, przekształcam melodię. Niektóre piosenki osiągnęły swój ostateczny kształt nawet po kilku miesiącach. Inspiruje mnie wiele rzeczy: zasłyszany utwór, jakieś słowa, fragment biblijny. Teksty to jednak najczęściej moja modlitwa lub opis stanów, które w danym czasie przeżywam. Zazwyczaj tworzenie zaczynam od muzyki. Po prostu siadam do pianina i próbuję ułożyć harmonię do wymyślonej wcześniej melodii, potem dopiero dodaję tekst.

Jaka muzyka Cię inspiruje? Czego słuchasz?

Słucham bardzo różnej muzyki. Przede wszystkim uwielbienia, czyli Morning Star, Dona Pottera, Jasona Uptona. Lubię mocne rytmy i głęboki głos Freda Hammonda (cenię go za piękne teksty). Ostatnio nałogowo słucham płyt Neshamy Carlebach i jej ojca Shlomo. Mam ogromny sentyment do Iony i Jaci Velasquez. Lubię też jazz: Courtney Pine’a, Johna Pattituci, Jima Halla, Joachima Mencla. Ulubioną moją wokalistką jest nieżyjąca już niestety Eva Cassidy. Gdy jej słucham, zawsze mam ciarki. To jest mój niedościgniony wzór. Natomiast ulubionym wokalistą jest Stevie Wonder (polecam ostatnią płytę). Ponieważ mój trzyletni syn, Nikodem, jest fanem bębnów, często wspólnie słuchamy Irka Głyka. Nie zapominam też o polskich muzykach: o Mate.o, jego żonie Natalii z New Life’M, Mietku Szcześniaku, TGD. Z niecierpliwością czekam na płytę Lidki Pośpieszalskiej. Muzyka poważna pojawia się wieczorami, najczęściej jest to Glenn Gould grający Bacha. Wychodzi z tego totalny misz-masz, ale tak właśnie jest.

Zaprosiłaś do współpracy nad płytą wspaniałych artystów. Dlaczego właśnie tych?

Z Mateuszem i Kamilem Cudzichami oraz Damianem Rypińskim i Jarkiem Moczulskim poznałam się w 1997 roku na Spotkaniach Muzyków Chrześcijan w Ludźmierzu, Witka Górala spotkałam już w Gródku. Z Beatą Musiała od wielu lat śpiewamy na uwielbieniach we Wspólnocie. Wiele razy wspólnie graliśmy, np.: na koncertach grupy 7 Trąba, występowaliśmy na ewangelizacjach i koncertach uwielbieniowych. Wszyscy okazali się rzeczywiście wspaniałymi muzykami i niezawodnymi przyjaciółmi. Kiedy więc myślałam o nagraniu płyty, to nie miałam żadnych wątpliwości i właśnie ich poprosiłam o współpracę.

Jak i gdzie powstawała płyta? Czy jest ona realizacją Twojej wizji, czy raczej sumą koncepcji całej zaproszonej grupy wykonawców?

Płyta powstała w Studio „Echo” w Świętej Katarzynie pod Wrocławiem. Wcześniej spotkaliśmy się na próbach w Toruniu. We wrześniu 2005 nagraliśmy instrumenty, a w grudniu zarejestrowaliśmy wokale. Realizatorem był Robert Szydło. Płyta jest dokładnie spełnieniem mojej wizji, a właściwie powiem, że nawet tę wizję przerosła. Stało się tak dzięki zespołowi i Robertowi. Muszę powiedzieć, że chłopacy włożyli ogromny trud w powstawanie tej płyty. Myślę, że trudno się ze mną pracuje, bo wiem, czego chcę, ale nie zawsze umiem to przekazać.
Chcę również podziękować Robertowi, który okazał mi wiele cierpliwości i stworzył wspaniałą atmosferę podczas nagrań. Poza tym włożył ogromny wysiłek w to, żeby płyta zabrzmiała tak, jak brzmi. W szczególności dziękuję mu za „Syna Człowieczego” i przesunięcie frazy (wie, o co chodzi).

Na płycie, a zwłaszcza w jej drugiej połowie, dominuje jakaś niezwykła cisza i spokój. Czy jest on możliwy w Twoim obecnym życiu, gdy żyjesz dość aktywnie, uczysz w szkole, prowadzisz dom, jesteś żoną i matką?

Rzeczywiście trudno mówić o spokoju i ciszy w naszym domu, odkąd urodził się Nikodem. Wiele się zmieniło. Na początku było mi bardzo trudno. W ogóle nie miałam czasu na granie, tworzenie. Z trudem znajdowałam chwilę, żeby się pomodlić. Teraz jest zupełnie inaczej. Nasz syn jest żywym, ale nieabsorbującym dzieckiem. Pozwala mi się wyspać, poczytać. W ciągu dnia, kiedy śpi, mogę sobie usiąść do pianina i coś tam podłubać. Prowadzę też rytmikę dla dzieci w chrześcijańskim przedszkolu, na którą w najbliższym czasie również Nikodem zacznie uczęszczać. Jestem więc szczęśliwą żoną i matką, która może się realizować muzycznie.

W muzyce na krążku pojawiają się wyraźne motywy żydowskie. Skąd pomysł, by wprowadzić do niej brzmienia i klimaty związane z kulturą Izraela?

Myślę, że Bóg złożył w sercu każdego chrześcijanina choć odrobinę miłości do Izraela. Ja bardzo kocham ten naród, ale nie planowałam nigdy, że na mojej płycie znajdzie się cokolwiek o charakterze żydowskim. Sprawił to przypadek (jeżeli u Boga istnieją przypadki). Dwa miesiące przed tym, zanim jeszcze zaczęliśmy mówić o płycie, pojechaliśmy ze Staszkiem do Jerozolimy odwiedzić naszego przyjaciela, który tam studiował. Tam przydarzyła się nam niesamowita historia. Będzie trochę długa, ale muszę ją opowiedzieć. Poszliśmy w szabat pomodlić się pod Ścianą Płaczu. Była tam ogromna ilość Żydów. Stali w małych grupach, modlili się, śpiewali i tańczyli. To było niesamowite. W pewnym momencie usłyszałam piękną piosenkę. Nie byłam w stanie powtórzyć słów, nauczyłam się tylko melodii. Po powrocie do domu, w którym mieszkaliśmy, próbowałam dopasować do niej jakiś polski tekst. Wybrałam dwa fragmenty z Biblii: Ps 137,5 i Lam 2,18-19. Kilka dni później Staszek kupił płytę Żydówki, która nazywa się Neshama Carlebach. Kiedy zaczęliśmy jej słuchać, okazało się, że jest tam piosenka, którą usłyszałam w szabat pod Ścianą Płaczu. Z pięknymi wrażeniami wróciliśmy do Polski. Krótko potem wrócił nasz przyjaciel. Kiedy nas odwiedził, odkryliśmy wspólnie niesamowitą rzecz. Okazało się, że słowa tej piosenki to Ps 138, 5 – dokładnie ten, który wybrałam ja (wyjaśnienie: to ten sam Psalm, choć inna numeracja). To już nie mógł być przypadek. Wybrałam jeszcze jedną piosenkę z płyty Neshamy i napisałam do niej, prosząc o zgodę na ich nagranie. Z radością to uczyniła. Okazało się, że te dwie piosenki, jak i pozostałe, które śpiewa, napisał jej ojciec, bardzo znany w Izraelu i USA, nieżyjący już rabin, Shlomo Carlebach. I stąd żydowski akcent na mojej płycie. A z Neshamą zaprzyjaźniłyśmy się i być może odwiedzi nas w Polsce w przyszłe wakacje. Mamy też plany na wspólne koncertowanie.

Czego życzyłabyś odbiorcom płyty? Może chciałabyś zwrócić im na coś szczególną uwagę?

Życzę im, żeby podczas słuchania tej płyty objawił im się Bóg. Nie, właściwie to sobie powinnam tego życzyć, żeby ludzie podczas słuchania mojej płyty byli dotykani przez Pana. Byłoby to cudowne, mieć świadomość, że moja muzyka przybliża innych do Tronu Łaski. Mam nadzieję, że mi się to udało, bo włożyłam w te nagrania całe serce, a chwilami nawet tak bardzo się odkryłam, że aż bolało.

Gdzie można kupić krążek, o którym rozmawiamy?

Płytę najprościej nabyć drogą internetową pod adresem paganini.com.pl. Zachęcam też do zaglądania na moją stronę internetową: monikadziurlikowska.pl, tam są wszystkie potrzebne informacje.

okładka płyty