Bo oto nadchodzi dzień palący jak piec, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach.
Marcin Jakimowicz
Te same wydarzenia dla jednych są przekleństwem, inni widzą w nich ogromne błogosławieństwo. Ten sam ogień spali pysznych i przyniesie uzdrowienie wierzącym.
Ksiądz Blachnicki swój pobyt w katowickim więzieniu przy ulicy Mikołowskiej nazwał rekolekcjami. – Śmierć? Każdemu polecam! – uśmiecha się arystokrata-dominikanin, o. Joachim Badeni. A prof. Anna Świderkówna opowiada o „jednym z najradośniejszych dni w jej życiu”: Było to w roku 1956. Pod koniec lutego zrobiła się wielka odwilż. Wszędzie wisiały ogromne sople lodu. Były akurat imieniny mamy, kupiłam jakieś ciastka. Przebiegałam przez ulicę i nagle poślizgnęłam się. Huknęłam nogą o twardy chodnik, ludzie podbiegli, podnieśli mnie. Spojrzałam na stopę. Była wybita ze stawu. Nie mogłam jej dotknąć. Przeraziłam się, ale nagle spadła na mnie taka pewność, że to jest Jego miłość. Miałam złamane kości, więc odesłali mnie do szpitala. Wieczorem przyniesiono mi suchą kromkę chleba, bo cały dzień nic nie jadłam. Panie z pokoju nie mogły się nadziwić, że ten suchy kawałek chleba zajadałam z taką radością (śmiech). A ja naprawdę czułam, że to Jego miłość.
Absurd?
Z punktu widzenia tego świata tak.
