Przyjdzie jak deszcz

fot. Weronika Gurdek

Pada deszcz. Pierwsza w nocy. Wszyscy zmęczeni, znudzeni po długich oczekiwaniach. Wchodzi Mate.O i śpiewa swoją nową piosenkę „Wszystko co mam”. Prosta, subtelna i zachwycająca. Potem zaczyna się modlić. Do mikrofonu. Nie kreuje się na uduchowionego lidera, tylko pokornie zwraca się do Ojca. Mówi o miłości Pana. O tym, że tylko z Nim życie ma sens.

O Uwielbieniu na X Festiwalu Song Of Songs pisze KATARZYNA CUDZICH

 

 

 

 

Czy to ma sens?

Nie chcę pisać o Song of Songs. Wszyscy znają ten festiwal. Z roku na rok coraz bardziej komercyjny. Przestaje być miejscem spotkania chrześcijan, a staje się imprezą nastawioną w całości na transmisję telewizyjną. Co jest tego przyczyną? Czy to może już rutyna? Organizacja niby coraz lepsza, ale w praktyce bywa różnie. Ochrona brutalna. Żywego widza wyparł ten telewizyjny. Symbol „trójkąta” na stałe powiązany z S.O.S przestał mieć głębsze konotacje z Bogiem Ojcem, a stał się rodzajem rytuału. Co on tak naprawdę oznacza dla ludzi? Chcąc dowiedzieć się tego z gazetki festiwalowej, czytam w wywiadzie z twórcą tegorocznego plakatu: „Gest uniesionej dłoni wskazuje na rzecz dziejącą się gdzieś u góry”. Niewiele z tego wynika. „Oczywiście że ma to swoją głębię. Jest to Symbol Trójcy Świętej! – odpowiada mi jedna z uczestniczek – poprzez unoszenie rąk w tym geście wyznajemy wiarę w Boga Ojca, Jezusa i Ducha Świętego. Przynajmniej niektórzy” – dodaje z uśmiechem.

Drodzy widzowie!

Nie ganię tego, że na S.O.S pojawia się telewizja, przez co koncert dostosowany jest do tzw. norm światowych. W ten sposób wielu może usłyszeć o Bogu (na czas koncertu telewizyjnego zjawia się dwa razy więcej osób niż przez cały czas trwania festiwalu!). Poprzez medialną formę można zmienić nastawienie tych, którym muzyka chrześcijan wciąż kojarzy się nie najlepiej. Jednak dlaczego na siłę przerysowywać rzeczywistość? Na scenie grupka młodych osób w koszulkach festiwalowych powtarza gesty prezentowane im przez „dyrygenta”: energiczna piosenka – zaczynają skakać, ostra – wyrzucają ręce w górę, melancholijna – wykonują „trójkąt SOS-owski”. Mnie to nie przekonuje. W telewizji też nie wygląda najlepiej. Oglądając transmisję mam wrażenie jakby ktoś „na prędce” chciał zmontować program o całym festiwalu. Czasami pomiędzy utworami nie pojawiają się nawet zapowiedzi, co wprowadza widzów w błąd (zaczyna Tymoteusz i przez trzy utwory brak wzmianki o kolejnych zespołach). Właściwie trudno powiedzieć, o czym Budzy i Litza rozmawiają z główną prowadzącą Katarzyną Obarą. Litza co prawda daje prawdziwe świadectwo, natomiast Budzemu raz udaje się wtrącić słowo. Nie wiadomo czyja to wina, bo ani nie jego, ani nie Litzy, ani nawet p. Katarzyny, która sama czuje się tam chyba dosyć niepewnie.

Gdy opadnie kurtyna…

Dla mnie wszystko zaczyna się, kiedy kończy się koncert telewizyjny. Na scenie pojawia się Mietek Szcześniak. Próba akustyczna jest równoznaczna z rozpoczęciem koncertu. Widzę wyraźny rozdźwięk pomiędzy jego występem, a tym co miało miejsce niespełna godzinę temu. Tutaj dominuje prawdziwa wolność, spontaniczność. Nie ma mowy o żadnym planie, programie, wszystko staje się na naszych oczach. Mietek nie krępuje się mówić o doświadczeniu swojego życia. Nie ma już okrzyków: „tak się bawi, tak się bawi! S.O.S!”. Brak komercyjnej otoczki charakterystycznej dla poprzednich koncertów. Oczywiście nie twierdzę, że były one sztuczne! Większość zaproszonych muzyków to prawdziwi świadkowie Chrystusa, którzy nie wstydzą się głosić Jego imienia nawet przed kamerami telewizyjnymi. Z pewnością wielu z nich także potrafiłoby wyjść i modlić się na scenie. Jednak atmosfera festiwalu dotychczas temu nie sprzyjała. Głębie zaczynam odczuwać dopiero, kiedy znikają kamery. Opadają maski. Już nie ma wesołych dziewczynek tańczących na scenie. Większość publiczności odchodzi. Mietek przyjechał specjalnie z Sopotu i nie widać po nim zniechęcenia. Taka postawa mnie przekonuje. Kiedy zaczyna improwizować, chociaż wiem, że to w dużej mierze próba akustyczna, odczuwam autentyczność. A tylko takim można być przed Bogiem. Koncert Mietka wprowadza w klimat Uwielbienia. Przygotowuje miejsce zespołowi, który ma je poprowadzić – chór Trzecia Godzina Dnia. Znów problemy z nagłośnieniem. Nie wiem, czyja to wina, ale to jest już wielka przesada. Ani artyści siebie nie słyszą, ani ludzie nie słyszą zespołu. Taka sytuacja trwa ponad pół godziny. Wytrwali pozostają pod sceną. Podziwiam muzyków za ich cierpliwość i niezłomność. Dlaczego wszyscy mogli mieć próbę akustyczną, a na koncert podsumowujący już czasu i miejsca nie starczyło? Zespół zaczyna grać gospelowy cover „Amen” i na nim próbuje ustawić brzmienie. Atmosfera jest lekko napięta. Widzę zniechęcenie na twarzach zgromadzonych ludzi. Mam wrażenie, jakby te ostatnie punkty programu stanowiły przysłowiowy „kwiatek do kożucha”. Jakby nikt nie przewidział ich obecności. To zastanawiające. Basia Włodarska i Mietek musieli dotrzeć z Sopotu. Może to dlatego?

W duchu i prawdzie

Zaczyna się koncert. TGD gra swój największy przebój „Alleluja” według Handla. Brzmią naprawdę dobrze. Z ich muzyki bije moc. Chociaż nie czuję się najlepiej, wiem, że Bóg jest obecny. Że mnie wspiera. I że to On dał mi możliwość przeżycia takiego spotkania z Nim. Wydaje mi się, że przenoszę się w inną przestrzeń. Zapominam o tym, co było wcześniej i zatapiam się w Miłości Bożej. Zaczynam się modlić pierwszy raz tak naprawdę na tym festiwalu. Dookoła mnie (stoję na podeście przy scenie) dziewczyny podnoszą ręce. Czuję się jak na Spotkaniu Modlitewnym. Nie sądziłam, że Bóg na koniec zrobi mi taki prezent. Właściwie to hamuję łzy. To jest niesamowite. Pada deszcz. Pierwsza w nocy. Wszyscy zmęczeni, znudzeni po długich oczekiwaniach. Wchodzi Mate.O i śpiewa swoją nową piosenkę „Wszystko co mam”. Prosta, subtelna i zachwycająca. Potem zaczyna się modlić. Do mikrofonu. Nie kreuje się na uduchowionego lidera, tylko pokornie zwraca się do Ojca. Mówi o miłości Pana. O tym, że tylko z Nim życie ma sens. Chwalę Boga, że mogę tam być i z tymi wszystkimi ludźmi jednoczyć się w modlitwie. Chociaż warunki nie są sprzyjające, mam wrażenie, że mogłabym tak stać całą noc, a jeszcze przed momentem nie miałam siły dojść do sceny. Niestety szatan walczy. Nagle pojawia się komunikat, że koncert natychmiast musi się skończyć. To bardzo bolesne. Zwłaszcza dla zespołu. Jednak to, co robi Piotr Nazaruk, dyrygent, przechodzi wszelkie oczekiwania. Nie schodzi ze sceny, tylko zaczyna wspólną modlitwę. To jest bardzo oczyszczające. Odczuwam uleczającą moc Ducha, który przychodzi z jednością i przebaczeniem. I chociaż smutek pozostaje, obecność Boga nie odchodzi wraz z końcem festiwalu. To On zakrólował i zamanifestował swoją potęgę. Uwielbienie to nie radosne podrygiwanie do wesołej piosenki o harfie i cytrze. To nie podnoszenie z namaszczeniem rąk i przyjmowanie rozmodlonej miny czy postawy. To odkrycie swojej znikomości wobec Pana i chwalenie Go w tej słabości. To walka o spotkanie z Nim pomimo przeciwności.

Podyskutuj z autorem:
katarzyna.cudzich@ruah.pl

WordPress Gallery Plugin