Sami zrobimy kanapki

fot. Julia Sielicka

Nastroje nie są minorowe, jest tylko taka… frustracja. Ale chcemy grać! Grać koncerty!, nawet za zwrot kosztów. No jeszcze, żeby perkusja na miejscu była i jakieś wzmacniacze… Tak, zwrot kosztów i sprzęt na miejscu, no i… jakieś spanie. Kanapki możemy sobie sami zrobić.

O spotkaniu z zespołem THE MAJSTERS pisze MICHAŁ BUCZKOWSKI

 

 

 

Trudności początkowe

Wysiadając z pociągu w Warszawie, zastanawiałem się, jak dotrzeć do studia nagrań, gdzie miał mnie czekać zespół „majstrów”. Niepotrzebnie się kłopotałem. Zaraz zadzwonił telefon – wspaniały/koszmarny (niepotrzebne skreślić) wynalazek naszych czasów. W telefonie odezwał się głos Przemka Zielińskiego: „Nie mamy jednak nagrania. Możemy spotkać się gdzie indziej, pytanie tylko – gdzie Ci pasuje?”. Nie zastanawiałem się długo: „Tu gdzie jestem! Na Dworcu Centralnym. Nie znam Warszawy i sam ruszać się stąd nie zamierzam!”.

Wiecie jak wygląda spotykanie się osób, które się nigdy nie widziały, ale zaopatrzyły się w telefony komórkowe? Pewnie wiecie, więc tak właśnie machaliśmy do siebie, stojąc naprzeciwko i ględząc: „Tu, tu, widzisz mnie?, tak to ja, podejdź, to się upewnię, że z tobą rozmawiam.”. Tak wyglądał początek, potem było tylko coraz…

Trudne zgrywanie

Luc nie mógł przyjść – wypalił Przemek (perkusista) od razu. – Jak to? Przecież mieliście teraz nagrywać? – Ale bas już nagrany. To jest Hubert (wokalista) oraz Marcin (gitarzysta). Siedząc na czerwonych kanapach, zaczynamy rozmowę o „Proroku Jonaszu”, albumie tworzonym do słów opowiadania Romana Brandstaettera. Nie mogłem zobaczyć, jak nagrywają, bo znów im studio termin przesunęło i tak już od roku, bo rok temu wygrali festiwal (przegląd młodych zespołów chrześcijańskich w ramach Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej w Warszawie), zdobywając możliwość korzystania ze studia. – To jest frustrujące – zasępia się Przemek. – Myśleliśmy, że nagramy do stycznia – dodaje Hubert. – Strata zapału, zwątpienie, bo miało być, jak nigdy, a jest jak zwykle – Przemek nie daje dojść do głosu koledze. Ale Hubert próbuje kończyć: – No i trzeba świecić oczami przed znajomymi, którzy pytają, kiedy będzie płyta. A tu jeszcze, po nagraniu, zgrywanie, mastering. Ale samo nagrywanie jest dla nas wielkim dobrem. Rzadko się zdarza, że można wygrać czas w studiu na całą płytę, zwykle jakieś demo albo dwa, trzy kawałki.

Przemek wraca do głosu: – Nie ma też firmy, która miałaby nas promować. Robimy to sami, idea jest trochę samobójcza. Mam pomysł zrobić kampanię jak najbardziej internetową, porozsyłać linki, powiedzieć znajomym. Chcemy wydać to na osobnej stronie, nie kolejny download na witrynie zespołu. To będzie internetowa książeczka, będzie okładka, która ładnie się otworzy, spis treści… – na wynurzenia Przemka pozostali robią wielkie oczy i kręcą głowami. On, zamyślony, jeszcze tego nie dostrzega. Marcin w końcu włącza się do rozmowy: – No, no, to pewnie ja miałbym zrobić (oprócz grania na gitarze, pracuje jako grafik komputerowy). Właśnie myślę o technologiach, które musiałbym opanować!… – ironizuje. – Nie umiemy się promować – komentuje sytuację wokalista. – Ale też nie mamy czego promować! – przerywa mu Marcin. – Możemy się promować starymi kawałkami, które nas do końca nie wyrażają. Nie ma motywacji, bo płyty nie ma.

Trudna (Ni)niwa

– Najważniejsze, że płyta będzie o nas, to nie tylko słowa Bradstaettera – ratuje atmosferę Hubert, Przemek znów przejmuje wątek: – Tak, ja identyfikuję się z początkiem „Proroka Jonasza”. Co będzie jeśli tak, a tak wybiorę… Myśl kończy Hubert: – Ja identyfikuję się ze środkiem, z tym co po wyborze. Co robię, żeby za tym nie pójść… – A ja się widzę w całości – podsumowuje Marcin. – W opowiadaniu nie ma ważnej rzeczy, tego rozdziału, kiedy Jonasz po nawróceniu Niniwy śmiertelnie obraża się na Pana Boga. Cała ta historia plus to obrażanie się, to jest codzienność. Spotkanie z grzechem, z tym czego nie lubię, z lenistwem, z tym, że mam komuś coś powiedzieć, że źle robi albo dobrze, a to wiąże się z konsekwencjami. Wiem co mam robić, ale nie chcę. Potem jest źle, obrażam się na Pana Boga. To jest samo życie.

Uniwersalność. Każdy ma swojego „boga” przez małe „b”. Niektórzy wierzą w rozum, potem stanie się coś nieoczekiwanego i co? Po co się tyle uczyłem? Dylematy nie są związane tylko z chrześcijaństwem. Jonasz to problemy niezależne od wyznania. On raczej nie był chrześcijaninem, bierzemy na warsztat historię ortodoksyjnego żyda – śmieje się Przemek. – Dlatego nie staramy się o sobie myśleć jako o zespole ewangelizacyjnym. I teksty mamy teraz bardziej przemyślane. To nie tylko takie przepisywanie, prześpiewywanie Pisma Świętego. „Prorok Jonasz” Brandstaettera, to historia o człowieku, nie o Bogu. To Marcin odkrył.

Trudny optymizm

Książkę dostałem od Ewy. Szóstego września weźmiemy ślub. Musiała mnie jakoś humanizować – wolno wypowiada słowa Marcin, student matematyki. – Dawała mi książki, kazała czytać poezję. I tak wyszedł „Prorok Jonasz”. – Jeszcze nie wyszedł – spuścił głowę Przemek, który zawsze musi mieć ostatnie zdanie (i pierwsze i środkowe też). – Strasznie gadasz, strasznie narzekasz! – zaatakowali go Hubert i Marcin. – To powiedzcie jakieś pozytywy! – Będzie płyta, będzie co promować! – mówi więc Hubert. – Moja narzeczona chce nas promować! W ogóle to nie chcemy po prostu palić sobie miejsc. Bo damy demo i ktoś powie The Majsters to kiepski zespół – dodaje Marcin. – Płyta będzie dużo lepsza – dorzuca Hubert. – No, i wychodzi na moje, też biadolicie. – Ale na próbach jest sympatycznie! – wokalista ucina narzekania. Marcin też zaczyna pocieszać kolegę: – Nie, nastroje nie są minorowe, jest tylko taka… frustracja. Ale chcemy grać! Hubert: – Grać koncerty!, nawet za zwrot kosztów. – No jeszcze, żeby perkusja na miejscu była – delikatnie dodaje Przemek – i jakieś wzmacniacze… Tak, zwrot kosztów i sprzęt na miejscu, no i… jakieś spanie. Kanapki możemy sobie sami zrobić.

Koniec w wykonaniu Przemka (który lubi dużo gadać i chciałby grać na scenie w jednym rzędzie z chłopakami, bo dlaczego perkusja ma być zawsze z tyłu?, i powinni mu dawać mikrofon do konferansjerki zza bębnów…) jest nader optymistyczny: – Uważam, że mamy potencjał. Pomysły, które zarejestrowaliśmy są dobre i warto je światu pokazać (wie co mówi, jest historykiem rocka, wydał nawet książkę). Mamy różne inspiracje, będzie duży przekrój stylistyczny, najwięcej „punku i funku”, ale też klimaty lat siedemdziesiątych – jakaś dłuższa forma suitopodobna, odwaga łączenia skrajności. Choć raczej nie będzie dużo art-rocka, bo nie jesteśmy jeszcze wirtuozami, a zespoły które próbują grać symfonicznego rocka bez wykształcenia muzycznego, nie dają się słuchać. I – przede wszystkim – lubimy się (możesz teraz napisać w nawiasie „idealiści” – szepta do dyktafonu). Rozwijamy się, tylko trochę wolniej…

Podyskutuj z autorem:
michal.buczkowski@ruah.pl

fot. Julia Sielicka