Sunquest, czyli rodzinno-muzyczne puzzle

Kaja, fot. Ewa Łowżył

Beata Polak, jest perkusistką, gra z Budzym Solo i w 2 Tm 2,3. Marcin Polak, jest gitarzystą, jednym z założycieli kapeli o wdzięcznej nazwie 3Siostry. Kaja, córka Beaty, kiedyś śpiewała w Arce Noego, dziś jest studentką wokalistyki na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Wszyscy razem tworzą rodzinny zespół SUNGUEST.

O tym jak trudno i jak pięknie być jednocześnie zespołem i rodziną opowiadają JANOWI GROCHOCKIEMU

 

 

 

Co gra Sunguest?

Marcin: Sunguest gra przede wszystkim muzykę rockową. Wywodzimy się wszyscy z kręgów rockowych – moja żona, ja, i pozostali muzycy. Można powiedzieć, że muzyka rockowa jest taką moją drugą miłością. To są moje emocje, pozytywne, negatywne, radość, smutek, żale, i to przenoszę na płaszczyznę muzyczną.

Beata: W Sunguest jest wiele przeciwieństw: zespół gra muzykę rockową, natomiast wokalistkę ma bardzo nie-rockową, no i basistę jazzowego.

Kto, co, na czym…?

Beata: Marcin, mój mąż, komponuje i gra na gitarze. Ja gram na perkusji. Norbert Śliwa to drugi gitarzysta, na basie gra Artur Gronowski, a śpiewa moja córka – Kaja.

Marcin: Moja żona, można powiedzieć, jest producentem płyty, w tej roli najlepiej się sprawdza i ma pieczę nad całokształtem formy muzycznej. Proces powstawania muzyki jest złożony – ja komponuję, później ustalamy formy, aranże, jak ten numer ma brzmieć, a dopiero później Kaja buduje swoje wokale.

Kaja: W zespole odpowiadam za teksty piosenek, śpiew i linie melodyczne. W moich utworach staram się przekazać moje własne emocje i sposób postrzegania świata. Utrwalam po prostu pojedyncze impulsy emocjonalne.

Jak dojrzewał Sunguest?

Marcin: Zamysł zespołu i pierwsze demo z moją żoną powstało w 2002 roku, wtedy się poznaliśmy i zaproponowałem Beacie granie. Pobraliśmy się, urodził się nasz syn – Maksymilian, i trzeba to było na trochę odłożyć. Zespół zaistniał w 2005 roku, zagrał koncert w Londynie, w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym – przez tamtejszą Polonię było robione przedstawienie na podstawie wierszy księdza Malińskiego, tam też Sunguest zagrał swoje piosenki, później zagrał dwa koncerty na rekolekcjach na Górze Tabor oraz w Kamieniu Pomorskim. Później musieliśmy przerwać działalność, m.in. dlatego, że Kaja zaczęła przechodzić mutację i lekarz odradził jej nadwyrężanie gardła. W styczniu 2006 roku rozpoczęły się nagrania do płyty. Obecnie już ją finalizujemy.

Kaja: Zespół przez ostatnie dwa lata nie funkcjonował regularnie. Ja w tym czasie próbowałam bardziej odnaleźć siebie, niż angażować się w zespół. Był to czas wręcz mistyczny, czas zadawania sobie pytań i udzielania na nie odpowiedzi. Nie czułam się na siłach, żeby cokolwiek przekazać i powiedzieć coś o sobie, bo sama mało o sobie wiedziałam, albo próbowałam udawać kogoś innego. Cały czas zabijałam siebie w samej sobie. Aż pewnego dnia rozsypałam wszystkie kawałeczki puzzli o mnie samej, które z wysiłkiem składałam. Podarłam większość swoich tekstów, jeszcze sprzed kilku lat. Zbuntowałam się sama przeciwko sobie. Zdałam sobie sprawę, że uciekam i przed muzyką i przed tym zespołem. Aż w końcu zaczęło się… Teksty powstawały jeden po drugim, i te wszystkie emocje, które tłumiłam w sobie, musiały w końcu wybuchnąć. Poza tym te dwa lata to taki porządny kopniak w tyłek i sztorm okresu dojrzewania, he he… Ostatecznie prawie wszystkie piosenki nagrywałyśmy z mamą w kilka nocy.

Przesłanie…

Marcin: W centrum tego, o czymkolwiek bym nie mówił, chciałbym by był Bóg. Wywodzę się z nurtu chrześcijańskiego i graniem w Sunguest chciałbym świadczyć o Bogu. Po to to robię: już jestem ojcem, mężem, i tak naprawdę mógłbym tego nie robić, bo mam inne obowiązki, ale to jest radość grania. Wielbię Pana Boga za talenty, które mi dał.

Beata: Ja mam na to bardziej realistyczne spojrzenie… Marcin jest moim mężem, w związku z czym znamy się od każdej strony i wiele razy popadamy w grzechy raniąc się nawzajem, co jest chyba nieuniknione we wspólnej pracy. Czułabym się jak faryzeusz obnosząc się z tym, że wszystko co robię w tym zespole jest dla Pan Boga, podczas gdy mam świadomość, że często nie wypełniam przykazania miłości względem Marcina, jak nakazał Chrystus. Dla mnie to granie, to bardziej pasja i nie muszę doszukiwać się w tym ideologii. Wiem, że gram dzięki Bogu, bo daje mi taką możliwość, i w jakimś sensie talent. I jestem Mu wdzięczna, że muzyka jest nie tylko moją pasją, ale i zawodem. Od jakiegoś czasu mam takie przeświadczenie, że owszem, mogę myśleć, że gram dla Pana Boga, ale wiem, że Jemu tak naprawdę to nie jest potrzebne. On w swojej miłości chciałby dać mi życie wieczne, ale ja musiałabym się nawrócić…

Ewangelizacja…

Marcin: Jestem słabym człowiekiem, który doznał w życiu miłosierdzia i miłości Boga, który spotkał na swojej drodze Boga. Nie wstydzę się tego, mam w sercu wdzięczność za to, co zrobił i wychodząc na scenę tym się chce dzielić. Nie mogę śpiewać, ale mogę grać i każdym dźwiękiem i każdym riffem błogosławić Pana i cieszyć się, że dał talent i pozwolił to robić. To zawsze jest tak, że gdy śpiewasz o Panu Bogu to za to obrywasz. Nie wiem jak będzie z Sunguest, ale mówię – to chciałbym robić! Nazwa Sunguest ma wielopłszczyznowe znaczenie, przede wszystkim chodzi o ukierunkowanie człwieka do Światła.

Beata: Jeżeli ewangelizacja może być posługą, to jak najbardziej jestem gotowa się jej podjąć. Ale cóż ja mogę mówić… Tylko o tym, jak Pan Bóg doświadczył również mnie w życiu, jak mi pomaga, co zrobił, i że są tego dobre owoce…

Zespół i rodzina w jednym…

Marcin: Beata grała w Tymoteuszu i w Armii, ja grałem w 3Siostrach. Początkowo nawet nie przechodziła mi przez głowę myśl, że Beata będzie moją żoną. Mieliśmy chęć wspólnego grania, zrobienia czegoś nowego i ja wyszedłem z inicjatywą – nagrałem gitary, później Beata dograła bębny, a później oświadczyłem się Beacie, pobraliśmy się, no i to wyszło samo z siebie, że zespół powstał rodzinny. Kaja wtedy już nie śpiewała w Arce Noego, a wiedzieliśmy, że śpiewanie to jej pasja, dlatego zaproponowaliśmy jej współpracę z nami.

Beata: Na początku było tak, że to my z Marcinem chcieliśmy ze sobą grać, Kaja była jakby takim eksperymentem, ona coś miała zaśpiewać, a później stwierdziliśmy, że jej wokal fajnie brzmi w tych piosenkach, bo ma taki nietypowy, jak na swoje lata, głos i mnie się to bardzo podobało. Interesowało mnie takie właśnie zestawienie – głosu nie-rockowego z muzyką rockową, natomiast potem Kaja miała taki czas buntu, kiedy w ogóle nie chciała z nami śpiewać. Oprócz tego, że przechodziła mutację i raczej nie powinna nadwyrężać głosu, to nie chciała wtedy z nami grać, miała zupełnie inne zainteresowania. I chociaż słuchała bardzo dużo muzyki rockowej, słuchała dużo ciężkich kapel, to nie chciała śpiewać z kapelą rockową.

Uważam, że na pewno gramy ze sobą dzięki Panu Bogu, bo patrząc na to po ludzku, chyba od dawna już byśmy ze sobą nie grali… Bardzo trudno jest grać czy pracować razem ze swoim współmałżonkiem. Sztuką jest nie łączyć spraw zawodowych z rodzinnymi, ale to prawie niemożliwe, więc często jedno z drugim się miesza i trudno znaleźć do tego dystans. Łatwiej grać w zespole nie-rodzinnym, bo gdy masz jakiś problem w kapeli, to wychodzisz z sali prób i to cię już nie dotyczy, natomiast gdy masz jakiś problem w kapeli z muzykiem, który jest twoim współmałżonkiem, to wracasz do domu i nadal masz ten problem…

Kaja: Uważam, że bardzo trudno jest grać z rodzicami. Wydaje mi się, że dopiero przez zespół moja mama poznała mnie głębiej. Czasem mam wrażenie, że jest trochę rozczarowana, gdy widzi mnie inaczej niż widziała, gdy byłam młodsza. Ja widzę ją podobnie, gdy siedzimy razem, np. w nocy w studiu. Kiedyś spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu, jak dwie kumpele. Potrafiłyśmy w pięć minut spakować się i wyjechać na snowboard do Czech. Do dziś mi tego brakuje. Poza tym trudno przed mamusią, której jesteś wiecznie małą córeczką, pokazywać się z innej strony, ale tak naprawdę z nikim tak dobrze nie rozumiem się muzycznie, jak właśnie z moją mamą. Kiedy wszyscy wychodzą ze studia i zostaję sama z nią, wtedy dopiero zaczyna się wszystko kleić i prawie we wszystkim jesteśmy zgodne.

Płyta…

Marcin: Jestem zadowolony z tego co nagraliśmy. Przeszedłem przez ostrą krytykę mojej żony, co w sumie bardzo mi pomogło, bo mocniej musiałem się przyłożyć do pracy. Powstało piętnaście utworów, może szesnaście, i z tego nagraliśmy dziesięć piosenek, a w międzyczasie jeszcze zdecydowaliśmy nagrać jeden eksperymentalny utwór w klimacie zupełnie nie rockowym. To piosenka „Labirynt”. Jest jeszcze pomysł zrobienia remixu piosenki „Kosmopol” z rapującym Mirkiem z FPS.

Beata: Marcin nagrał swoje gitary, a ja bębny i pozostałych muzyków. Już od tygodni, po nocach pracuję nad edycją tej płyty, co jest bardzo czasochłonne, i wciąż mi się wydaje, że końca nie widać. Ale to jest praca, która poza graniem na bębnach, daje mi dużo satysfakcji. Szczególnie interesująca dla mnie jest praca z wokalami. Mamy bardzo podobne wyobrażenia z Kają o liniach melodycznych, ze względu na te same upodobania muzyczne, dlatego nagrywamy ich dużo – wiele wersji danej części, a później wybieramy z nich te, które najbardziej nas ujmują. Mamy też takie eksperymentalne, jak na wokale do muzyki rockowej, pomysły zainspirowane żeńskimi chórami bułgarskimi… Dotyczy to np. piosenki „Ehije Aszer,Ehije” (co oznacza w języku hebrajskim Ducha Świętego), w której ponakładanych jest na siebie wiele głosów – brzmi to bardzo folkowo… Płytę miksuje Robert „Lica” Friedrich.

Marcin: Prawdopodobnie tytuł płyty będzie brzmiał „Jednokierunkowa”. Dla mnie to jednokierunkowa droga, tam gdzie człowiek dąży na koniec swojego życia, czyli oby do Nieba. Na okładce płyty prawdopodobnie będzie zdjęcie naszego znajomego, Marcina Budzińskiego – ujęcie małej rączki dziecka, które naciska przycisk od windy i z tego piętra winda ma tylko jeden kierunek – do góry.

WordPress Gallery Plugin