
Nie widzimy prostych porządków, nie słyszymy czystych dźwięków, wychowały nas głośniki radiowe i ekrany telewizyjne i nie każdy ma możliwość dotknąć siły, jaką niosła dawniej pieśń, a nawet gdyby dotknął, nie zrozumiałby jej.
JAKUB ŻMIDZIŃSKI
Dwa lata temu zapisałem kilka refleksji na temat jakości śpiewu liturgicznego w naszych kościołach. Wskazywałem wtedy na niektóre przyczyny jego zaniku. Miałem nadzieję, że przelanie na papier moich refleksji zrodzonych z emocji, które nie pozwalają mi często na pełne uczestnictwo w obrzędzie Mszy św. uwolni mnie, a innym otworzy oczy i uszy na zjawiska, których nie rozumieją. I może dzięki temu uda się coś zmienić? Tak się jednak nie stało. Wciąż zaskakiwany jestem coraz to nowymi pomysłami budzącymi co najmniej niepokój, czasami wręcz zażenowanie. Znowu więc pojawiają się natrętne pytania, jak to możliwe, żeby było aż tak źle i prawie nikt nie próbował tego uzdrowić? Postanowiłem więc ponownie napisać kilka słów, ale obiecałem sobie, że czynię to po raz ostatni – dlaczego? Wyjaśnię na końcu tekstu… Aby zrozumieć, dlaczego powinniśmy uzdrowić śpiew i sztukę sakralną, muszę rozpocząć od początku, od samych źródeł kultury.
Biologiczny impuls a chrześcijańska liturgia
Zasadą przeżywania dawnych rytuałów było współuczestnictwo, dokonujące się przez wspólny taniec i okrzyki, później śpiew z użyciem muzycznych instrumentów. Przy tym specjalnie zdobiono ciało, czasem zakładano odpowiednie stroje i maski, używano specjalnych sprzętów, by np. złożyć ofiarę. Nieprzypadkowy był również czas i miejsce spełniania rytuału – zawsze miał charakter odświętny. Rytm tańca i pieśni odwzorowywano w liniach tatuażu na skórze czy ornamentu na ścianach pierwszych sanktuariów. Wspólne tańczenie i śpiewanie spajało społeczność, dając ludziom poczucie jedności i zbiorowej tożsamości.
Dlatego też chrześcijanie nie odrzucili bogactwa wcześniejszych kultur, ale wprowadzając nowe prawdy wiary czerpali z miejscowych tradycji to wszystko, co dało się z nich ocalić. Pomimo więc tej samej treści, tak różne są obrzędy chrześcijan wschodnich i zachodnich, a w Indiach czy Afryce wprowadzono do obrzędów liturgicznych elementy tańca. Liturgia jest bowiem uświęceniem i dopełnieniem tego wszystkiego, co ludzie wcześniej próbowali na wiele sposobów zrozumieć, a co w pełni dokonało się dopiero w Osobie Chrystusa. Chrześcijańskie obrzędy nałożyły się na dawne tradycje, głównie żydowskie, nie przekreślając biologicznych impulsów, które człowiek głęboko odczuwał i wciąż odczuwa. Nadal przecież potrzebujemy jedności z grupą ludzi, w której żyjemy. Nie ma chyba człowieka, który nie przeżyłby choć raz w życiu doświadczenia wspólnotowego poprzez śpiew; jeśli nie przy ognisku, to choćby na rockowym koncercie lub nawet na stadionie. Gdy śpiew jest mocny i autentyczny – doświadczenie pozostaje niezatarte, następuje bowiem w człowieku wewnętrzne oczyszczenie, doznajemy poczucia pewnego spełnienia. Podobnie jest z tańcem.
Jeśli skierowany jest do Boga, zbiorowy śpiew może uświęcać, musi jednak płynąć z serca, być pełnym wyrazem człowieka, jego witalności i duchowości, bo przecież ma być ofiarą z tego, co w nas najlepsze. Podobnie przestrzeń, w której zbieramy się na liturgię, ma nas pociągać ku świętości, wskazywać nadziemskie piękno, którego przedsmak mamy mieć tu, na Ziemi.
Ktoś zapytać może, dlaczego zatem nasza liturgia jest taka statyczna, dlaczego nie ma w niej tańca, dlaczego nie można podczas jej trwania przeżyć tego, co przeżywali np. syberyjscy szamani czy Indianie tańczący taniec słońca? Innym z kolei brakować będzie wschodniego wyciszenia i medytacji. I jedni i drudzy opuszczą kościół, nie znajdując w liturgii odpowiedzi na swoje duchowe potrzeby. A może jednak to wszystko, czego brakuje ludziom poszukującym, mamy u siebie, ale zagubione gdzieś po drodze w zaułkach historii?
Zachodnia tradycja liturgiczna
„Ileż razy płakałem słuchając hymnów Twoich i kantyków, wstrząśnięty błogim śpiewem Twojego Kościoła. Głosy te wlewały się do moich uszu, a gdy Twoja prawda ściekała kroplami do serca, parowało z niego gorące uczucie pobożnego oddania”. Św. Augustyn
To, co dziś czynimy w kościołach, jest owocem dwóch tysięcy lat historii, w której na tradycję obrzędów żydowskich nałożyły się wpływy greckie i rzymskie, by następnie, od Średniowiecza po dzień dzisiejszy, całość tę poddać wielu przemianom. Fascynująca to historia z tekstem poetyckim (język biblijny modlitw i czytań), muzyką, architekturą, obrazem i gestem jako główną formą wyrazu. Fascynujący kontrapunkt różnorodnych tradycji miejscowych i zarządzeń biskupów, soborów czy papieży korygujących błędy i wprowadzających zmiany. Znajdziemy tam i rytmiczne procesje i pieśni pełne ducha, dramat liturgiczny i improwizacje organowe. Element dynamiczny i statyczny, ciszę i mocny śpiew, uniwersalne formy i miejscowe warianty. Dlaczego np. chorał gregoriański, ikona i bryła bazyliki przez całe stulecia nadawały ton europejskiej sztuce sakralnej? Dlatego właśnie, że mając w sobie pierwiastek uniwersalny prowadziły naszych przodków do Boga. Ikona ukazywała rąbek przebóstwionej rzeczywistości i skłaniała do kontemplacji, a bazylika stanowiła najlepszą przestrzeń, w której odczuwano obecność sacrum: cała ikonografia służyła temu, by wiernego prowadzić ku świętości, by akt liturgiczny wpisać w porządek nie tylko kosmiczny, ale i mistyczny. A cóż dopiero, gdy spojrzymy na bogactwo tradycji modlitwy medytacyjnej i kontemplacyjnej, praktykowanej w greckich i łacińskich wspólnotach zakonnych?
Tu, w Europie, tańczono na weselach, zabawach czy balach, w świątyniach zaś pięknie śpiewano, w ten sposób odnajdując pełnię zjednoczenia z Bogiem. Chorał sięga korzeniami tak odległej przeszłości, że aż trudno ją dokładnie ustalić, przechował odwieczne formy sakralnego śpiewu, które chrześcijanie zasymilowali i rozwinęli, sam później współkształtował różne tradycje śpiewacze, nie tylko zresztą sakralne, bo również śpiew flamenco czy pieśni trubadurów. W kościołach polskich na nutę chorałową wykonywano łacińskie, greckie, hebrajskie części stałe mszy, przeplatając je miejscowymi pieśniami, kształtowanymi przez pokolenia, w których pobrzmiewał śpiew pasterzy czy rolników, rybaków czy górali. Każda parafia oswajała pieśni, które przychodziły z zewnątrz. W ten sposób rytm, linia melodyczna, tempo odpowiadały wrażliwości muzycznej miejscowej ludności, ich praktyce pieśni ludowej. Modlitwa musiała brzmieć autentycznie, skoro była najważniejszym wyrazem uwielbienia Stwórcy. Stąd często w każdej wsi śpiewano inny wariant tej samej pieśni, a jeśli były w kościele organy, służyły czasem inicjowaniu śpiewu, czasem uświetnianiu liturgii przez improwizację. Organy były zresztą cichsze niż dzisiaj, a organista zazwyczaj wyrastał z danej społeczności, znał miejscowe śpiewy, a nie mając mikrofonu, nie panował wszechwładnie nad akustyką zgromadzenia. W wielu parafiach byli kantorzy inicjujący pieśni, czasem tworzyli bractwa, dzięki temu zawsze był obecny na liturgii ktoś, kto mógł prowadzić śpiew, znał cały repertuar, często po kilkadziesiąt zwrotek. Pieśni religijne śpiewano zresztą nie tylko w kościele, również w czasie uroczystości rodzinnych, pielgrzymek, podczas pracy na roli, czuwania przy zmarłym, w jego ostatniej wędrówce.
Wychowany w parafiach, gdzie zapomniano już tradycyjnego śpiewu, miałem tę niecodzienną okazję, że przez dziesięć ostatnich lat wielokrotnie uczestniczyłem w liturgii sprawowanej w małej górskiej wiosce, w której od dawna nie używano organów, a śpiew rozwijał się według prawideł żywej tradycji. Od początku byłem tym śpiewem zafascynowany. Odkrywałem zupełnie nową jakość przeżywania Mszy świętej, właśnie poprzez autentyczny, mocny śpiew całej zbiorowości. Dawał on wszystkim poczucie uczestniczenia w czymś niezwykle wzniosłym i ważnym, zbliżał ludzi do Boga i do siebie nawzajem. Płynął powoli, przeciągle, ale nie rozwlekle, niezwykle mocno, ale gardła nie męczył, słychać było indywidualną barwę każdego głosu, często piękną. Mężczyźni śpiewali niżej, kobiety nieco wyżej, tak że wchodzili czasami w wielogłos. Każda część stała mszy, każda pieśń miała swój od lat ustalony przebieg fraz, tempo i rytm. Po zakończonej mszy ludzie siadali i w spokoju śpiewali jeszcze jedną, najczęściej maryjną pieśń, po której dopiero wszyscy się rozchodzili, zbudowani i umocnieni nie tylko duchowo, również w sferze emocjonalnej. Rozpoznawałem w tych pieśniach dawne formy pasterskiego śpiewu wierchowego, które do świątyni przeniknęły i tylko tu przetrwały.
I zawsze, kiedy stamtąd powracałem do miasta, czekał mnie bolesny zgrzyt. Wciąż zadawałem sobie pytanie: co się stało z tym pięknem i siłą, dlaczego niemal wszędzie liturgia jawi mi się niczym karłowata postać dawnej wielkości. Cóż zrobiliśmy z tradycją?
Przemiany cywilizacji a słabość człowieka
Na zanik tego, co niosła dawniej tradycja, złożyło się tak wiele rzeczy, że nie sposób je tu wszystkie opisać. Spójrzmy na to, co wokół nas: świątynie, dawniej wyznaczające centrum osady czy miasta, dziś wpisują się w zatłoczone miejskie przestrzenie, próbując nieudolnie naśladować nowoczesną architekturę. W efekcie Polska zaroiła się kościołami o przedziwnych kształtach, często mających fatalną akustykę, których nie projektowano z myślą, by człowiekowi otwierać niebo, lecz by gonić modernistyczne wizje estetyczne. Wnętrza często biją bielą ścian, zdobionych kiepskimi rzeźbami i obrazami, które miast skłaniać do kontemplacji, wywołują niechęć i zamęt – jak bowiem można się modlić przed figurą Maryi o srogim, surowym wyrazie twarzy? Jak kontemplować krucyfiks pokryty lakierem o wysokim połysku, albo prosić o wstawiennictwo świętego kiczowato odmalowanego? Do tego wszystko oświetlone bladym, jarzeniowym światłem… To nie dotyczy tylko nowych kościołów, nawet wnętrze dawnej świątyni łatwo zburzyć małym wizualnym akcentem. Niech za przykład posłuży umieszczenie w neogotyckim kościele na łuku przed prezbiterium (czyli nieco z przodu nad ołtarzem) dużej tablicy z elektronicznym wyświetlaczem, z której bije nas w oczy tekst pieśni w postaci strumienia zielonych neonowych liter. Nie muszę mówić, że śpiew w tym kościele nie poprawił się o jotę, a tablica kosztowała ogromne pieniądze. Gdy patrzę na coś takiego, ciśnie mi się do głowy pytanie, czy ludzie tego nie widzą, czy nie słyszą, nie rozumieją, że przyczyna zaniku śpiewu w kościele jest zupełnie inna?
Rozwój cywilizacji dał nam do rąk narzędzia, z którymi nie bardzo sobie radzimy, i choć miały nam pomagać, często działają przeciwko nam. Dotyczy to bynajmniej nie tylko mediów, ale i tak niezbędnego w kościołach sprzętu jak mikrofon. To niezwykle silne narzędzie: kto ma do niego dostęp, ten ma władzę! – przynajmniej w sferze akustycznej. Od kilkudziesięciu lat kościoły są zmegafonizowane, głośniki umieszczone w każdym zakątku wnętrza silnie wzmacniają cichy głos organisty lub kapłana nieświadomych, że ich śpiew rządzi się innymi prawami niż śpiew wiernych. Spróbujcie wyobrazić sobie dwie osoby śpiewające w dużym, pustym wnętrzu: jedna z mikrofonem, druga bez – jaka będzie różnica? Ten bez mikrofonu musi śpiewać głośniej, głębiej, więc głęboko oddycha, zazwyczaj więc śpiewa wolniej, ale i pełniej, całym sobą, bo w wydobywaniu głosu uczestniczy u niego nie tylko gardło, ale płuca i przepona. Ten korzystający z elektrycznego wzmocnienia głosu może śpiewać znacznie ciszej, angażując tylko gardło, łatwo więc, nawet nieświadomie, przyspiesza śpiew. We współdziałaniu z głośnymi organami może postawić taką ścianę dźwięku, że ludzie nie tylko nie będą słyszeć swojego własnego głosu, ale wyjdą z liturgii wręcz ogłuszeni, szczególnie gdy nieszczęśliwie staną przy głośniku. Ze zgrozą słucham głosów organistów płci obojga w różnych kościołach: zazwyczaj, choć istnieją wyjątki, są one spłaszczone, bezbarwne i strasznie zmanierowane, do tego śpiewają oni zbyt szybko, nie mówiąc już o nieodpowiedniej, zbyt wysokiej tonacji. Jak tu zatem śpiewać? – albo ściszyć głos, by nadążyć za przyspieszającym organistą, albo po prostu zamilknąć. Zazwyczaj wybieram to drugie – nie lubię być poganiany, a już na pewno nie w kościele. Mam wrażenie, jakby organiści czy kapłani bali się przeciągającego, „zawodzącego” śpiewu, warto więc, by odpowiedzieli sobie na pytanie: dlaczego ludzie „zawodzą”. Tradycyjny śpiew wiejski, choć pozornie może sprawiać takie wrażenie, ma jednak ogromną dynamikę wewnętrzną. Można latami rozmawiać o przyczynach zaniku śpiewu, drukować śpiewniki, wyświetlać teksty, angażować chóry i schole – nic to nie da, jeśli mikrofon i organy będą niewłaściwie używane! To często dotyczy także kapłanów, którzy śpiewają do mikrofonu wraz z wiernymi nawet wtedy, gdy nie muszą, sami często, może nieświadomie, przyspieszając. Dlaczego w seminariach i szkołach gry na organach nie uczy się, jak obchodzić się z mikrofonem?
Co można zrobić?
Dlaczego w owej górskiej wiosce, o której pisałem, zamiast wyszukać spośród wiernych osobę mogącą inicjować śpiewy, zatrudnia się organistę, który co prawda dobrze gra i stara się słuchać śpiewu wiernych, ale za to fatalnie śpiewa i akompaniuje sobie organami elektrycznymi, których użycie w kościele jest co najmniej kontrowersyjne? Czy kapłani i wierni tej parafii nie słyszą, że ich śpiew brzmi już inaczej, że ludzie nie śpiewają tak pełnymi głosami jak dawniej, że zmieniło się tempo i zatraciły oryginalne przebiegi melodyczne, co w efekcie sprawia, że liturgia nie daje już tak pełnego przeżycia? Słychać dokładnie, np.podczas śpiewu na wejście, że współzawodniczą dwie wersje pieśni: oryginalna, tradycyjna dla tej wsi i uniwersalna, ogólnokrajowa. Organista, który inicjuje pieśń, próbuje być pośrodku, ale w momencie gdy kapłan bierze mikrofon do rąk, wersja miejscowa zostaje zagłuszona. Nie chcę być złym prorokiem, ale może się tak stać, że za kilka lat siła śpiewu w tej parafii osłabnie, straci on najpierw swoją oryginalność, potem niemal w ogóle ucichnie, a ludzie niepostrzeżenie odpływać będą z tego do dzisiaj pełnego kościoła. Tak się przecież stało w sąsiednich miejscowościach, choć na szczęście istnieją też takie, w których śpiew tradycyjny trwa nadal i ma się świetnie bez organów. (Po niemal roku od napisania tego tekstu widzę jednak, że w owej górskiej wiosce wprowadzono msze bez organów – może więc nie wszystko stracone?).
W obecnej epoce śpiew tradycyjny jest już tak rzadkim zjawiskiem, że winno go się chronić jak cenny zabytek architektury czy sztuki, sam się bowiem nie obroni – w dobie zapisu dźwięku i wszechpanujących mediów jest już na to zbyt słaby. A przecież istnieją środowiska, w których podejmuje się próby nauki chorału i powraca do zasad tradycyjnego śpiewu, jak to robią chociażby dominikanie: podczas gdy jedni poszukują ostatnich strumyków tego życiodajnego źródła, inni nieświadomie je zasypują.
Chodziłem z tymi dręczącymi pytaniami wiele tygodni, aż w końcu zrozumiałem rzecz najprostszą: myśmy wszyscy ogłuchli i oślepli, nie widzimy prostych porządków, nie słyszymy czystych dźwięków, wychowały nas głośniki radiowe i ekrany telewizyjne i nie każdy ma możliwość, by dotknąć siły, jaką niosła dawniej pieśń, a nawet gdyby dotknął, nie zrozumiałby jej. Słysząc dawny śpiew uznałby, że jest jakiś dziwny, zbyt powolny, niedzisiejszy, po czym poszedłby do swojego kościoła, by w milczeniu wysłuchać śpiewu organisty, a potem czym prędzej opuścić świątynię i zasiąść przed wspaniałym odtwarzaczem DVD czy MP3. Potwierdzenie tej refleksji znalazłem w pismach najgłośniejszego wizjonera współczesnej cywilizacji, kanadyjskiego katolika Marshalla McLuhana, który blisko czterdzieści lat temu pisał: „My w naszym nowym świecie elektryczności jesteśmy równie głusi i ślepi, jak głuchy i ślepy bywa krajowiec [człowiek z buszu] uwikłany w naszą kulturę słowną i mechaniczną”.
Wróćmy do obrzędów. Ktoś może powiedzieć: przecież msza może być tylko mówiona, może dokonać się niemal w ciszy. Owszem, ale ja tę osobę spytam, jakie ma doświadczenia ze śpiewem ze swego kościoła?
Eucharystia jest czymś znacznie większym niż sam śpiew czy wnętrze świątyni, ale jest też czymś znacznie większym niż tylko intelektualne rozumienie wypowiadanych słów. Duchowość nie dotyczy tylko intelektu, ogarnia całego człowieka: mowa otwiera rozum, a śpiew serce.
Dlatego kapłani nie powinni się dziwić, że młodzi szukają duchowości poza kościołem, w egzotycznych religiach, uznając, że tradycja zachodnia jest za mało uduchowiona, albo tworzą własne formy liturgiczne w rozlicznych wspólnotach: choćby w Neokatechumenacie czy Wspólnocie Błogosławieństw.
Czy zatem jest jakaś nadzieja? Gdy się patrzy na starania w niektórych parafiach, szczególnie tych prowadzonych przez zakonników, czyta książki o liturgii Josepha Ratzingera, błyska światełko przemiany, ale droga to daleka, potrwa zapewne niejedno pokolenie.
A ja już nie liczę na śpiew pełnym głosem, życzyłbym sobie tylko, by nie być atakowanym znienacka różnymi pomysłami wizualnymi i akustycznymi, które z obrzędów robią dyskotekę, a z kościoła dom towarowy. Jeśli nic mnie nie będzie wytrącać z równowagi podczas Mszy św., to już dużo. Będę sobie w milczeniu stał i ufał, że Duch przenika wszystko, zamilknę, jak to sugerują słowa zapisane w księdze proroka Amosa:
„Idź precz ode Mnie ze zgiełkiem pieśni twoich,
I dźwięku twoich harf nie chcę słyszeć.
Niech sprawiedliwość wystąpi jak woda z brzegów
I prawość jak potok nie wysychający wyleje”.
[Am 5, 21-24]


