
Dziewięć lat w tej samej piwnicy? No widzisz i jeszcze nas nie puszczają w telewizji. Był grzyb, były szczury. Taki prawdziwy underground, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Świadectw Mariuszów z Ziemii Kanaan wysłuchała KATARZYNA CUDZICH
Ziemia Kanaan to zespół reggae’owy ze Stalowej Woli. Od 1997 roku przewinęło się przez niego przeszło kilkunastu członków, do dziś zostali tylko ci, co byli od początku: Mariusz Zarzeczny – śpiew, gitara, Mariusz Dul – perkusja, Sławek Środek – bas, Adam Krawczyk – klarnet, akordeon.
To już nie jest tamta Ziemia, co kiedyś: po reggae z elementami rocka pozostał rock z elementami reggae… Niektórzy starzy fani mówią „wiocha”, nowi są pozytywnie zaskoczeni, a muzycy czują, że to jest kierunek, w którym mają iść. Twierdzą, że na polskiej scenie reggae’owej niewiele mają już do zrobienia.
Grają naprawdę profesjonalną muzykę, choć chyba nie są tego świadomi („My – muzycy? Nieeee…”). Może to i dobrze. W przeciwnym razie najprawdopodobniej trudno byłoby im zachować tę autentyczność i niezwykłą pokorę, która przebijała we wszystkim, co mówili: zarówno, kiedy stwierdzali, że chyba nikt ich nie lubi, jak i wtedy, gdy przyznawali, że potrzebują reklamy, żeby sprzedać chociaż kilka płyt…
Rozmawialiśmy wcześniej o miejscu muzyki chrześcijańskiej we współczesnym świecie i nastawieniu do niej naszego społeczeństwa. W skrócie mówiąc, pomimo ogromnych zmian, jakie dokonały się na tym polu, wciąż termin „muzyka chrześcijańska” kojarzy się z jednym: marne śpiewanie księży i sióstr zakonnych. Jak sobie radzicie z taką powszechnie przyjętą opinią? Nie przeszkadzają Wam te etykietki, jakie Wam ludzie nadają?
Mariusz Dul: Wydaje mi się, że nie jesteśmy znani jako zespół grający muzykę chrześcijańską. Na początku pojawiały się pewne problemy ze względu na jednoznaczność naszych tekstów. Wystarczy, że padnie jedno słowo – Jezus Chrystus – i już wsadzają cię do szufladki. Dlatego też zastanawialiśmy się jak doprowadzić do tego, żeby te teksty były bardziej wieloznaczne – żartobliwie sugerowano nam, żeby śpiewać o dziewczynie, a myśleć o Bogu. Jednak naszym celem nie było stworzenie zespołu grającego muzykę reggae z tekstami chrześcijańskimi o Jezusie Chrystusie. Najpierw graliśmy, a dopiero później zaczęliśmy chodzić do kościoła.
Mariusz Zarzeczny: Nie zakładam, że jesteśmy zespołem ewangelizacyjnym, co nie oznacza wcale, że to, co robimy, do nikogo nie trafia. Wielokrotnie po koncercie przychodzili ludzie i mówili, że im to pomogło. Kiedy poznałem Boga, był to czas wielkiej fascynacji Nim, a że od najmłodszych lat (oczywiście nie zamierzam kwestionować tego, że dalej jesteśmy młodzi) gram muzykę, więc samoistnie zapragnąłem stworzyć zespół, w którym mógłbym śpiewać o tej fascynacji. Spotkałem Mariusza, potem w pracy Sławka (robiliśmy razem żyrandole) i okazało się, że on w tym czasie też doznał nawrócenia i zaczął doświadczać miłości Boga. Zaproponowałem mu grę…
Czyli można powiedzieć, że nie afiszujecie się z tym, że gracie o Bogu? Po prostu, jakby przy okazji, skoro Bóg jest w Waszym życiu, to także pojawia się w Waszej twórczości. A jak sprawa wygląda z pisaniem piosenek? Mariuszu, piszesz z konkretną intencją, kierujesz ją do konkretnego grona odbiorców? Chcesz się podzielić tym, co czujesz, przekazać ludziom dobre słowo?
Mariusz Z.: Myślę, że ani się nie afiszujemy, ani nie kryjemy, to wszystko jakoś dzieje się w sposób naturalny. Nie zakładam sobie jakiegoś planu, że robię piosenkę, która będzie o tym i o tym, że to pomoże ludziom z pewnych środowisk. Nie zastanawiam się, czy tutaj użyć słowa Jezus Chrystus, czy może to odstraszy ludzi. W moim życiu jest Bóg, więc także pojawia się w moich tekstach. Piszę o tym, co gdzieś tam dzieje się w mojej głowie, często sam tego nie rozumiem, dopiero po jakimś czasie zaczynam odnajdować w tym sens. Dlatego też piosenki mogą łączyć się w cykle, opowieści…
Mariusz D.: …więc, kto chce zrozumieć wszystkie nasze teksty, musi kupować wszystkie nasze płyty!!!
A macie ich… całą jedną. Wspomnieliście, że przez Wasz zespół przewinęło się wielu muzyków, z różnym podejściem do wiary. Teraz znów zostaliście tylko w czwórkę (warto wspomnieć, że należycie do wspólnoty neokatechumenalnej, a basista Sławek do Odnowy w Duchu Świętym). Czy inni odeszli, bo nie mogli zaakceptować tego, że jesteście wierzący, że nie gracie dla samego grania, tylko widzicie w tym głębszy cel? Czy odczuwacie, że to ma duże znaczenie, że w obecnym składzie nie musicie się wstydzić wiary w Boga, ukrywać tego przed sobą nawzajem?
Mariusz Z.: Nigdy nie musieliśmy się wstydzić przed tymi wszystkimi ludźmi, to było od początku bardzo czytelne, że jesteśmy wierzący. Oni nie byli nawróceni, tak naprawdę to nikt z nas nie jest, ale ta formuła im nie przeszkadzała, można powiedzieć, że nawet jakoś pomagało to, że na przykład modliliśmy się przed koncertami.
Mariusz D.: To oni raczej wstydzili się swoich zachowań…
Mariusz Z.: …ze względu na nas uważali na koncertach, żeby nie robić skandali.
Mariusz D.: Ale bywały też sytuacje, które przeszkadzały, różne przegięcia, i uważam, że teraz jest o tyle lepiej, że wiemy, czego od siebie wymagać, oczekiwać.
Z tego, co mówiłeś Mariuszu, Ty także, kiedy trafiłeś do zespołu, nie znałeś jeszcze Boga. Można powiedzieć, że muzyka przyciągnęła Cię do Niego?
Mariusz D.: Na pewno Pan Bóg wykorzystał muzykę. Właściwie to ja żyłem do pewnego czasu tak, że ważne było dla mnie tylko granie, tylko to, żeby być perkusistą, żeby grać koncerty – muzyka była czymś najważniejszym. Potem zacząłem dostrzegać, że to nic nie daje. Często mieliśmy próby przy kościele, gdzie widziałem ludzi, którzy nie są jakoś zdolni muzycznie, ale cieszą się życiem, a ja byłem niezadowolony… Zrozumiałem, że jest coś, a raczej Ktoś, dzięki Komu można być szczęśliwym, nie potrzebując popularności czy nie wiadomo czego…
A jak było z przyjęciem nazwy zespołu?
Mariusz D.: Nie znałem Starego Testamentu, pytałem, o co chodzi; Mariusz sprytnie tłumaczył, że to taka moda.
Mariusz Z.: Zespoły reggae`owe często czerpały swoje nazwy ze Starego Testamentu: Habakuk, Izrael. Wykorzystałem modę, łącząc obie fascynacje: Bogiem i reggae.
Mariusz D.: Często jednak dochodzi do nieporozumień. Przez to, że gramy dużo koncertów punkowych, undergroundowych, ludzie nie wiedzą, co Ziemia Kanaan oznacza i przekręcają tę nazwę na wszystkie możliwe sposoby: konan, kanon…
W Tarnobrzegu mówią – „Ziemniaki”. Jak mało który zespół chrześcijański, macie możliwość występowania na świeckich imprezach. Czy nie sądzicie, że należy to wykorzystać i tym bardziej starać się trafiać do ludzi z Dobrą Nowiną?
Mariusz D.: Dlatego mamy tę możliwość, że nie jesteśmy tacy bezpośredni.
No tak. Istnieją właściwie dwie strony medalu: z jednej, żeby trafić do szerszego grona odbiorców, lepiej nie formułować niczego wprost: poprzez przyciągnięcie ich innymi sposobami, trafić do nich z Ewangelią. Z drugiej strony, przecież większość naszego społeczeństwa nie wie, że można mieć głębszą relację z Jezusem, że można o Nim mówić nie tylko w napuszony i pompatyczny sposób, ale też w taki normalny, naturalny, np. pisząc i śpiewając o Nim piosenki. Ważne jest, żeby ludziom to uświadomić…
Mariusz D.: Te pierwsze lata związane były z zachwytem i pragnieniem ewangelizacji. Chciałem, żeby Mariusz na każdym koncercie powiedział jakieś świadectwo, tak, żeby ludziom w pięty poszło. Ale z czasem zacząłem dostrzegać, że jeżdżenie na koncerty wiąże się z różnymi sytuacjami, trudnymi dla członków zespołów, człowiek ściera się ze sobą i nie do końca jest w porządku wobec reszty… Wtedy stwierdziłem, że nie jest najważniejsze, żeby zostać zespołem, który jakoś głośno nawołuje, ale takim, który w konkretnych sytuacjach objawia, co jest naprawdę ważne. Graliśmy kiedyś koncert i organizator w ramach podziękowania zaprosił nas na faję. W konsekwencji każdy z nas odmówił, nie palimy no i tyle, i to mi się bardzo spodobało. Nie było żadnych wyjaśnień, że wiesz, nie palimy, bo chodzimy do kościoła, a to nie jest dobre. Podziękowaliśmy i on to zrozumiał, choć właściwie mógł się obrazić.
Mariusz Z.: Trzeba wziąć też poprawkę na to, że ludzie w tych kręgach są bardzo wrażliwi na tym punkcie. W naszych tekstach słychać, że one są o Bogu: „Szatan nie będzie moim przewodnikiem” czy „Jezus Chrystus i ja”, a Duch wieje tam, gdzie chce. Może sprawić, że to komuś pomoże. Chodzi o to, żeby nikt nie czuł się postawiony pod murem, że oto przyjechali jacyś goście i coś nam rozkazują. Ja, będąc punkowcem, byłem tak samo na to uwrażliwiony, a teraz jestem w Kościele tylko dzięki temu, że nikt mnie do niczego nie zmuszał. Kiedyś poznałem pewnego księdza – wiedział, że nie chodzę do kościoła, ale mimo to mnie akceptował. To było dla mnie piękne, bo ja tej akceptacji nie mogłem znaleźć w domu jako młody buntownik – kłóciłem się cały czas z rodzicami, uciekałem z domu. Ten ksiądz zaproponował mi grę na bongosach w kościele. Zacząłem grać na mszach, przychodziłem „wczorajszy po sobocie”, w jakiś swetrach obdartych, nie wiadomo co, ale on nigdy nic nie mówił, nie moralizował. Przyniósł mi kiedyś nowy sweter, nie kazał mi w nim chodzić i ja w tym człowieku zobaczyłem Boga, że On właśnie taki jest – nic na siłę, bez najmniejszej przemocy. Dlatego też nie chcę, żeby ktoś, kto przyjdzie na koncert, czuł jakieś napięcie: przyszedł sobie do klubu, napić się piwa, a być może wyjdzie ze słowem, że Ktoś go kocha. Ludzie mają wielkie pragnienie miłości, chociaż czasem tego nie widać. To tak jak z Bartymeuszem, który przykrył się płaszczem, żeby nie było widać, że jest brudnym żebrakiem.
Kiedyś byłem na koncercie Będzie Dobrze. Maciek Flank na scenie nic nie mówił, ale pamiętam taką piosenkę: „Każdy dzień, każdą noc, dla Ciebie chcę żyć”. Wtedy ja, po tym, jak napaliłem się trawy, poczułem niesamowitą rzecz, że Jezus Chrystus wyciąga do mnie rękę, aby uratować moje życie.
Mariusz D.: Kiedy wiem, że będzie grał zespół śpiewający o Bogu i że będą też ewangelizować, idę na koncert z pewnym nastawieniem, albo nie idę w ogóle. Mnie bardziej dotyka nawet jedno słowo, na pożegnanie: zostańcie z Bogiem, niż cały koncert, który jest wielkim mega-show ewangelizacyjnym. Byłem ostatnio w górach i spotkałem na szlaku dwóch gości, którzy po drodze klęli jak szewcy, później wieczorem w schronisku łoili piwo konkretnie i mógłbym sobie od razu wyrobić o nich zdanie. Rano przed śniadaniem siedliśmy do jednego stołu, ja się wstydziłem, ale jeden z tych gości przeżegnał się przed posiłkiem. Zamurowało mnie, bo ja mogę iść w jakiejś „świętej” koszulce przez całe góry, zachowywać się przystojnie jak na chrześcijanina, a na koniec… Dlatego chyba tak właśnie wyglądają nasze koncerty.
Mariusz Z.: Nie można też tego włożyć do szuflady, uogólniać, że nigdy nic nie mówimy między utworami, ale generalnie większym świadectwem jest bycie po prostu dobrym człowiekiem. Ja osobiście jestem nie do zniesienia i wielu ludzi to mogło odstraszać: mówię o Jezusie Chrystusie, a po koncercie jestem strasznie ciężki we współżyciu z innymi.
Mariusz D.: Ja też się wstydzę naszego zachowania, czasami, wiesz, przyjeżdżamy gdzieś, jesteśmy spóźnieni, wychodzimy z samochodu, kłócimy się…
Jest taki trend w myśleniu, zwłaszcza młodych ludzi, że nie chcą się nawrócić, bo będą musieli ze wszystkiego zrezygnować i iść do zakonu. Ale wydaje mi się, że też jest ważne, żeby ludzie zobaczyli, że chrześcijanie są normalni, że też mają swoje słabości, że kiedy człowiek żyje z Bogiem, to nie jest od razu święty. Poza tym to, że wstydzisz się swojego zachowania…
Mariusz Z.: On się mojego wstydzi…
…to też jest pewnym świadectwem, świadczy o pokorze. Opowiadacie o tym, a mało kto by się odważył… Ponadto pogodzić życie w świecie, i to jeszcze w środowisku punkowców, z życiem dla Królestwa Bożego też nie jest łatwą sprawą. Jak sobie z tym radzicie jako zespół istniejący na pograniczu dwóch odmiennych rzeczywistości?
Mariusz Z.: Tak jak co dzień, pracuję, przebywam z ludźmi, którzy nie mają nic wspólnego z Bogiem, staram się być sobą, pewnych zachowań nie potrafię się wyzbyć, mam problemy z nerwami, często wybucham, ale to tak jak z tym paleniem, no po prostu, nie ma sprawy i tyle. Jestem dziś w neokatechumenacie nie dlatego, że zachęciły mnie wypowiedzi muzyków rockowych. Kiedyś zamiatałem chodniki razem z facetem, który nic nie mówił o Bogu, ale niesamowicie mnie ujęło to, jak pracował. Nie robił uników, nie podlizywał się kierownikowi. Też był z nami taki niepełnosprawny człowiek i wszyscy się z niego śmiali, wszyscy oprócz tego jednego. Dowiedziałem się później, że jest we wspólnocie i to mi niesamowicie zaimponowało: takie świadectwo życia, nie musiał powiedzieć żadnego słowa o Bogu.
To jeszcze na koniec o muzyce słów kilka. Zasygnalizowaliście na początku, że skład się gwałtownie pozmieniał, przez długi czas była sekcja dęta, akordeon, a teraz?
Mariusz D.: Teraz zostały dziury po sekcji dętej i sytuacja nas zmusiła do pójścia w trochę innym kierunku, mocniejszym i nowocześniejszym. Jesteśmy bardzo zadowoleni, chociaż teraz nasza muzyka jest jeszcze trudniejsza w odbiorze. Zdajemy sobie sprawę, że będziemy trafiać do węższych środowisk, ale opinie po koncertach są pozytywne i my też czujemy się z tym dobrze.
Jako perkusista masz większe możliwości zaprezentowania się w takiej „mocniejszej muzie”?
Mariusz D.: Właśnie odwrotnie! Przez to, że mamy sample, rytmy elektroniczne, mogę się jeszcze bardziej ukrywać.
Bębniarz, który woli się ukrywać? Nie znam takich! No a co z płytą?
Mariusz D.: Myślimy o tym, ale na razie nie mamy takiej możliwości. Zobaczymy, może będzie jak za pierwszym razem…
Mariusz Z.: W ogóle nie wiem, jak to się wtedy wszystko potoczyło. Wysłaliśmy demo i zgłosili się do nas punkowcy. To był dla mnie taki znak, bo oni reggae w ogóle nie wydają, co prawda oberwało im się za to, dostali negatywną recenzję, że wydali nas z obawy przed końcem świata…
***
Ziemia Kanaan. Ziemia Obiecana
Okazuje się, że droga do Ziemi Obiecanej nie prowadzi do Palestyny, ale do małego, przemysłowego miasta na Podkarpaciu – Stalowej Woli. Szare bloki raczej nie przypominają wymarzonej krainy, a smutne twarze mijanych ludzi pozwalają się domyślić, że brak tu idyllicznej, arkadyjskiej atmosfery. A jednak, gdy włączymy płytę „k – n. a. n.”, trudno mieć wątpliwości, że jednak dobrze trafiliśmy.
Ta muzyka niesie światło i jest zapisem poszukiwań drogi do prawdziwej Ziemi Obiecanej – drogi często naznaczonej trudem, spiekotą i kamieniami wbijającymi się w stopy. Słoneczne reggae? Tak, jeśli słońce kojarzy się nam nie tylko z plażą i „falującymi ciałami”, ale i z nadzieją i radością z niej płynącą. Płyta niesie jej bardzo dużo. Nie jest to zasługa wyłącznie pozytywnego pulsowania, sekcji dętej, harmonijnie wkomponowanych bongosów, z wielkim wyczuciem prowadzonej perkusji, ani nawet charakterystycznego wokalu. Dużo niosą ze sobą teksty – bardzo poetyckie. Często tajemnicze („Spacer wschodnią stroną wiatru”), innym razem pełne prostoty („Ile jest za oknem, a ile promieni do serca”).
Słuchając tego krążka ma się wrażenie, że idziemy wraz z wielką karawaną do Ziemi, gdzie można ugasić pragnienie…
(Urszula Jagiełło)
