
Armia i Lao Che na wspólnej trasie koncertowej? Bardzo się ucieszyłem. Armia to od dawna jeden z moich ulubionych zespołów, zaś Lao Che zaintrygowało mnie pierwszą płytą – „Gusła” i rzuciło na kolana drugą – „Powstanie Warszawskie”. Emocjonalnie podchodzę do muzyki proponowanej przez oba zespoły i niezwykle wysoko cenię teksty. Decyzja: iść trzeba koniecznie.
O wspólnym koncercie Armii i Lao Che pisze MICHAŁ BUCZKOWSKI
Nie widziałem dotąd Lao Che na żywo. Z opowieści wiedziałem, że grają inaczej niż na płytach, że tak bardziej koncertowo… Zaczęli śpiewać o Noem. Znakomita piosenka! Dawno nie słyszałem tak realnie rozumianego tekstu biblijnego. Noe z jego całym człowieczeństwem, dylematami, małością i bardzo rzeczywistym podejściem do Boga. Taki „żelek” ten Noe, chłopak zwykły. „Płyń!” – włączałem się w muzykę. No i refren „Utopię waszą utopię”. Czyżby następny album miał się skupiać na tematach potopu? – przypuszczam. Po czym zaczynam wsłuchiwać się w następne piosenki. Czekam i czekam, a tu ciągle jakieś nieznane kawałki. W końcu „Powstanie…”. Z jaką lekkością potraktowane! Nie mija pół minuty, a utwór przenika w inny, po chwili powraca, zamiast refrenu – zwrotka innej piosenki. Jak się w tym odnaleźć? Odpowiedź brzmi: z wielką rozkoszą. Granie wybitnie koncertowe, słychać szkołę punkrocka (i paru innych stylów również). A mimo to emocje związane ze słuchaniem spokojniejszych fragmentów płyty nie znikają. Śpiew na żywo tylko dodaje przekazowi autentyzmu. Okrzyki Spiętego (wokalista Lao Che), włączanie się publiczności potęgują wrażenia.
I powrót do nieznanych (przynajmniej mi) kawałków. Jak oni to robią? Przez większość występu ciągną nowości, trudno wykrzykiwać z nimi teksty, a jednocześnie ma się wrażenie swojskości. Osiągają efekt, do którego inni potrzebowaliby powtarzać, te same od lat, radiowe przeboje (w dodatku w niezmienionych wersjach). Efekt – publiczność nie chce ich wypuścić. Chyba ze skromności ograniczyli liczbę bisów. Co teraz pokaże Armia? – zastanawiam się.
Jakże technika może komplikować życie! Wszyscy rozgrzani Lao Che wyczekują Armii, a tu co? Przedłużające się zmagania ze sprzętem nagłaśniającym. Bulwersuję się – po co w takim razie wpuszczano nas na salę z dużym opóźnieniem? Wydawało mi się, że po takim czasie wszystko musi być zapięte na ostatni guzik, a tu denerwująca przerwa. Wykorzystałem ją na rozmowy z uczestnikami imprezy. Okazuje się, że przychodzą małżeństwa z dziećmi: – Chcemy wpajać dzieciom wartości, na których się wychowaliśmy. Tymczasem scena znowu się zapełnia, wchodzi Budzyński. Wreszcie zaczynają.
„Wystąpi zespół Armia, ale na początku zagramy numer Siekiery”. Potoczyło się przygnębiające „Szewc zabija szewca, bum tarara, bum tarara”. Coś się dzieje, dr Kmieta wychodzi, a zespół powtarza w kółko monotonny zaśpiew i jeszcze monotonniejsze akordy. Kiedy wreszcie skończą? Mrok. Na szczęście basista powraca. Budzyński zakłada stańczykowską czapkę i, jak gdyby nigdy nic, zaczynają się numery z „Drogi”. Po trzech, prawie metalowych kawałkach – „Poza prawem”. Oj, będzie dziś ciężko! Żadnych powrotów do „Pocałunku mongolskiego księcia”. Chyba chcą się odróżnić od miejscami bardzo skocznego Lao. Stare piosenki w starych wersjach, ale jakby ciężej, mroczniej. Atmosfera zaczyna mi się nie podobać. Jest duszno, siedzę tu już kilka godzin – przerwy, opóźnienia – nie wiem, może właśnie to źle na mnie wpłynęło. Publiczność bawiła się znakomicie, koncert udany, spójny, ale trudny. To granie, nawet jeśli je lubię, po prostu mnie zmęczyło. „Głowa ma dość”, uszy na skraju wyczerpania. Patrzę na małżeństwo z dziećmi. Wychodzą. Późno przecież, maluchy muszą odpocząć, wyspać się.
Bisy. Najwytrwalsi pogo-ganiacze tańczą w najlepsze, ale zaczyna się powolne wychodzenie. Może to pora odjazdów ostatnich środków komunikacji miejskiej, a może inni też są zmęczeni jak ja? Koncert kończy się tak jakoś dziwnie, nie wiadomo kiedy. Jeszcze są nadzieje, że zespół znów pokaże się na scenie, ale tego nie czyni. Wychodzę i… koncert wciąż trwa. Ludzie snują się w kierunku domów, akademików śpiewając, kłócąc się o wyższość jednej kapeli nad drugą, zastanawiają się, dlaczego nie zagrali nic wspólnie (też się dziwę).
Wracam rozmyślając, czy zdejmowanie czapki przed śpiewaniem Siekiery rozgranicza dwa światy w sposób wyraźny, jednoznaczny. Zastanawiam się, po co to robić. Czy takie dystansowanie się ma jakiś sens. Zastanawiam się, po co wracać do tych piosenek. Publiczność ich nie żądała, w wywiadach Budzyński twierdził, że nie zechce już do tego rozdziału twórczości zaglądać. Myślę o tym, czemu nie zagrali czegoś Trupiej Czaszki. Dlaczego się nad tym tak rozwodzę? Dlaczego roztrząsam w myślach sprawę śpiewania tego nieszczęsnego „Szewc zabija szewca”? Może to wszystko nie ma znaczenia? Mroczna atmosfera? Wzruszony Lao Che, po czadowym występie Armii… Gardło zdarte mam jeszcze tydzień później.
Podyskutuj z autorem:
michal.buczkowski@ruah.pl
