Ziemia się skurczyła

Przejechaliśmy metrem przez Harbor Bridge, zeszliśmy nad zatokę i podziwialiśmy operę. Robi wrażenie. Ale jeszcze większe zrobiła adoracja Pana Jezusa wystawionego w Najświętszym Sakramencie właśnie w operze. Młodzi ludzie razem z siostrami z Kalkuty modlili się koronką do Bożego Miłosierdzia.

O „Światowych Dniach Młodzieży” w Sydney pisze Mateusz Nikiel

„Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie jego moc i będziecie moimi świadkami”. (Dz 1,8)

Gdy kończyły się XX Światowe Dni Młodzieży w Kolonii, Benedykt XVI przekazał wiadomość, że kolejne odbędą się w Sydney, w Australii. Dla mnie i moich przyjaciół zabrzmiało to trochę jak wyrok: nie ma szans, nie pojedziecie. Równie nieosiągalny wydawał się wtedy księżyc. Rozumieliśmy jednak, że Spotkanie zawsze odbywa się w miejscu, gdzie jest ono najbardziej potrzebne, gdzie Kościół potrzebuje ożywienia, tchnienia Ducha.

Św. Augustyn prześladuje

I tak minęły dwa lata, w głowie narastała świadomość, że jeżeli chcemy w ogóle marzyć o wyjeździe, to najwyższa pora zacząć się przygotowywać. Został tylko rok, a Australia nie zbliżyła się do nas nawet o metr. W końcu zebraliśmy się w sobie… Monika, Magda, Grzegorz i ja – grupa przyjaciół którzy zapragnęli spotkać się z młodzieżą z całego świata i z papieżem Benedyktem XVI na „końcu świata”. Dla nas Światowe Dni Młodzieży zaczęły się blisko rok przed australijskim spotkaniem. Żyliśmy pragnieniem wyjazdu przez długie miesiące, przygotowując się zarówno duchowo jak i materialnie.

Spektakl, który dzięki serdeczności i chęci pomocy naszych przyjaciół, udało się nam wystawić, pozwolił w dużym stopniu przybliżyć się do Sydney, ale także do św. Augustyna, o którym było nasze przedstawienie. Święty nie opuszczał nas już do końca.

fot. Mateusz Nikiel

Pierwsza australijska miłość

Po wyjaśnieniu służbom celnym, co nas tutaj przywiało, można było powiedzieć tylko jedno: witaj Australio! Na lotnisku czekały na nas host familly – rodziny, u których mieliśmy spędzić najbliższy tydzień.

Wieczorem przyjechał tamtejszy biskup i miejscowi tłumnie – jak na Australię – przybyli na mszę świętą. Właśnie eucharystia była dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem. W końcu „katolicki” znaczy „powszechny”, ale… W Australii brakuje księży. Jeden ksiądz zazwyczaj posługuje w trzech, czterech parafiach i w związku z tym bardzo mocno rozwinięta jest tam posługa świeckich – jako diakonów stałych i nadzwyczajnych szafarzy. Wokół księdza rozdającego Komunię Świętą, stało (zawsze) kilkoro świeckich z Ciałem i Krwią Pańską. Komunia zawsze była pod dwiema postaciami. Brałem kielich i ręce mi się trzęsły z przejęcia. Po mszy św. był także pokarm dla ciała. Tam zawsze parafianie wraz z proboszczem spotykają się na kawie i cieście w salkach przykościelnych.

Kolejne dni pobytu w Adelajdzie były czymś niesamowitym. Dzięki zaangażowaniu Australijczyków mieliśmy dni „pełne wrażeń” od rana do późnego wieczora. W dzień mieliśmy podziwialiśmy Australię, a wieczory spędzaliśmy bądź z „naszymi rodzinkami”, bądź na różnych imprezach organizowanych specjalnie dla nas. Kangury i misie koala „jadły nam z ręki”. Robiliśmy rzeczy, o których wcześniej mogliśmy tylko marzyć.
Ale czym byłaby Australia, gdyby nie ludzie! To właśnie dzięki ich życzliwości pobyt był tak wspaniały. „Nasza rodzinka” była bardzo szczęśliwa, że mogła nas gościć. Oni naprawdę się cieszyli! Poświęcali swój czas i traktowali jak domowników. Razem oglądaliśmy też wyścigi „Tour de France” – Australijczycy szaleją na punkcie kolarstwa. Tygodniowy pobyt bardzo szybko minął. Mimo że Adelajda to nasza „pierwsza Australijska miłość”, musieliśmy ją opuścić. Podróż do Melbourne zajęła nam cały dzień. Z okien pociągu mogliśmy przyglądać się zmieniającemu się krajobrazowi tego wspaniałego kontynentu.

Great Ocean Road i Great Humans Hearts

Msza święta na stadionie – nasze pierwsze spotkanie z pozostałymi uczestnikami. Dwa dni w Melbourne pozostawiły w nas niezatarte wspomnienia. Po wycieczce „Great Ocean Road” wydawało się, że nic nie jest wstanie przebić tak malowniczej i bajecznej trasy. Jednak o wiele większe wrażenie zrobiły na nas otwarte serca Państwa Teresy i Zbigniewa, których spotkaliśmy w niedzielę po mszy. Stojąc z rozłożoną mapą, zastanawialiśmy się, jak najszybciej dojść do Parku Olimpijskiego. Najpierw zaczęli nam tłumaczyć drogę, a później zaproponowali, że nas podwiozą. Stwierdzili, że skoro nie mogli przyjąć pielgrzymów, to przynajmniej zabiorą nas na wycieczkę po mieście. Dzięki nim mogliśmy podziwiać najpierw przepiękną panoramę z najwyższego budynku w Melbourne, a później zachód słońca wzdłuż plaży. Ale najważniejsze jest świadectwo, które dali, bez wahania zmieniając swoje plany i poświęcając nam całe popołudnie.

fot. G. Dutka

Wielkie Święto Młodych

Pierwszy dzień naszego pobytu w Sydney rozpoczęliśmy od zobaczenia tego, z czym wszystkim na świecie kojarzy się to miasto. Przejechaliśmy metrem przez Harbor Bridge, zeszliśmy nad zatokę i podziwialiśmy operę. Robi wrażenie. Ale jeszcze większe zrobiła adoracja Pana Jezusa odbywająca się właśnie w operze. Młodzi ludzie razem z siostrami z Kalkuty modlili się koronką do Bożego Miłosierdzia.

Miasto zostało „opanowane” przez młodzież. Dało się to odczuć na każdym kroku, gdziekolwiek się nie spojrzało – powiewały flagi różnych państw. Obok zwykłego, codziennego życia, tętniło życie młodego Kościoła. Obok ludzi jadących do pracy, jechali młodzi na spotkanie z papieżem.

Wtorek to czas pierwszej katechezy, a także Opening Mass – mszy świętej rozpoczynającej Spotkania. Witaliśmy Ojca Świętego, który przypłynął na potężnym katamaranie, a w kolejny dzień uczestniczyliśmy w drodze krzyżowej. Było to także miejsce radości i zabawy. Zawsze po uroczystościach na scenie pojawiały się zespoły i zamieniały młodzież ze skupionej i rozmodlonej w roztańczoną i rozbawioną.

Szczytowymi wydarzeniami były wieczorne czuania wraz z Ojcem Świętym. Na jednym papież przewodniczył i mówił o… św. Augustynie. To było dla nas bardzo ważne: tak, jakby Ojciec Święty potwierdzał, że idziemy w dobrym kierunku. Chwilę później wystawienie Najświętszego Sakramentu i pół miliona ludzi zastygło w ciszy, prosząc o dary Ducha Świętego, o moc i siłę bycia świadkami Chrystusa.

Po czuwaniu nadszedł czas na zabawę. Kolejni wykonawcy rozgrzewali zmarzniętych uczestników. Przed nami była cała noc, a temperatura spadła do 4°C. W końcu jednak i muzyka ustała, i pod kilkoma warstwami ubrania trzeba było położyć się spać.

Nadszedł moment eucharystii z Ojcem Świętym. Bo czym byłyby takie dni bez niej? Zlotem młodzieży chcącej zawrzeć nowe znajomości, pobawić się trochę, pozwiedzać nieznany kraj… To Chrystus scalał wszystkich i nadawał temu spotkaniu istotny cel. To dzięki Niemu, przez Niego i dla Niego do Australii przyleciało tyle osób, nieraz kosztem wyrzeczeń i poświęceń. To tutaj, tak bardzo wyraźnie można było dostrzec, że Kościół żyje. Bóg jest tą najważniejszą w życiu Osobą dla tak wielu, a Kościół jest naprawdę Kościołem powszechnym. Nieważny był kolor skóry, rasa czy narodowość – wszyscy wierzymy w jednego Boga!

Do zobaczenia w Madrycie!

Teraz czas na nas. Mocą Ducha Świętego mamy dawać świadectwo przede wszystkim w miejscach, w których mieszkamy, uczymy się i pracujemy, ale także wszędzie tam, gdzie Duch Święty nas pośle. Apel Chrystusa do bycia Jego świadkami nie jest skierowany tylko do uczestników spotkania w Sydney. Jest skierowany do każdego, kto mówi o sobie: chrześcijanin.

Ziemia bardzo się skurczyła. Niemożliwe stało się możliwe. Uwierzyłem, że wiele można, gdy tylko się naprawdę chce i robi się to z Chrystusem. Skoro więc Benedykt XVI zapowiedział kolejne „Światowe Dni Młodzieży” za trzy lata w Hiszpanii, stwierdziliśmy, że to… prawie jak w domu. Do zobaczenia w Madrycie.

fot. G. Dutka