
Wielkim sukcesem tego dzieła jest to, że łączy w sobie tak wiele. Tyle płaszczyzn i wątków – sztukę i modlitwę. Widowisko, pełne dramaturgii, które ma konkretną fabułę, i nabożeństwo. Dzieją się też różne cuda, na przykład nigdy nie ma wiatru podczas grania, na placu jest sto tysięcy ludzi, a panuje zupełna cisza, jak makiem zasiał.
Z ARTUREM PIOTROWSKIM, reżyserem Poznańskiego Misterium Męki Pańskiej, rozmawia WERONIKA GURDEK
Poznańskie Misterium Męki Pańskiej jest owocem marzeń 20-latka, studenta z salezjańskiego duszpasterstwa. Twoje przedsięwzięcie to dowód na to, że marzenia – z Bożą pomocą – jednak się spełniają.
Tak, spełniają się. Kiedy zaczynałem rozmawiać ze znajomymi o moim projekcie, nikt nie wierzył, że to się tak potoczy. Początek Misterium jest w muzyce. Pochodzę z muzycznej rodziny. Moje obie siostry mają wyższe wykształcenie muzyczne, ja skończyłem podstawówkę na klawiszach, po maturze byłem przez rok na wydziale wokalno-aktorskim Akademii Muzycznej, następnie ukończyłem studium organistowskie. Od 16. roku śpiewam w Poznańskim Chórze „Polihymnia” pod dyr. Janusza Dzięcioła. Wykonywaliśmy między innymi utwory pasyjne. Było to dla mnie tak przejmujące, że oczyma duszy widziałem mnóstwo obrazów. Byłem wtedy po pierwszych filmach amatorskich – tak się kiedyś nazywało kino niezależne. Pomyślałem, że świetnie byłoby zrobić film o męce Jezusa. Ale ani młody nastoletni wiek, ani wysoki budżet nie pozwolił mi na to. W 1996 roku pojechaliśmy z chórem do Ziemi Świętej na konkurs, który zresztą wygraliśmy. Krocząc śladami Jezusa, coraz mocniej czułem, że muszę coś zrobić z tą Męką. W 1997 roku przyjechał do Polski Jan Paweł II. Na trasie jego pielgrzymki był również Poznań – Polska „stolica chóralna”. To spotkanie z Poznaniu na głęboko zapadło mi w pamięć. Z przyjazdem Ojca Świętego łączyły się przygotowania do Lednicy, która miała trochę inny charakter niż dzisiaj. Był to Akademicki Apel Trzeciego Tysiąclecia. I w tym chóralnym, artystycznym i akademickim – na to słowo składają się przyjaźnie z D.A. Salezjańskim i nie tylko – klimacie, dojrzewałem do tego, aby w roku 1998 zrealizować pierwsze widowisko.
Kiedy odbyło się pierwsze Misterium?
3 kwietnia 1998 roku, w piątek. Wtedy mieliśmy takie założenie, żeby koniecznie był to piątek, na pamiątkę męki Chrystusa. Był to dosłownie dzień po trzeciej rocznicy śmierci mojego ojca. A ja całe dzieło właśnie jemu dedykowałem. To było wyjątkowo wydarzenie. Przyszło około pięć tysięcy ludzi. Misterium graliśmy wtedy w amfiteatrze. Rok później, w 1999, przyszło już tyle osób, że nie wszyscy do amfiteatru weszli. Jakby ktoś chciał zemdleć, to nawet by nie miał jak. Dlatego na następny rok musieliśmy się przenieść pod Dzwon Pokoju. I tam się odbywa Misterium do teraz. W 2001 było już około trzydzieści tysięcy osób. Z roku na rok coraz więcej. W latach 2004-2005 była przerwa, a w zeszłym roku na Plac pod Dzwonem Pokoju przyszło już około sto tysięcy osób.
W 2006 roku scenariusz całego przedsięwzięcia został wzbogacony o wątek papieski. Skąd taki pomysł?
Muszę zaznaczyć, że osoba Jana Pawła II była obecna przez swój głos od pierwszego Misterium. Taki był mój zamysł, aby w przejmujący utwór „Wierzę” Józefa Świdra wpleść słowa ze spotkania z młodzieżą w 1997 roku. „(…) Bądźcie świadkami Chrystusa Zmartwychwstałego. Liczę na Was!”. W 2003 roku w Misterium zaznaczony został element Bożego Miłosierdzia. Natchnęła mnie nim pielgrzymka Papieża w 2002, kiedy konsekrował kościół Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Wtedy plastycy namalowali największą na świecie kopię Jezusa Miłosiernego (12 x 20 metrów), z której w ludzi uderzają laserowe promienie Bożego Miłosierdzia wypływające z serca. Wtedy też zamieniłem słowa Papieża z Poznania na tekst mówiący o Miłosierdziu. Po śmierci mojego ojca, Jan Paweł II stał się dla mnie kimś jeszcze bliższym, w pewnym sensie zastąpił mojego tatę. Najbardziej niesamowite jest to, że mój ojciec umarł dokładnie 10 lat wcześniej, tego samego dnia i miesiąca. I po tej przerwie, w 2006 roku Misterium dedykowałem już i papieżowi i mojemu ojcu.
A tegoroczne hasło brzmi „Musicie być mocni” – to również słowa Jana Pawła II…
Tak, to jest nawiązanie do słów papieskich z 1979 roku. Są one przytaczane na scenę finałową kiedy Papież spotyka się ze zmartwychwstałym Jezusem w promieniach miłosierdzia. Każda edycja Misterium ma swoje hasło i dedykację. Dedykowałem już moje widowisko narodowi polskiemu, papieżowi, mojemu ojcu. Była również edycja będąca przygotowaniem do papieskiej pielgrzymki.
Kim są aktorzy i realizatorzy Misterium?
Na początku większość osób stanowili moi znajomi, przyjaciele z Duszpasterstwa Akademickiego. Za nagłośnienie odpowiadała jedna firma, kostiumy szyliśmy sami. Wszystko własnym sumptem. Coś wypożyczyliśmy z teatru, podesty braliśmy od salezjanów. Tak było do 1999 roku. W momencie kiedy przenieśliśmy się pod Dzwon Pokoju, a było to w roku 2000, zaczęły się firmy, ochrona – całość nabrała rozmachu i profesjonalizmu. Stanęły pierwsze budynki. Specjalna firma z Krakowa szyła kostiumy dla żołnierzy (dziś już odrobinę zmasakrowane). W tym roku będzie większa ilość autobusów wahadłowych, więcej parkingów i większa koordynacja całości w pełnym porozumieniu wszystkich służb miejskich. Mamy trzystu harcerzy, trzystu chórzystów i trzystu aktorów (śmiech). Ekipa techniczna liczy około stu osób. Łącznie przygotowuje Misterium blisko 1000 osób.
Na stronie internetowej Misterium jest napisane, że to największe tego typu przedsięwzięcie w Europie…
Tak, myślę, że można tak powiedzieć. Ciągle sprawdzamy, czy gdzieś w świecie jest jeszcze takie widowisko i nie możemy znaleźć…
Misterium odbywa się na Poznańskiej Cytadeli. Możesz powiedzieć coś o tym miejscu? Dlaczego właśnie tam?
Z wielu powodów. Po pierwsze bliskość salezjanów, mojej parafii. Kręciłem na Cytadeli kiedyś film pełnometrażowy. Zorientowałem się wówczas, że tak naprawdę Misterium można zrobić tylko tam. Jest to też nasza poznańska Golgota, jeszcze nie w pełni odkryta. Tam gdzie teraz odbywa się Misterium był dawniej Plac Defilad. Chciałem wykorzystać to usytuowanie, Dzwon Pokoju, który notabene, jest symbolem pokoju między narodami. Drugi taki dzwon jest w Hiroszimie.
Pomówmy teraz o formie Misterium. Jest światło, muzyka, chóry, teatr, taniec… Wychodzisz naprzeciw nowym trendom w sztuce? Synkretyzm, łączenie form i dziedzin sztuki…
Niezupełnie. To znaczy, nie myślałem o tym w ten sposób. Ja przeniosłem po prostu to, co miałem w głowie w rzeczywistość, na Cytadelę. Chciałem, żeby całość jako widowisko była krótka i treściwa. Pierwsze Misterium mieściło się w godzinie. Ale to nie przeszkadza temu, że spektakl jest zrobiony z rozmachem. Aktorzy, scenografia, rekwizyty, konie. Na początku widzowie byli bliżej aktorów, wręcz brali w tym wszystkim udział. Później ze względu na coraz większą ilość osób przenieśliśmy się pod Dzwon Pokoju. Z przyczyn praktycznych musieliśmy się oddalić, wejść wyżej, by być widocznymi. Spowodowało to oddalenie od widzów, ale tylko fizyczne. Dźwięk i światło odgrywają ogromną rolę w tym przedsięwzięciu. Powodują, że jest się w środku wydarzenia.
Misterium to bardziej spektakl, widowisko czy przeżycie religijne?
To się przenika. Uważam to za wielki sukces tego dzieła, że łączy ono w sobie tak wiele. Tyle płaszczyzn i wątków – sztukę i modlitwę. Jest to i widowisko, pełne dramaturgii, które ma konkretną fabułę, i nabożeństwo, modlitwa. Dzieją się też różne małe cuda, na przykład nigdy nie ma wiatru podczas grania, na placu jest sto tysięcy ludzi, a panuje zupełna cisza, jak makiem zasiał.
Wracając jeszcze do formy – jest to przeżycie religijne, osobiste, ale bardzo nowoczesne, współczesne.
Zgadza się. Rewelacyjne nagłośnienie. Bardzo dużo dają światła. Silne reflektory lotnicze APM, masa reflektorów oświetlających scenografię – poszczególne budynki – pałac Piłata, Świątynię Jerozolimską, bramę Jerozolimy, drogę krzyżową, golgotę etc. Nadaje to pewne ramy, pewien kontur temu widowisku.
W Misterium łączą się tak naprawdę dwie pasje. Pasja w znaczeniu męki, ale też Twoja pasja do filmu, pracy z kamerą. Na okładce płyty z muzyką do Misterium piszesz, że myślałeś o filmie. Myślisz o nim jeszcze? A może Gibson w swojej „Pasji” do czegoś Cię zainspirował?
Powstały dwa świetne obrazy filmowe – z Robertem Powellem w roli Chrystusa, w reżyserii Franco Zefirellego, znakomicie zagrany i opowiedziany. A drugim filmem, drugim biegunem jest właśnie „Pasja” w reżyserii Mela Gibsona. Gibson ma specyficzny sposób opowiadania. Prawie w ogóle nie daje odetchnąć, widz podczas filmu pozostaje cały czas w napięciu. Uważam, że nie do końca jest to dobre. A co mnie zaintrygowało, to scena na krzyżu. Pierwszy raz bowiem zobaczyłem, że serce zaczyna bić wolniej, coraz wolniej, aż przestaje. W rzeczywistości jest tak, że bije normalnie i nagle przestaje. A u Gibsona jest odwrotnie. To jest niesamowite. Takie właśnie bicie serca zastosowałem już w pierwszym Misterium w 1998 roku i dlatego byłem w szoku, kiedy zobaczyłem to samo rozwiązanie u Gibsona. Jeśli chodzi o pracę z kamerą i moją pasję w drugim znaczeniu… To ciężka praca, bo w tym kraju trudno jest zrobić dobry film. Trudno jest znaleźć na niego pieniądze. Na film składa się cały szereg szczegółów, które muszą zagrać w konkretnym czasie i miejscu. To wymaga wytrwałości, poświęcenia i czasu. Mnie interesują filmy z rozmachem inscenizacyjnym, a nie tylko z problemem psychologicznym. Zrobienie dobrego filmu wiąże się z kosztami. Każdy film przygotowuje się długo. Proces przygotowawczy do zdjęć jest najważniejszy. Zdjęcia są wynikiem żmudnych przygotowań i mogą być błogosławieństwem, albo męką. Mimo to cały czas myślę o filmie o Poznańskiej Piątce. Właściwie można powiedzieć, że produkcja jest rozpoczęta, bo scenariusz mam, castingi trwają. Miejmy nadzieję, że się uda.
Liczę na to i życzę powodzenia. Tymczasem tegoroczne Misterium odbędzie się…
…31 marca, o godz. 19.00, na Poznańskiej Cytadeli. Zapraszam wszystkich serdecznie. Dodatkowe informacje, trailer oraz informacje praktyczne – jak dojechać, gdzie zaparkować – można znaleźć na stronie internetowej: www.misterium.eu.



