Wyśpiewać świadectwo wiary

fot. Tomasz Żukowski

Monumentalna czy intymna muzyka wsparta religijną treścią porusza głęboko wielu ludzi – sprawia, że odradzają się w nas najczystsze pragnienia i prawda, przytłaczane często cyniczną, muzyczną papką serwowaną na co dzień przez radio i telewizję. Tu natomiast jest nam raźniej, bo obok są tłumy ludzi, którzy czują to samo. Dzięki temu jesteśmy gotowi wykrzyczeć naszą wiarę wzmacniając się w niej nawzajem.

Z krakowskim wokalistą MARKIEM BAŁATĄ rozmawia PAWEŁ GZYL

 

 

 

Marek Bałata, polski wokalista jazzowy. Wykonuje głównie swoje oryginalne kompozycje. Jego rozległy repertuar zawiera również standardy, transkrypcje utworów F. Chopina, piosenki Z. Koniecznego, K. Komedy, W. Młynarskiego, A. Waligórskiego i A. Osieckiej, które łączy jazzowa interpretacja. Zaangażowany również w pop-oratorium „Miłosierdzie Boże” do słów św. Siostry Faustyny i muzyki Zbigniewa Małkowicza.

Polska scena muzyki chrześcijańskiej funkcjonuje już ponad dekadę. Jest na niej miejsce dla artystów reprezentujących różne gatunki. W jej kontekście pojawia się również Pana nazwisko. Czy czuje się Pan jej częścią?

Jako artysta wyśpiewujący swoje świadectwo wiary – tak. Jako członek jakiejś sformalizowanej grupy – nie. Kiedy proszono mnie o zaśpiewanie utworów o tematyce religijnej – nigdy nie odmawiałem. Ważna była wtedy dla mnie pewna wspólnota duchowa z innymi artystami tworzącymi ten nurt, a nie jakiekolwiek socjologiczne przyporządkowanie.

Najpopularniejszą formą muzyki religijnej na obszarze kultury popularnej jest pieśń gospel. I Pan nie oparł się jej urokowi.

Zafascynowało mnie w gospel wiele elementów: forma ekspresji, rytm, brzmienie i transowość wyrażania Ewangelii. Ponieważ od dawna interesowałem się soulem, rhythm`n`bluesem i jazzem, a moimi pierwszymi idolami wokalnymi byli Stevie Wonder, Ray Charles i Donny Hathaway, szybko trafiłem na gospel. Najbardziej zachwyciło mnie to, że pieśni te niosą słowo Boże w tak współczesny sposób. Dzisiaj to również muzyczny styl. Kiedy zacząłem poszukiwać w sobie potwierdzenia własnej wiary, gospel stał się okazją do takiego jej wyśpiewania, które przekonałoby nie tylko innych, ale przede wszystkim mnie samego.

Czy biały może autentycznie zaśpiewać gospel?

Oczywiście gatunek ten stworzyli Afroamerykanie, którzy poprzez swą charakterystyczną budowę ciała, mając wspaniałe naturalne warunki i predyspozycje, dali światu wyjątkowe brzmienie i ekspresję trudną do powtórzenia przez innych. U białych rzadko się to zdarza. Dlatego wiele białych chórów gospel brzmi sztucznie – uciekają one w taneczny pląs, zapominając o treści. Dysponując odpowiednimi warunkami głosowymi można jednak próbować zaśpiewać gospel w podobny sposób, jak czynią to czarni mieszkańcy Ameryki. Niektórzy potrafią to zrobić inaczej, po swojemu – ale równie wiarygodnie. I to jest najważniejsze.

Wykonuje Pan głównie klasyczne pieśni tego nurtu?

Tak. Gospel ma swoje standardy niczym jazz. Wybieram z nich najczęściej te o najbardziej nośnym tekście i wyjątkowej melodii, jak „I Love The Lord”, „Steal A Way To Jesus” czy „When The Stars Begin To Fall”. W ten sposób mam w swym repertuarze coś o międzynarodowym charakterze – ale oryginalnie zaaranżowane i wykonane już przeze mnie w specyficzny sposób. Ostatnio jednak w moim repertuarze, pieśni gospel są uzupełnieniem, głownie polskich pieśni eucharystycznych.

Dlaczego sięgnął Pan po tradycyjne polskie pieśni religijne?

Polska tradycja muzyczna jest dla mnie bardzo ważna. Poznajemy ją w dzieciństwie, potem w jakiś sposób wyłączamy się z niej często wchłonięci przez współczesny świat, by wreszcie po wielu poszukiwaniach wrócić do niej, jak do czegoś fundamentalnego dla naszego przetrwania. I wtedy okazuje się, że to, co mnie jest najbardziej bliskie, bliskie jest również moim rodakom. Również dlatego, że w polskiej tradycji, jak w żadnej innej, element patriotyczny jest wyjątkowo obecny. Polska i Polacy powierzali swój los Panu Jezusowi i Maryi. Choć wobec narodowej tragedii modlimy się razem, to w normalności modlimy się i śpiewamy pieśni, ale każdy we własnej zamkniętej przestrzeni. Społeczność afroamerykańska manifestuje to w bardzo żywiołowy, kolektywny sposób. Jak wielkie show. My robimy to bardziej intymnie i indywidualnie – choć wspólnie. Moje interpretacje tradycyjnych polskich pieśni eucharystycznych, np. „Pan Jezus już się zbliża”, „Jezusa ukrytego…” czy „Z dawna Polski Tyś Królową, Maryjo” są mieszanką tej gospelowej ekstatyczności i naszej rodzimej refleksyjności. Są świadectwem wiary i manifestacją jej muzycznego wyrażania.

Czym się Pan kierował tworząc własny program kolęd?

Wybrałem te, do których mam największy sentyment. Te, które towarzyszyły kolędowaniu w moim rodzinnym domu. W Mielcu, skąd pochodzę, na wigilię puszczana był winylowa płyta przepięknych wykonań zespołu pieśni i tańca Mazowsze. Ja po latach zinterpretowałem je w bardzo zróżnicowany sposób. „Gdy się Chrystus rodzi” zamieniłem na gospel, „Z narodzenia Pana” – zaśpiewałem na góralską nutę, a w „Anioł Pasterzom” wykorzystałem barokowy wielogłos, aby osadzić go na pop-jazzowej bazie za sprawą wspaniałych aranży Tadka Leśniaka, Grzegorza Górkiewicza, Darka Janusa i Krzyśka Ścierańskiego.

Ma Pan na swoim koncie próbę zmierzenia się z trudną do zaśpiewania poezją Karola Wojtyły oraz zupełnie niemuzycznym tekstem objawień siostry Faustyny. Wyobrażam sobie, że było to niezwykle skomplikowane przedsięwzięcie.

Pewne doświadczenia życiowe oraz wewnętrzna dojrzałość jako człowieka i artysty pozwoliła mi podjąć próbę wokalnej interpretacji m.in. słów Jana Pawła II. W jego gęstej, choć skondensowanej poezji odnalazłem fragmenty dla mnie ważne i możliwe do wykonania. Zaśpiewałem je w ujazzowiony sposób, ale niezbyt skomplikowany dla przeciętnego słuchacza – na bazie prostych akordów uzupełnionych solowymi partiami fortepianu i saksofonu. Zatrzymując się poprzez charakterystyczne dla jazzu frazowanie na ważnych słowach, daję czas na zgłębienie treści.
Słowa św. Faustyny ozdobił muzyką kompozytor Zbigniew Małkowicz. To prosta propozycja na orkiestrę i chór, lecz mająca wyjątkowy urok i wyraz, pozostająca w niezwykłej harmonii z objawionymi św. Faustynie słowami Pana Jezusa Miłosiernego. Z powodzeniem i wielkim szczęściem wewnętrznym wykonuję te utwory od prawie dwóch lat. Mogę zatopić się w obietnicy zbawienia i bliskości Boga, zachowując swój styl i jazzowy idiom. Wykonujemy to oratorium w Polsce, Kanadzie i USA.

Dzięki Piotrowi Rubikowi ogromną popularnością cieszą się obecnie tzw. pop-oratoria. Pan również miał okazję uczestniczyć w kilku takich przedsięwzięciach – choćby właśnie w „Miłosierdziu Bożym” czy „Woła nas Pan” i „A kto się odda w radość Panu swemu”. Skąd tak ogromny sukces tych rozbudowanych form muzycznych?

Najważniejsze uczucia i emocje są w człowieku głęboko skryte. Widoczne tylko w chwilach wielkiego zagrożenia. Ktoś, kto je wydobywa, sprawia, że otwieramy się na Boga i innych. Wtedy okazuje się, że dla większości ważne jest, jak przeżyć nie tylko materialnie, ale i duchowo. To porusza człowieka i uskrzydla. Dodaje wiary i nadziei. Wtedy jesteśmy gotowi dawać głośne świadectwo wiary. I tak dzieje się podczas pop-oratoriów. Monumentalna czy intymna muzyka wsparta religijną treścią porusza głęboko wielu ludzi – sprawia, że odradzają się w nas najczystsze pragnienia i prawda, przytłaczane często cyniczną, muzyczną papką serwowaną na co dzień przez radio i telewizję. Tu natomiast jest nam raźniej, bo obok są tłumy ludzi, którzy czują to samo. Dzięki temu jesteśmy gotowi wykrzyczeć naszą wiarę wzmacniając się w niej nawzajem.

Co skłania Pana do próbowania swych sił w coraz to innych formach muzyki religijnej?

Propozycje z zewnątrz. Ksiądz Zdzisław Osowski organizujący festiwal gospel w Osieku zaprasza mnie nań co roku. To sprawia, że za każdym razem muszę poszukiwać nowych pomysłów. Zaprasza mnie Włodzimierz Korcz, Stanisław Fiałkowski, Janusz Kohut… Kiedyś zaś zostałem poproszony, aby zaśpiewać „Ave Maria” Schuberta z polskim tekstem ks. Twardowskiego. Wykonałem to nie tylko na koncercie do aranżacji Stanisława Fiałkowskiego, ale i na ślubach w Kaliszu czy Warszawie. Wzruszenie, jakim zareagowali uczestnicy ceremonii na tę znaną pieśń ze względu na po raz pierwszy zrozumiałe dla nich słowa sprawiło, że włączyłem tę kompozycję na stałe do swego repertuaru.

Czy mierzenie się z oczekiwaniami innych kompozytorów jest pasjonujące?

Oczywiście. To wielka przygoda. Wychodząc od jazzowej bazy, staram się otwierać na inne gatunki muzyczne. Taki kontakt ze słuchaczami ponad jednym i konkretnym stylem daje ogromną radość. I automatycznie pojawia się wtedy odpowiedź na pytanie: „Dlaczego śpiewam?”. Nie tylko dlatego, że to lubię, ale także dlatego, że śpiewanie staje się zadaniem wyznaczonym przez Tego, który obdarzył nas talentem – wyzwaniem czy wręcz obowiązkiem do spełnienia.

Czy sądzi Pan, że pieśń może być narzędziem ewangelizacji?

Sądzę, że tak. Poprzez muzykę dochodzi się do przesłania, a poprzez tekst do muzyki i indywidualnego traktowania słowa Bożego i materii muzycznej. W „Dzienniczku” siostry Faustyny znajdują się słowa, w których Jezus mówi: „Nie zapomnę o tych, którzy głoszą moje miłosierdzie”. A przecież wiadomo, że mogą to robić nie tylko duchowni, ale też osoby świeckie, w tym – artyści. Pan Jezus dał nam inspirację w postaci wielkiej tajemnicy istnienia człowieka, ale i dał nam piękne rozwiązanie w postaci obietnicy zbawienia.