
Zaryzykowaliśmy. Dorota przyszła na spotkanie modlitewne wspólnoty z małymi dziećmi. Chciała zostać tylko na różaniec. Marta nie przeszkadzała – klęczała z różańcem w ręku i tylko co kilkadziesiąt sekund upewniała się półgłosem czy ściska właściwy paciorek. Gorzej było z Łukaszem. W ciszy między „Zdrowaśkami” słychać było jego znudzony głos: No kiedy wreszcie pójdziemy do domu??? Śmiejący się ludzie dyskretnie zakrywali twarze w dłoniach.
MARCIN JAKIMOWICZ
Łukasz wiercił się, łaził po salce. Dorota nie potrafiła się skupić, miała ochotę wyjść z salki i trzasnąć drzwiami. Wydawało się jej, że wszyscy skupieni są na dzieciach które potwornie przeszkadzają i rozpraszają modlących się ludzi.
Gdy wyszła po różańcu okazało się, że dzieci nikomu nie przeszkadzały. Ba, wiele osób poruszonych było ich szczerością i bezbronnością. Aż dwie osoby wypowiedziały proroctwa – obrazy: dzieci wyglądały w nich jak mali aniołowie uzbrojeni w tarcze i miecze i przeganiały z naszej salki demony. Salka była oczyszczona.
To ciekawe: osoby z zewnątrz widziały w ich obecności ogromną łaskę, a ich mama – siedząca w oku cyklonu – skupiła się jedynie na wybrykach i wychodziła z salki rozbita…
Wczoraj odwiedziliśmy dominikanki w Świętej Annie. Mniszki już od 800 lat modłą się za grubymi kratami klasztoru. Na zakończenie spotkania siostra Józefa zaczęła opowiadać nam rzeczy, które kompletnie nas zaskoczyły. – Byłam dwa razy na spotkaniu waszej wspólnoty, odmawiałam z wami różaniec i naprawdę czułam, że jest to grupa bardzo miła Panu Bogu. Maryja była dosłownie na wyciągnięcie ręki, miałam wrażenie, że otworzę oczy i ją zobaczę. Ta wasza malutka, słaba grupka jest bardzo ukochana przez samego Boga.
Zatkało nas. Siostra zapewniła, że w każdą niedzielę łączy się z nami w modlitwie. I znowu podobna sytuacja, jak z dzieciakami na różańcu. Jesteśmy skupieni na naszej bylejakości, słabości, kruchości i nie dostrzegamy tego, że niebo jest na wyciągnięcie ręki. Na różańcu dyskretnie ziewamy, a ludzie z zewnątrz czują się jak w przedsionku nieba.
Siedząc w oku cyklonu nie zauważamy łaski. Cudze chwalimy, nie rozpoznajemy swojego. Jak Dorota, skupiona na szalejących dzieciach nie widziała że ich bezbronność i szczerość dosłownie egzorcyzmowała spotkanie.
Pamiętam rozmowę z dominikaninem o. Mirosławem Pilśniakiem. Opowiadałem mu: Rok temu byłem u dominikanek na Świętej Annie. Mniszki łączyło jedno: błysk w oku. Czuło się, że są szczęśliwe. Dosłownie zarażały radością.
A on odparował: – Przychodzimy do tych klasztorów i spotkamy olbrzymi wewnętrzny pokój – odpowiadał – Mówimy: też tak chcemy! Zazdrościmy im. Paradoks polega na tym, że „od wewnątrz” siostry mają poczucie cierpienia, nocy, próby, pustyni. Rzadko przeżywają uniesienia. A ludzie wyjeżdżają od nich przemienieni. Myślę, że to, co widzimy z zewnątrz jest większą prawdą niż to, co one same o sobie myślą. Bo one dostrzegają tylko część świata, w którym się poruszają, przede wszystkim cierpienie, a ludzie widzą pokój wewnętrzny, radość.
