Druga po Bogu

fot. www.violabrzezinska.pl

Miałem zapytać Violę o jej nową płytę, ale jak się spotyka kobieta z mężczyzną i jeszcze sobie chaotycznie porozmawiają… Zeszło na tematy damsko-męskie, trochę o wartościach, zresztą – posłuchajcie (poczytajcie)…

Z VIOLĄ BRZEZIŃSKĄ rozmawia MICHAŁ BUCZKOWSKI

 

 



 

 

 

Wiele lat czekaliśmy na Twój solowy projekt. Czy teraz dojrzałaś do nagrania swojej płyty?

Czy ja wiem… Wcześniej nie miałam takiej potrzeby, by zrobić coś swojego. Wiedziałam, że kiedyś na pewno, ale nie powiedziałam sobie, że oto teraz, kiedy na przykład zamyka się rozdział z New Day, to ja robię swój solowy projekt. To się samoistnie potoczyło. Kolega z zespołu, Bartek, przedstawił mi swoich kumpli – muzyków z Torunia i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Pewnie też dojrzałam do robienia czegoś na własny rachunek, różne sytuacje się na to złożyły. Dużą satysfakcję sprawiało mi wcześniej śpiewanie gościnne tu i tam, zresztą nadal to robię… Lubię się rozwijać, nie lubię się zamykać w jednym gatunku, śpiewam różne rzeczy. To, co usłyszycie na mojej płycie – jest mi jednak najbliższe.

Jaki jest Twój wkład w płytę?

Jestem autorką większości numerów – tekstów i muzyki, choć muzyki współautorką. Chłopaki przynoszą muzykę i od razu, jak mi się spodobają jakieś dźwięki, piękne akordy, harmonia czy aranż – rodzi się melodia. Jestem melodykiem. A teksty są też kolegów z zespołu. Jedną piosenkę napisali dla mnie Joachim i Beata Menclowie już dawno temu. Ta piosenka przez wiele lat leżała w szufladzie i w końcu ujrzy światło dzienne. Nosi tytuł „Pocałuj mnie”.

Jak się śpiewa własne teksty? Dotąd tego nie robiłaś.

To prawda, raczej nie miałam takiej okazji. Napisałam jedną piosenkę do soundtracku filmowego, swoją. Jak się śpiewa? Dużo lepiej, chyba, że ktoś ma podobną do mojej wrażliwość. Nie mam jakichś potrzeb megaekshibicjionizmu, nie wywlekam moich spraw najgłębszych, bo uważam, że to jest moje i nie wszyscy muszą wszystko wiedzieć. Piszę o tym, co było lub jest moim udziałem. Te teksty powstawały w pociągu, samochodzie, w ciszy domowej…

Kiedyś zdarzało Ci się śpiewać teksty nie najlepsze literacko…

Dziś też myślę, że były kiepskie. Wtedy mi się podobały, śpiewałam je z pełnym zaangażowaniem i dlatego nie wyrzuca mi tego sumienie, dziś mój gust się zmienił, ewoluował.

A kto wpływał na Twój gust? Kto jest dla Ciebie idolem, autorytetem?

Uważam, że jeśli ludzie stawiają na świeczniku człowieka, a nastolatkowie naśladują idoli, którzy niewiele mają do powiedzenia i żyją w sposób niezasługujący na uznanie czy naśladowanie, to jest niepokojące. Poza tym myślę sobie, że każdy jest zawodny i nie ma co się podpierać jakimiś autorytetami w cudzysłowie, a tym bardziej z „szołbiznesu”. Dla mnie autorytetem może być ktoś, kto moralnie jest OK. Jeśli w jego życiu widać realnie to, o czym mówi. Dla mnie takim kimś był Jan Paweł II i niektórzy święci. Jakieś „gwiazdy”?! – nie, nie, nie!…

Jan Paweł II? Tak teraz wszyscy mówią.

W moim przypadku nie jest to jakiś zasłyszany slogan. Miałam szczęście, przez trzy lata, studiować teologię duchowości, a potem nauki o rodzinie i czytałam mnóstwo jego dzieł, listów, adhortacji. I po prostu wiem, że to był człowiek, który kochał młodych ludzi, wiedział jak do nich dotrzeć, kochał sztukę. Kochał muzykę (tak na marginesie – miał dobry głos, taką impostację aktorską). Napisał list do artystów i cenię go za tę niesamowitą wszechstronność – talentów i wiedzy, i mądrości życiowej – tej wlanej, nadprzyrodzonej – wierzę w to głęboko. Za tym idzie przykład życia, świętości. I to, że był seksuologiem, o czym niewielu ludzi wie. Potrafił mówić na temat relacji damsko-męskich, a tego nauczania mi w Kościele bardzo brakuje. Mało się o tym mówi, a trzeba o tym mówić.

Księża mają mówić o seksie??

Nie tylko o seksie, ale o małżeństwie w ogóle, razem z małżeństwami. Niewątpliwie Jan Paweł II był prekursorem w tej dziedzinie…

Mamy wymagać od księży, ale jak? Tłumaczyć co chcemy usłyszeć na kazaniu?

Tak mi się wydaje. Kto ma im to powiedzieć? Jak mi się podoba jakaś homilia, to jestem w stanie pójść i podziękować za nią; jak mi się nie podoba, to różnie bywa, czasem mówię, czasem milczę. Spotkałam takiego księdza, który był dla mnie wzorem kapłana. Powiedział na początku: jak zobaczysz, że u mnie w życiu coś nie idzie w parze z Ewangelią, coś ci się nie spodoba w moim nauczaniu – to mi to powiedz. Takiej pokory, życzę wielu księżom i nam samym.

A kiedy się zamykają na nasze oczekiwania?

Nie wiem, nie jestem autorytetem, ale na pewno – zawsze – warto się za nich modlić.

Czym jest wiara dla Ciebie w tej chwili? Czujesz się odpowiedzialna za ewangelizację?

Odpowiedzialna za ewangelizację? Nie, ale uważam, że to duża odpowiedzialność mówić ze sceny o Panu Bogu. Chcę żyć w zgodzie z tym w co wierzę. Z zespołów, w których śpiewałam, tylko Saruel był zespołem ewangelizacyjnym. Moja muzyka z założenia nie będzie ewangelizacyjna. Jestem chrześcijanką i to słychać w tekstach. Jak ktoś jest bystry, to zrozumie. I myślę, że do takich słuchaczy trafi ta muzyka! Obserwuję, że dziś do ludzi nic tak nie przemawia jak piękne, głębokie życie. Wokół mamy dużo bezsensownej paplaniny, a jedynie przykłady pociągają…

A jaki jest Twój przykład? Jaka była Brzezińska przed, a jaka jest po nawróceniu?

Uuuu, to są dwie Brzezińskie.

Na zdjęciach wielkiej różnicy nie widać.

Pozory mylą. W moim przypadku to była rewolucja. Mentalna i w zachowaniu. Łapię się czasami na tym, że jak mówię świadectwo, to mam wrażenie, jakbym mówiła o innej osobie. W moim przypadku nawrócenie to przemiana serca, stylu życia, myślenia. Czyli nic nowego. Nie wierzę w takie nagłe, jednorazowe nawrócenia. Przychodzisz na koncert i za tym idzie zmiana w życiu? To są jakieś szczególne przypadki, ewenementy. Staram się pogłębiać swą duchowość, jeżdżę na rekolekcje i formuję się, i zwyczajnie zobaczyłam jedną prawidłowość, że na koncerty tzw. ewangelizacyjne przychodzą najczęściej ludzie zewangelizowani. I stwierdziłam, że to jakiś paradoks. Tworzy się getto. Grają chrześcijanie, przychodzą chrześcijanie. To dla kogo mamy grać? Kogo mamy ewangelizować?

Chrześcijanie nie mogą grać dla chrześcijan?

Jasne, że mogą, ale to nie ewangelizacja. Poza tym muzyka tzw. chrześcijańska dla mnie nie istnieje. Jest po prostu muzyka tworzona przez ludzi, którzy wierzą, że ich talenty są darem od Pana Boga. Zupełnie inną sprawą jest to, czy będzie ona spełniała później funkcję ewangelizacyjną czy nie.

Więc jaka jest rola muzyka, który w dodatku nie mówi o sobie „ewangelizator”?

A jaka jest rola ślusarza? Muzyk to taki sam zawód jak każdy inny. Chcę jak najlepiej wykonywać swój zawód, rozwijać się. Co do ewangelizowania… Jakiś czas temu graliśmy parę koncertów na Śląsku, miejskie festyny. Wychodzę na scenę, a za mną reklama piwa, duża reklama sponsora. Totalnie świecka impreza, piwo się leje. W ogóle zastanawiałam się, czy wyjść na scenę. To jest dopiero ewangelizacja, orka na ugorze. Walczyłam ze sobą, żeby tam wejść. I weszłam…

Dlaczego tak bardzo przeszkadza Ci reklama piwa?

Nie przepadam za alkoholem. Nie lubię też śpiewać dla podchmielonych panów. Miałam duży dyskomfort. Niektórym to nie przeszkadza. Ale jestem otwarta, nie czuję się misjonarką, po prostu wykonuję swój zawód. Wybrałam taką, a nie inną drogę. Wybrałam ją zwyczajnie, również z egoizmu – bo mi tamten świat nie odpowiadał. Po prostu pojechałam do Međugorje z gorącą intencją. Pan Bóg na tę moją modlitwę odpowiedział, to znaczy, że sam tego chce. I to jest dla mnie najważniejsze. Nie mówiłam sobie: „o teraz będę ewangelizować”. Nie chciałam śpiewać o pierdołach. A jeśli przy okazji ktoś stwierdzi, że mu się spodoba to, co mówię – to cudownie.

Međugorje, odpowiedzi od Boga – to nie jest po prostu psychologia? Modlitwa jako introspekcja…

Nie, to nie jest żadna introspekcja, to jest nadprzyrodzone. Na modlitwie przychodzi też uzdrowienie, co jest bliskie psychologii, ale nią nie jest. W każdym z nas są rany. Wyniesione z domu na przykład, które mogą przeszkadzać w spotkaniu z Nim czy w spotkaniu z innym człowiekiem. Bez Niego nie byłabym tym kim jestem. Strach pomyśleć kim bym była.

Bóg – śpiewasz, że jest na pierwszym miejscu. Co znaczy „Druga po Bogu”?

O to należałoby zapytać gitarzystę, Michała Maliszewskiego. On napisał tekst i muzykę. Z tego co wiem (bo Michał często o tym mówi), to tekst bardzo aktualny dziś dla kobiet. Każda z nas chciałaby być najważniejsza w życiu swego męża, druga po Bogu.

Nie masz męża. Dlaczego śpiewasz o małżeństwie?

Dlaczego ksiądz podejmuje się nauczać o małżeństwie? Tak też można by spytać. Wiem, że małżeństwo jest moim powołaniem i wiem, czego pragnę. Nie chciałbym być dla mojego męża gdzieś daleko.

Artyści są z reguły dużo poza domem…

Artyści są poza domem głównie w weekendy. Tak się mówi, że muzyka nigdy nie ma w domu. Mam kolegów, którzy są informatykami i wyjeżdżają w delegacje na miesiące. Artysta pełni rolę służebną.

Artysta pełni funkcję służebną? Chyba czeka na brawa?

To zależy od artysty. Myślę, że artysta prze duże A zna swą wartość i nie ma rozdmuchanego ego, i przede wszystkim wie, że talent ma od Boga. Jeśli tak ma poukładane, to choćby ludzie na widowni piali przez godzinę z zachwytu po koncercie, to raczej nie grozi mu życie w permanentnym samozachwycie. Jeśli natomiast nie wie kim jest, wychodzi na scenę, żeby ciągle sobie i innym coś udowodnić – dużo łatwiej wpaść w taką pułapkę.

A ludzie rzeczywiście pieją z zachwytu… Od czego zależy udany koncert?

Od wielu czynników. Ważne kto przyjdzie na koncert, ale też ludzie, którzy występują – muszą się przyjaźnić, muszą się znać. Ja z chłopakami ode mnie z zespołu – zwyczajnie – lubię spędzać czas.

Mnie się pytania skończyły, dzięki za rozmowę.

Dzięki. Nie sądzisz, że strasznie chaotycznie pogadaliśmy?