Dementi tour – impresje z Krakowa

 

fot. Weronika Gurdek

To nie recenzje koncertu, a impresje, wrażenia, odczucia… Może braknie tu konkretów, może nie dowiecie się, jaki naprawdę jest najnowszy materiał Tymoteusza. Percepcja muzyki jest czysto indywidualna, zależna od naszego doświadczenia, usposobienia, nastroju. Jest czysto subiektywna. I takie też są te refleksje. Z założenia.

 

 

 

 

Pamiętam przede wszystkim znakomite nagłośnienie. W każdym miejscu sali ten sam poziom dźwięku. Czułem, że nie słucham koncertu, ale płyty. Trochę może szkoda, że to nie było w kościele – zajętemu wieloma rzeczami, nie starczyło mi uwagi, żeby się wsłuchać. Sam budynek kościoła nastawia na skupienie. Niech żyje 2 Tm 2,3 w wersji akustycznej! I elektrycznej też. (MB)

Bóg przychodzi w samotności. I w ciszy. Muzyka „dementi” nie dementuje tego. Utrwala. Paradoks? – setki ludzi wokoło, mnóstwo dźwięków (na scenie kilkunastu muzyków i idealne nagłośnienie), gdzie tu cisza i samotność? „Cisza jest głosów zbieraniem” pisze Norwid. Koncert mnie oczarował. Przeżyłam go inaczej niż dotychczas. Spokój, smutek i skupienie. Ale i nadzieja. Bóg przychodzi w samotności. I w ciszy. (KC)

Po koncercie w Krakowie zapraszałam znajomych na następny, w Tarnobrzegu. Pisałam im, że niesamowita sekcja skrzypiec, że splatają ce się z ich grą cudne wokalizy i hebrajskie zaśpiewy Angeliki Górny, że muzyka jak z lasu elfów, że, ogólnie mówiąc, poezja. Przyszli, także moja mama, pomimo narzekań brata, że to przecież taka ostra kapela, że tam tylko młodzi i będzie wstyd. Okazało się, że nie tylko młodzi. Słuchaczy dzielił nie tylko wiek, ale i przekonania: antyklerykalna śmietanka muzyków siarkowego grodu siedziała obok młodych z Oazy. Dobra muzyka dla każdego, Dobra Nowina dla każdego, a dla mnie piękno, które daje nadzieję, piękno, które przybliża do miłości Boga. (UJ)

Ciemno się zrobiło, cicho jakoś, pomimo tego, że za moimi plecami prawie tysiąc ludzi. Światło, skrzypce. Start! Niezaprzeczalnie każdy wyczekiwał czegoś wielkiego, szokującego, a nadto ujmującego, a ja chciałam po prostu usłyszeć… Gitary, skrzypce, śpiew. Tak, w istocie to nic odkrywczego: utwory z nowej płyty przeplatane dobrze już znanymi moim uszom. Widziałam kilka uśmiechów, a wyrazy zamyślenia też się pojawiły (więcej nie dostrzegłam, bo ciemno było!) Właśnie tak, jak zabrzmiało zdanie: „każda rzecz ma swój czas”, tak i to wydarzenie znalazło się w odpowiedniej chwili pod niebem. Pomimo marności spraw przemijających została refleksja. Po prostu „dementi”. (AM)

Czasem świetnie wykonany koncert jest większym świadectwem niż „ewangelizacyjne” frazesy. Nawet głębia samej muzyki, bez słów, pokazuje pewne przemiany w życiu muzyków i jest wyrazem ich wiary – czystym i bezpretensjonalnym. Jak mówi tekst z Koheleta, którym zaczynał się koncert – „każda rzecz ma swój czas”. W momencie, gdy granie w typowo uwielbieniowo-ewangelizacyjnej stylistyce weszło już w konwencje kultury i języka (nie jest już aktem odwagi, ma swój rynek i większość ludzi ani ziębi, ani parzy), Tymek dowartościowuje duchową głębię muzyki i wymownego milczenia (dopiero po wyjściu zespołu na bis Tomasz Budzyński zwraca się do publiczności). Zespół prowokuje, daje kopa konwencji i być może trafia ze Słowem na nowe tereny, do ludzi, których prawdopodobnie w ogóle nie przekonałoby typowe „głoszenie” i „mówienie świadectw” – przeszliby obok tego obojętnie albo zrazili się nachalnością i moralizatorstwem. Myślę, że „duch mocy i miłości” wyraża się tu w jakościowych i życiowych konkretach, a nie w czczej gadaninie. (NP)

Zamiast słów – obraz. Posłuchaj „dementi” i popatrz na „dementi”. „Daj mi, daj mi poznać drogę, którą mam kroczyć” (Ps 143,8)… Idź drogą z ciemności do Światła… (WG)

 

Galeria (fot. Weronika Gurdek):