
Aby muzyka miała głębię, muszą grać ją ludzie wrażliwi, którzy coś czują, którzy chcą coś przekazać i mają na tyle opanowany warsztat, by wiarygodnie cokolwiek słuchaczowi podarować. My chcemy grać muzykę, w której te dwie płaszczyzny występują obok siebie.
Z zespołem jazzowym The Conception rozmawia o. Andrzej Bujnowski OP
Wasi koledzy zarabiają pieniądze, sprzedając piwo w pubach gdzieś w Dublinie, a wy wybraliście jazz. To dziś takie romantyczne zajęcie…
Mikołaj Budniak: Wywodzimy się z różnych środowisk i każdy z nas kiedyś słuchał różnej muzyki. Chodziliśmy do szkół muzycznych i naszym sercom bliska jest muzyka klasyczna, ale nadszedł taki moment, kiedy zaczęliśmy szukać czegoś innego. Droga do jazzu na pewno długo w nas dojrzewała. Dlaczego jazz? Bo jest to muzyka, która w moim odczuciu, ma wiele wspólnego z modlitwą spontaniczną. Wielkość jazzu polega na niepowtarzalności, improwizacji, spontaniczności. Liczy się ta chwila. Wszyscy jesteśmy chrześcijanami i ważna jest dla nas więź z Bogiem. Nasza muzyka pozwala nam w jakiś szczególny sposób dotykać Go tu i teraz. Ona odzwierciedla to, co dzieje się w naszych sercach i to chcemy Bogu przedstawić.
Bartek Pernal: Jazz jest sztuką. Pisanie i granie muzyki jazzowej to jest akt twórczy. Każdy z nas odkrywając swoje powołanie, natknął się jakoś na to, że chciałby być artystą. Każdy z nas grając jazz, spełnia się jako muzyk i jako człowiek.
Kto w jazzie Was szczególnie inspiruje?
Bartek: Coltrane, to wielki wzorzec. Na pewno z jego muzyki, z jego kwartetu wypływa bardzo dużo wartości i elementów, które my w swoim graniu staramy się przyswajać. Jeśli chodzi o muzyczne wzorce, to ogólnie można powiedzieć – „mainstream jazz”. Imponują nam tacy artyści jak Miles Davis, Billy Harper, czy kwartet Branforda Marsalisa. Inspirują nas też nagrania tworzone dla wytwórni ECM. To są dla nas bardzo ważne wzorce, ale nie chcemy się zamykać i inspiruje nas wiele różnych, nie tylko jazzowych nurtów. Chcielibyśmy, żeby w muzyce zespołu The Conception odbijały się nasze fascynacje twórczością wielkich artystów.
Mikołaj: Andrzej Cudzich był wielkim człowiekiem i wielkim artystą. Pionier w dziedzinie muzyki chrześcijańskiej w naszym kraju, był wybitnym kontrabasistą jazzowym. Trudno wypowiedzieć słowami, ile zrobił dla muzyki jazzowej i chrześcijańskiej w Polsce. Dla nas jest wzorem – muzyk jazzowy, który poprzez swoją twórczość składał świadectwo wiary. Jesteśmy wdzięczni Bogu, że taka sylwetka pojawiła się w Polsce i wyznaczyła pewien kierunek. Trzeba powiedzieć, że to ma bardzo duże znaczenie, bo tak naprawdę – my dzięki temu jesteśmy. Wierzymy, że wstawia się dziś za nami w niebie. To co możemy zrobić, to dziękować Bogu.
Od kiedy gracie? Jak powstał ten zespół?
Mariusz Smoliński: Zespół powstał dwa lata temu, podczas naszych trzyletnich studiów na Uniwersytecie Zielonogórskim. Tam się spotkaliśmy, tam graliśmy wspólnie w big bandzie i tam też narodził się pomysł, aby pograć w troszkę mniejszym składzie – na przykład w kwintecie. Wcześniej graliśmy w różnych zespołach, spotykaliśmy się na różnych warsztatach jazzowych. Niektórzy z nas znają się nawet od siedmiu, ośmiu lat. Wywodzimy się z gorzowsko-zielonogórskiego środowiska jazzowego. Teraz kilku z nas zapuszcza korzenie we Wrocławiu, staramy się grać z tutejszymi muzykami.
Mikołaj: Czterej z nas: Mariusz, Bartek, ja i Michał spotkaliśmy się wcześniej w zespole ewangelizacyjnym. Tam graliśmy inną muzykę – soul, trochę pop-rock, ale wszystko w klimacie chrześcijańskim, zadaniem było głoszenie Chrystusa, Jego Królestwa. W tym zespole razem tworzyliśmy przez około dwa lata. Zespół nazywał się The Fruit of The Light. Właśnie tam relacje między nami się zacieśniły. W trakcie działań w tej grupie podjęliśmy studia na Uniwersytecie Zielonogórskim. Tam zaczęła się zawężać nasza droga i profil muzyczny.
Wasz związek ze wspólnotą ewangelizacyjną wiele wyjaśnia… W zespołach ewangelizacyjnych zwykle jest jakaś wokalistka, która śpiewa o Bogu. Czy można o Nim opowiadać nie używając słów, samą muzyką?
Bartek: Moim zdaniem, muzyka, jaką jest jazz, ma dwie płaszczyzny. Jedną jest sfera czysto muzyczna, czyli dźwięki, akordy, indywidualne brzmienie każdego muzyka. Drugą płaszczyzną jest sfera duchowa, która nadaje tej pierwszej głębię. Uważam, że skupianie swojej uwagi tylko na dźwiękach, czyli granie jazzu, gdzie nie ma tej duchowej głębi, spłyca jego wartość – muzyka wtedy nie ma tajemnicy, przekaz jest uboższy. Aby muzyka miała głębię, muszą grać ją ludzie wrażliwi, którzy coś czują, którzy chcą coś przekazać i mają na tyle opanowany warsztat, by wiarygodnie cokolwiek słuchaczowi podarować. My chcemy grać muzykę, w której te dwie płaszczyzny występują obok siebie. Myślę, że każdy z nas wierzy, że grając to, co gramy, wykonując nasze kompozycje, jesteśmy w stanie coś odbiorcy zaproponować, oprócz tylko kilku ładnych melodii.
Mikołaj: Niektórzy mogą mówić, że jazz nie nadaje się do tego, by nieść wartości chrześcijańskie, często uważa się tę muzykę za „profanum” – z powodu jej pochodzenia. Wywodzi się ona przecież m.in. z różnego rodzaju klubów, które często nie mogły się poszczycić najlepszą opinią. Wszystko dokonuje się jednak w naszych duszach. Jeśli motywacją jest to, że chcemy grać na chwałę Pana Boga, nasza muzyka staje się naprawdę modlitwą. Nieraz tego doświadczamy, czujemy wspólnotę modlitewną w trakcie grania, wiemy, że my teraz się modlimy i to jest namacalne.
No tak, ale moglibyście być na przykład buddystami. Wasze granie traktowalibyście pewnie podobnie, w duchu modlilibyście się jednak mantrami… Czy jest możliwe, by słuchacz odbierał jednoznacznie Wasze określone religijne intencje?
Mikołaj: Myślę, że podając tytuł, dajemy słuchaczowi pewien klucz, a cała reszta jest opowieścią na ten temat. Dla jednych ten klucz może być niejasny, ale jeśli zapamiętają tytuł płyty, może zechcą zbadać sprawę… i w końcu odkryją, że my chcemy im powiedzieć o Panu Bogu. Jest to proces. My po prostu siejemy ziarno. W klubach jest też druga grupa odbiorców, którzy bardzo dobrze wiedzą, jaką mamy motywację, oni przeżywają koncerty inaczej – głębiej. Często zdarza się nam też grać w kościołach i tam wszystko jest zupełnie jasne. Stoimy na ziemi świętej i tymi dźwiękami uwielbiamy Boga.
Nie myśleliście nigdy o wokaliście, który śpiewałby wprost – albo nie – o Bogu? Czy od Waszych początków skupiacie się na „czystej formie”, jaką jest muzyka bez słów?
Bartek: Tak, to jest chyba sprawą składu… Bo jest jeszcze jedno, o czym warto powiedzieć. Nie spotkaliśmy się tylko i wyłącznie na gruncie muzyki, choć to ważne, oczywiście. Warto wyłapać jeszcze coś – więź między nami. Dzisiaj są zespoły, takie składy, w których nieustannie zmieniają się muzycy – chodzi o zagranie koncertu, zarobienie kilku groszy i cześć! My ze sobą chcemy razem grać, chcemy ze sobą razem pracować. To jest dla nas bardzo ważne, żeby RAZEM tworzyć muzykę. Kwestia składu nie jest przypadkiem – my po prostu trafiliśmy na siebie i takie instrumentarium, jakie mamy, to przejaw nie tylko muzycznych zainteresowań, ale też relacji między nami. Nie chcielibyśmy na stałe pracować z kimś, kto śpiewa, z wokalistą czy wokalistką – to na pewno zmieniłoby oblicze i brzmienie naszej muzyki. Chcemy, żeby ono się rozwijało, ale raczej nie w tę stronę, że przyjdzie ktoś z zewnątrz i po prostu zaśpiewa z nami.
Gdzie można was usłyszeć? Chyba nie w wielu kościołach, bo o ile wiem, księża raczej nie słuchają jazzu…
Mariusz: Zdarza nam się grać w kościołach. Mamy zaprzyjaźnionego księdza Pawła Prüffera z Zielonej Góry, który już kilkakrotnie zapraszał nas do siebie. Organizował nam koncerty ze dwa razy również ksiądz Marek Kozłowski z Nowej Soli… Graliśmy koncert promujący nasz krążek w Poznaniu, w Łodzi, w Piotrkowie Trybunalskim, w Zielonej Górze, i tu, we Wrocławiu. Zdarzyło nam się zagrać kilka koncertów w Zakopanem. Były to koncerty w składzie kwintetowym, w jakim nagraliśmy płytę, jak również koncerty z zaproszonymi gośćmi – grał z nami Piotr Baron, Piotr Wojtasik czy Maciej Sikała. Przyjęli zaproszenia i zagrali z nami kilka koncertów w Polsce.
Oooo! Miło słyszeć, że grali z Wami… Ale podobnych ludzi nie ma chyba w Waszym kręgu wielu?
Bartek: W ogóle środowisko jazzowe w Polsce jest małe. Na warsztatach czy konkursach spotykamy ciągle te same osoby. W Polsce są tylko trzy uczelnie wyższe, gdzie można uczyć się jazzu. Limit miejsc jest na nich bardzo ograniczony i młodych grających muzykę jazzową nie jest zbyt dużo. Zawężając to środowisko do osób wierzących i tych, którzy swoje religijne przesłanie w miarę czytelnie definiują, obawiam się, że w skali kraju jest ich garstka. Ale cieszymy się, że na nasze zaproszenie tak optymistycznie reagują na przykład ci wymienieni wspaniali polscy jazzmani. Myślę, że mogę zaryzykować stwierdzenie, że w jakimś sensie identyfikują się z przesłaniem tej muzyki, skoro z nami grają.
Też tak sądzę. Mam tu przed sobą Waszą debiutancką płytę. Powiedzcie, jak ona powstawała i czy od początku była w zamyśle – religijna?
Mikołaj: Koncepcja płyty rodziła się w sposób naturalny. Z rozmysłem wybieraliśmy utwory, tak by stanowiły całość. Niektóre z nich mają jasne i klarowne tytuły nawiązujące do treści religijnych. Kiedy już zebraliśmy i nagraliśmy ten materiał, nie musieliśmy się długo zastanawiać nad tytułem, bo jednomyślnie przyjęliśmy, że płyta będzie zatytułowana „Pascha” – właśnie od jednej kompozycji. Wszyscy w grupie próbujemy modlić się tą muzyką. Ta płyta jest naszym świadectwem. Już sama okładka ma wprowadzać w tę przedziwną przestrzeń wiary – tytuł oraz naszkicowany most symbolizujący krzyż Chrystusa, który łączy nas z Bogiem. Każdy, kto chce, może dziś za pośrednictwem Jezusa przyjść do Boga.
Bartek: W 2005 wygraliśmy sesję nagraniową, był to dla nas poważny bodziec. Zaczęliśmy myśleć o naszej pierwszej płycie. Mieliśmy już wcześniej swoje kompozycje, które graliśmy na koncertach, z czasem przybywało nowych utworów, było wiele prób i te utwory nabierały konkretnego kształtu. Praca w studio to dla nas nowe, wielkie i emocjonujące doświadczenie. Nikt z nas nie nagrywał wcześniej muzyki w tak profesjonalnych warunkach. Studio Radia Gdańsk ma opinię bardzo dobrego. Materiał wydaliśmy sami, własnym sumptem, dzięki wsparciu różnych osób i instytucji. Cieszymy się tym, że może ona dzisiaj trafiać do rąk ludzi, którzy przychodzą do nas po koncertach i mówią, że nasza muzyka się podoba i chcieliby mieć ją w domu.
Jak polecilibyście tę płytę naszym Czytelnikom?
Bartek: Na pewno warto przyjść na nasz koncert, bo on pokazuje, co gramy i jaka jest muzyka na krążku. A co można powiedzieć o płycie? No, kurczę… Ciężko nam – jako muzykom, którzy na niej grają – reklamować ją i mówić o niej w superlatywach. Ktoś z zewnątrz oceniłby to bardziej obiektywnie. Na pewno jest to płyta dla osób, które lubią muzykę jazzową, w której nie ma elektroniki, tylko po prostu jest „jazz środka” – mainstream.
Ja tej płyty słucham od trzech tygodni i trudno mi się z nią rozstać, więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć – warto ją mieć i polubić!
Zespół wydał w 2007 roku płytę „Pascha” zrealizowaną w Studiu Radia Gdańsk. Utwory nagrywane były we wrześniu 2006 roku podczas dwudniowej sesji. Wydane własnym kosztem. Na płycie można usłyszeć 6 mainstreamowych kawałków z chrześcijańskim przesłaniem.
Przeczytaj recenzję płyty „Pascha” na RUaH.pl…


