Taki morał bez morału

A na zdjęciu ten główny bohater to jest mój dziadek. Tak! To jest artystyczne spojrzenie, prowokacja. Nie chcieliśmy robić grzecznej okładki. A dziadek, który wykonuje ćwiczenia gimnastyczne na plaży w takim wieku, ha! Jaskółki, szpagaty – jestem z niego dumny!

O „Rymach częstochowskich” z Maleo rozmawiają Weronika Gurdek i Michał Buczkowski

Baka dobry na wszystko

Weronika Gurdek: Budzy nagrał Bakę, to Maleo nie mógł być gorszy… Bo chyba nie z zazdrości wziąłeś się za Bakę?

Maleo: Jasne, że nie.. Od dawna inspirowały mnie różne teksty literackie, nie tylko Baka. Chciałem zrobić płytę, poprzez którą pokazałbym, że „Polacy nie gęsi i swój język mają”. U Budzego teksty trudno zrozumieć bez kartki. Ja starałem się, żeby wszystko było wyraźne, zrozumiałe, podane w hip-hopowej i reggae’owej oprawie. Okazało się, że te teksty są naprawdę bardzo aktualne. To jest niesamowite, że ludzie piszący trzysta, czterysta lat temu tak samo myśleli i mieli te same problemy co my. Tak naprawdę serce człowieka się nie zmienia…

Michał Buczkowski: Myśleli może tak samo, ale mówili innym językiem. Naprawdę są dla Ciebie zrozumiali?

WG: „Poćciwy wszędy, gdy swą sławę czuje / By orzeł zawżdy wzgóre przepatruje” – to nie jest takie całkiem proste. Nawet wymówić trudno. Długo się uczyłeś?

No, ale dla mnie to jest proste – o prawości, nie? No może Baka jest trochę taki…

WG: No, to akurat jest Rej, ale Baka jest jeszcze bardziej „odjechany”…

MB: „Achtele / Butele” – co to są achtele?

To już jest gra słów… Skamandryci i ci wszyscy wywrotowcy-futuryści to jest mały pikuś przy Bace. Na płycie są dwa kawałki do tekstów Baki: „Memento mori”, który śpiewa Max i Kelner oraz „Uwaga Zatrudnionym Chmielem Głowom”, który śpiewam ja. No, Baka jest zdecydowanie najbardziej „odjechany”… Pisał bardzo mocno o śmierci. Nie śpiewa się na co dzień takich tekstów. Nie usłyszysz w radiu, że śmierć jest i trzeba uważać. A do tekstu o pijaństwie dodałem swoją zwroteczkę na koniec, taką jakby podsumowującą – taki niby morał, choć niezupełnie. Taki właściwie morał bez morału…

MB: Jestem bardzo zdziwiony „Uwagą Zatrudnionym Chmielem Głowom” – dlaczego właśnie z tylu „Uwag” Bakowych – utwór, który jest o alkoholizmie?

Chciałem pokazać, że jest to problem, który mamy od pokoleń w Polsce. Sięgnąłem do źródeł i co się okazało? W Polsce sarmackiej nie można było przyjść na imprezę i się nie napić. Byli tacy kolesie, którzy dosłownie ludzi poili alkoholem! Dochodziło nawet do zgonów! Wlewano w człowieka litr alkoholu na raz, to co on mógł zrobić? Schodził z tego świata! Polska „kultura” alkoholowa ma wiele lat. Chciałem podkreślić ten problem, więc dodałem jeszcze komentarz. Oczywiście ironiczny – nasi przodkowie tworzyli tę tradycję, my ją podtrzymujemy i dlatego do dziś ma się ona świetnie.

Kto to jest Feb?

MB: Baka to facet, który wychodził na ambonę i mówił dowcipy, choć było tam oczywiście groźne ”memento mori”. Natomiast Max z Kelnerem w ogóle nie wyciągnęli zabawności tego tekstu – on jest straszny, przeraźliwy.

To już jest kwestia interpretacji. Dla mnie jest śmiesznie, kiedy Brylewski w tle komentuje tekst: „Kto to jest Feb?” albo te wtręty po rosyjsku… Ale generalnie jest to poważny tekst, trzeba by było pytać Maxa i Kelnera. Śmierć jest tematem poważnym. Świat próbuje śmierć obłaskawić albo wyśmiać i ją w ogóle odsunąć, zapomnieć. Dobrze może, że ktoś mówi o niej tak bezkompromisowo. Ludzie teraz po prostu nie zdają sobie sprawy, że jest śmierć. Myślą, że jest game-over i następne życie, następna gra i tak dalej, ciągle bonusy. A jeśli chodzi o śmieszne kawałki, to posłuchaj co zrobiły dziewczyny z Paresłów. Przełożyły na język hip-hopowy, samego Mickiewicza! Pozmieniały tekst, ale z zachowaniem sensu…

MB: Sens jest odwrócony do góry nogami! – przecież Mickiewicz się śmieje z kobiet, że one są tak straszne, że nawet diabeł z nimi nie wytrzyma.

WG: Gdzie facet nie może, tam się żoną wyręczy…

No tak: one poszły dalej, dodały swój morał o małżeństwie. Ale to jest fajne, takie świeże spojrzenie… Dla mnie niesamowitym odkryciem były „Stepy akermańskie”. Wiecie, ja generalnie nie znosiłem lektur… Nie mogłem czytać ich tak, jakbym chciał. Dla mnie to było zawsze sprzeczne: muszę, a nie chcę i jeszcze interpretacja jedynie słuszna… A „Stepy akermańskie” w interpretacji Eldo są dla mnie rewelacyjne. Pierwszy raz dostrzegłem, że to jest taki piękny tekst. Taki wzruszający… Zresztą było wiele odkryć na tej płycie. To, co Deer zrobił z Kochanowskim, to kolejna rewela.

WG: Owszem, choć nie wiedzieć czemu na płycie jest „Pieśń piętnasta, ze wsi do miasta…”, skoro jeśli już ją włączać do księgi „Pieśni” Kochanowskiego, to jako Pieśń XXV…

MB: Na okładce jest błąd w dacie dotyczący Baki, po czym w utworze jest inna data, również błędna, tu kolejna pomyłka. Dzieci w szkole będą się przez Was myliły.

Na okładce jest akurat dobrze, Pieśń XXV… Błędy się zdarzają. Jeżeli widzicie błąd, to znaczy, że poszperaliście. A to jest bardzo ważne – tymi błędami zmusiliśmy Was do pracy i aktywności. O to chodziło! (śmiech)

(fot.Radosław Kisielewski)

WG: Jaki jest Twój udział w powstawaniu tej płyty? Mówię – „Rymy…”, myślę – Maleo, ale w wielu utworach Cię w ogóle nie ma…

Ja byłem inspiratorem, pomysłodawcą. Wybierałem wykonawców. Częściowo byłem też wykonawcą, a przede wszystkim producentem. Tematy wybierał Wojtek Wencel. Zrobił spis tych, które widziałby na płycie. Było parę rzeczy spoza tego spisu, np. „Ipecacuana” Jasieńskiego. To jest rzecz, która nie pasuje do reszty, z innej epoki. Koleś – rewolucjonista, socjalista i ateista. Ale postanowiliśmy nie ograniczać się i nie robić klerykalnej płyty, tylko płytę, która będzie po prostu otwarta.

WG: Kochanowski też był przecież otwarty…

Tak, z Pieśnią XXV było trochę kontrowersji. Ludzie tamtej epoki nie do końca ją rozumieli: „Kościół Cię nie ogarnie”… Dopiero potem się okazało, że Boga nikt nie jest w stanie ogarnąć, nawet Kościół. Chyba, że nazywamy Kościołem jako Głową – Jezusa. Ale tu chodziło o Kościół, jako wiernych, wspólnotę, jak my tutaj. A wracając do samej koncepcji płyty… Chciałbym zrobić kiedyś drugą część. Na razie widzę, że odbiór jest dobry. Nawet dałem płytę dyrektorce w szkole mojego syna – chce ją zaprezentować na lekcji.

MB: A Twój syn ma teraz wyższą ocenę z języka polskiego?

Niestety pani dyrektor go nie uczy polskiego… (śmiech)

MB: Ale syn brał udział w projekcie, który go na pewno sporo nauczył. Słucha tej płyty?

Bartek? No tak. Ma 12 lat, więc jeszcze wszystkiego nie rozumie, ale myślę, że z czasem ta płyta mu pomoże w odkrywaniu literatury. Dzieci są zmuszane do czytania, bo mało kto zna klucz, którym można by trafić do młodych, pokazać, że lektury mogą być atrakcyjne. To efekt kształcenia nauczycieli bez powołania…

Nie chowam dzieci pod kloszem

MB: A Ty się nie boisz posyłać dzieci do szkoły? Tomek Budzyński chciałby swoje dzieci uczyć sam.

Słuchaj, nieeee… Dzieci chowane pod kloszem, w jakimś wyobcowaniu, alienacji – to co by z tego było? Dzieci powinny chodzić do normalnej szkoły, zobaczyć jaki jest świat. Moje córki są we wspólnotach (każda jest w swojej) i tam mają tę podbudowę duchową. Natomiast w szkołach zderzają się ze światem, który nie ma nic wspólnego z Bogiem, a często wręcz kwestionuje Boga, Jego istnienie. Ważne jest, żeby rozmawiać. Oglądałem z nimi „Kod Leonardo da Vinci”, bo uznałem, że powinny to zobaczyć razem ze mną, z komentarzem – jeśli będą miały pytania, to ja postaram się im pomóc, a nie ktoś, kto wierzy w te brednie. W ogóle we wspólnotach dzieje się coś niesamowitego… Wśród młodych ludzi z neokatechumenatu warszawskiego (i nie tylko!) stworzyło się takie środowisko, w którym oni mogą jakoś towarzysko istnieć; często się odwiedzają. To są normalni młodzi ludzie, słuchają reggae, punku albo czadu, mają pełno pokus i też robią błędy, ale mają mocne odniesienie do Boga. Wiedzą, że życie nie jest beztroskie, nie można bezkarnie grzeszyć. Mają świadomość, czym jest grzech i jakie są jego skutki. Ale wiedzą też, że są sakramenty, że mogą iść do spowiedzi, że zawsze można wrócić, bo Bóg na nich czeka – zawsze! I to jest piękne. Dla mnie jest to cud, że dziewczyny są we wspólnotach. Bartek jest jeszcze za mały, ale mam nadzieję, że też będzie miał swoją wspólnotę, jak będzie trochę większy.

WG: Wróćmy do „Rymów…”. Opowiedz o samych nagraniach – jak to wyglądało? Nie spotkaliście się wszyscy razem w jednym studiu…

Każdy działał w swoim studiu. Ja zrobiłem dla Deera i częściowo dla Maxa i Kelnera podkłady, właściwie cała aranżacja była moja: bas i bębny, bo to miało być takie surowe, nie wiem – techno-punk jakiś, coś w tym stylu, takie bardzo brudne. A reszta? Paresłów – same, Eldo – sam, Duże Pe – ze swoimi producentami, Mista Pita – o to dopiero ciekawe…

MB: Tylko, że ta piosenka przepada na tej płycie! Ona jest na tyle różna, że można jej nie dostrzec. Ludzie słyszeli całą płytę, ale jak puszczam ten kawałek, mówią: „tej piosenki nie kojarzę”.

No właśnie, to jest ciekawe, nie? Ta piosenka za pierwszym, drugim, trzecim razem nie wpada. Myślę, że jest to wykonanie bardzo wrażliwe. To wybitnie liryczny numer. Jak utwory Eldo. Słowa mogą zagrać na takiej strunie, o której w ogóle nie wiedziało się, że jest w sercu. A może przy zakochaniu odkrywa się te piosenki? Nie wiem, ale myślę, że mają swoje miejsce wśród pozostałych kompozycji.

WG: Jak dobierałeś gości na płytę?

Jest pewna grupa artystów, których trochę znam i których cenię. Ludzi, którzy nie śpiewają o pierdołach, o jakichś głupotach. Znani są z tego, że są bezkompromisowi. I taki jest skład „Rymów…”. Żałuję, że nie udało się nagrać Vienia i Pele – niestety nie mogli. Niektórzy raperzy odmówili, jak O.S.T.R. – powiedział, że prawdziwy raper nie śpiewa nie swoich tekstów. Czyli ci, którzy są na płycie są nieprawdziwi… Jego sprawa.

Hip-hop to nie muzyka do windy

WG: A skąd w ogóle Twoje zainteresowanie hip-hopem?

Pierwszy raz z rapem zetknąłem się w połowie lat 80., to był pierwszy, prawdziwy, oryginalny rap z Nowego Yorku, getto, życie ulicy. Wtedy nie było jeszcze balang w basenach, złotych łańcuchów tego całego blichtru. Natomiast w Polsce w latach dziewięćdziesiątych, szczególnie w drugiej połowie, była taka posucha w warstwie tekstowej. Muzyka rockowa już właściwie nie wnosiła nic nowego, zjadała swój własny ogon. Natomiast hip-hop był czymś świeżym. Szczególnie scena warszawska, gdzie teksty miały odniesienie do Boga, pojawiały się wątki egzystencjalne, ci hip-hopowcy szukali dobra. Właśnie tak jak Vienio i Pele, jak ostatnia Molesta, WWO, Morw.a. W wielu kwestiach jest to wartościowy przekaz dla młodych ludzi, którzy są ogłupiani przez komercyjne teksty, które kompletnie kłamią, albo są raczeni taką muzyką do windy, która wpada jednym uchem, wypada drugim.

MB: Mówisz, że śpiewali o Bogu. Ale niekoniecznie o tym „częstochowskim”. Eldo jest przecież muzułmaninem.

To jest bardzo mądry i otwarty koleś. Wiemy że mamy wspólnego Boga Ojca.O tym mówi papież w dialogu z muzułmanami – mamy jednego Boga Ojca. Nie wchodziłem na płaszczyznę głębszych różnic teologicznych. Chodzi mi o wartości. A wartości, które prezentują muzułmanie są bardzo zbliżone do wartości, które uznajemy my, jako chrześcijanie. Niezgoda na aborcję, na eutanazję itd. Także mamy w dużej części wspólny przekaz, no i nosi nas podobna muzyka.

WG: No właśnie, zmieniasz się muzycznie – pamiętam tą płytę „Za Zu Zi”. Nie tęsknisz do tych dawnych melodii? „Idąc przez dolinę łez”?

Na „Reggaemovie” jest też sporo korzennych klimatów, ale myślę, że ta płyta, którą teraz robimy z Maleo Reggae Rockers będzie płytą jeszcze bardziej korzenną. Nigdy nie robię dwóch takich samych płyt. Z tego, co widzę po nowym materiale, 90% to będą właśnie takie bardziej reggaowo-marleyowskie kawałki.

WG: A ostatni album 2 Tm 2,3 „dementi”?

Udało się zachować niezwykłą spójność przy całej różnorodności. „A głupi myśli…” to jest mega roots. „Gdy Izrael…” to natomiast jakiś nowy styl, trudno go sklasyfikować. „Nad rzekami Babilonu” ma mocno afrykański rytm, a w utworze „Każda rzecz ma swój czas” słychać wpływy żydowskie i arabskie. Bardzo jestem zadowolony z tych utworów i ogólnie z całej płyty.

MB: Tęsknisz do starych rootsowych brzmień, a do Houka tęsknisz jeszcze?

Po śmierci dwóch członków zespołu jakoś nie mam serca na razie do tego wracać. Nie wiem, może za rok, może kiedyś… Na razie nie mam nawet czasu – jest Tymoteusz, jest Izrael, no i oczywiście Maleo Reggae Rockers. Prowadzę teraz audycję w radiu BIS. I już jest bardzo ciasno z terminami, muszę często rezygnować z czegoś.

MB: Tu (na okładce „Rymów…”) jest napisane: „ZA udział wzięli”. Ile wzięliście? (śmiech)

Ale pytanie! Nie jest to płyta komercyjna, nie można tu mówić o wielkich pieniądzach. Robią to niezależni ludzie: i Fronda, i Wy, i my. Są to niezależne komórki. Z tego jesteśmy dumni.

Kochanowski wielkim poetą był!

WG: Masz ulubiony kawałek na płycie?

To się zmienia…

WG: A aktualnie?

Aktualnie to „Stepy akermańskie”.

WG: Tam jest nawiązanie do Gombrowicza nawet. Kto był dla Ciebie profesorem Pimko? Miałeś takiego polonistę?

Nie, miałem fajną polonistkę. W szkole Jurek Sosnowski (obecnie znany pisarz) zorganizował coś w rodzaju kółka dramatycznego i zaprosił mnie do udziału. Wystawialiśmy m.in. Witkacego, Gombrowicza, Mrożka… Jurek był takim spiritus movens. Otworzył moje horyzonty na literaturę dosyć taką… nieklasyczną.

MB: Czyli Tobie jednak szkoła dobrze się kojarzy…

Gdyby nie to kółko teatralne, to nie wiem czy bym tak wszedł w literaturę. Musi być jakiś bodziec, stymulator. Dla mnie była nim współpraca z Jurkiem w liceum.

MB: Ta płyta może być bodźcem dla wielu osób. Mówisz, że nie ma teledysków, nie ma koncertów w takim składzie, ale może trzeba uderzyć do szkół – rynek zbytu jest olbrzymi…

Ale właśnie ja nie chciałem robić pomocy dydaktycznej…

WG: Lepiej to tak oddolnie promować…

Wolałbym, żeby sięgali po to sami uczniowie. Chociaż jeżeli nauczyciel ciekawie prowadzi lekcje i ma dobry kontakt, to pewnie jest w stanie skutecznie tę płytę zarekomendować uczniom. Jestem ciekaw, jak to będzie.

MB: A czy któreś z kawałków trafią do repertuaru Maleo Reggae Rockers na koncerty?

Na razie chyba nie. Zobaczymy jeszcze. Myślałem ewentualnie o „Prawości”.

MB: Ale powinny trafić do dyskotek, a z dyskotek do szkół. (śmiech)

Właśnie! To byłoby dobre.

Jestem dumny z mojego dziadka!

WG: Nie daje mi spokoju okładka tej płyty, taki artystyczny collage… Kto jest autorem tej „nowej koncepcji sztuki”?

MB: Zaprojektowała ją niejaka Lea Malea?

Lea Malea to jest moja żona. A na zdjęciu ten główny bohater to jest mój dziadek.

WG: Poważnie? (z dużym niedowierzaniem)

Tak! To jest artystyczne spojrzenie, prowokacja. Ela nie chciała robić grzecznej okładki. A dziadek, który wykonuje ćwiczenia gimnastyczne na plaży w takim wieku, ha! Jaskółki, szpagaty – jestem z niego dumny!

MB: A ja byłem pewien, że to Jan Zieliński z Frondy stworzył komputerowo tę postać.

Nie, nie, właśnie nie! Wiecie, na okładkę mogliśmy dać coś zupełnie innego, taką klasykę: starodruki, jakieś stare ryciny. Ale to byłoby nudne. A już sam tytuł „Rymy częstochowskie” jest prowokacją.

WG: Ryzykowną, bo jak powiem tylko „Rymy częstochowskie” i nie dodam nic o reggae i hip-hopie, to…

Bo miało być w podtytule, że jest to hiphop-reggae, ale uznaliśmy na koniec, że jednak lepiej tak zostawić – prowokująco. Myślę, że jest OK, chociaż rymów częstochowskich jest tam niewiele jako takich.

MB: Ani jednego nie ma.

No właśnie, w sumie żadnego nie ma.

MB: Nie ma żadnej piosenki maryjnej, w ogóle nie jest częstochowsko…

No nie jest, ale mi się jakoś generalnie podoba…