Kawa na ławę

Tym, co robię, można by obdzielić kilka osób. Bycie producentem czy wydawcą płyty, to jest miesiąc wycięty z życiorysu. Po czterech miesiącach nagrywania zaczynasz nienawidzić wszystkich swoich dźwięków. W głowie jest chaos. Dlatego wtedy te inne rzeczy są świetną odskocznią.

Z Rafałem „Bonim” Boniśniakiem z New Day rozmawia Weronika Gurdek

Nie potrafię odpoczywać

Jesteś mężem, muzykiem, producentem muzycznym, podróżnikiem, także wolontariuszem Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego „Młodzi Światu”. Jak udaje Ci się to wszystko połączyć?

Jakoś się udaje… Przede wszystkim jestem mężem. I gdyby nie moja żona, Marta, to żadna z tych rzeczy, które robię, by się nie udała. Marta jest dla mnie największym natchnieniem, ale też mam w niej nieocenioną pomoc. Tym, co robię, można by obdzielić kilka osób. I mówię to z pełną świadomością. Bycie producentem czy wydawcą płyty, to jest miesiąc wycięty z życiorysu. Najpierw trzeba tę płytę nagrać, jeszcze wcześniej skomponować muzykę, napisać teksty… Potem przechodzisz z trybu muzyka na tryb producenta, zmieniasz myślenie. Po czterech miesiącach nagrywania zaczynasz nienawidzić wszystkich swoich dźwięków. W głowie jest chaos. Dlatego wtedy te inne rzeczy są świetną odskocznią. Ja jestem takim człowiekiem, który musi coś robić. Jeśli nic nie robię, to się męczę jeszcze bardziej. Może to nie jest normalne, ale nie potrafię odpoczywać. Muszę coś robić, a jeszcze najlepiej, jak to jest twórcze – stąd muzyka, zespół… A wolontariat to jest przygoda mojego życia. Co do podróży, to ostatnio myślałem, gdzie jeszcze nie byłem, z takich miejsc wymarzonych i razem z Martą postanowiliśmy, żeby kiedyś odwiedzić Chiny. Bardzo chciałbym tam kiedyś pojechać.

Na olimpiadę.

Tak, na olimpiadę z napisem na koszulce: uwolnić Tybet. Podróże zmieniają człowieka i go otwierają. Szczególnie jak się podróżuje do takich miejsc jak Afryka. Mówi się, że jak ktoś raz pojedzie do Afryki i mu się spodoba, to już zawsze tam będzie wracał. Mnie Afryka zmieniła. Poza tym podróże to są przede wszystkim ludzie, a ludzie z odległych krajów i kultur są fascynujący. Dają takiego kopa, pomysły, smak życia. Taka „przyprawa” do życia. Teraz przed nami są dwa miesiące cudownych spotkań z The Sakala Brothers, zespołem z Afryki. Czuję mrowienie w plecach, bo wiem, czym to się skończy – rozwiązywanie międzykulturowych barier, nie tylko językowych… Widzisz, wszystko to razem sprowadza się do tego, że nie jestem w życiu sam. Mam cudowną żonę, która toleruje te moje wybryki i patrzy często z przymrużeniem oka na moje szalone pomysły. Mówi: „Poczekaj, przemyśl to jeszcze…”, bo ja od razu bym wydawał trzy płyty w ciągu roku. A Marta mówi: „Poczekaj, są jeszcze rachunki do zapłacenia…”. Marta zajmuje się organizacją, pilnuje, żeby to miało ręce i nogi.

Chciałem grać jak Ian Paice!

Powiedziałeś, że po czterech miesiącach nagrywania można już znienawidzić swoją muzykę. A po piętnastu latach działalności artystycznej jesteś zadowolony ze swojej drogi muzycznej?

Bardzo często nachodzą mnie czarne myśli i zwątpienie, czy to, co robię, ma w ogóle jakikolwiek sens? Czy te dźwięki są komukolwiek potrzebne? Bardzo często mam takie myśli… Dla mnie najważniejsze jest to, że po tylu latach ja nadal mam frajdę z wydobywania dźwięków. Czy to na djembe czy na pianinie, cały czas mam frajdę. Sądzę, że na tym to polega. Mieć radość z tworzenia. Moja ewolucja muzyczna zatacza wielkie koło. Wracam do korzeni muzycznych, do tego, co kiedyś niezwykle mocno ceniłem, szanowałem. Marzyłem o tym, żeby bębny były podstawą i cały czas te bębny do mnie wracają.

Ale to są różne bębny. Zaczynałeś od rocka…

Tak, pierwsza kapela, którą się fascynowałem, to Black Sabbath.

Potem był jazz, muzyka poważna, dwie szkoły muzyczne i akademia. Jakbyś dziś określił swoje muzyczne upodobania, gatunkowe?

Myślę, że to jest wypadkowa tych wszystkich etapów… Wszystko to zostawiało we mnie jakiś ślad. Na nowej płycie dwa kawałki Adam Stanisławski, nasz klawiszowiec, określił jako rasowy rock „Kołysanka dla anioła” jest za to stricte jazzowa. Na każdym z tych etapów bardzo wiele uczyłem się o muzyce. Rock bardzo wiele mi dał, jeśli chodzi o poczucie rytmu, siły dźwięku. Jazz to podróż po harmonii, po kompozycji, po improwizacji. W New Day często to wykorzystuję w czasie grania na bębnach. Pozwalam sobie na improwizowane wycieczki w głąb rytmu… Natomiast muzyka poważna, symfoniczna to jest coś, do czego wracam, szczególnie jak kończymy nagrywać płytę. To jest taka higiena dla mojego słuchu i umysłu. Najgorsze dla muzyka i realizatora jest to, że kończy cały dzień nagrań, idzie spać i ta piosenka mu się śni. To jest największy koszmar muzyka.

I masz takie koszmary?

Mam. Budzę się rano i jestem nadal wykończony. Nie mogę niczego słuchać. Po ostatniej płycie zrobiłem sobie miesięczną kwarantannę. Od kilku dni nie słucham też niczego w samochodzie. Zaczynamy trasę i jedziemy w absolutnej ciszy, nic, nawet radia.

W „Muzyka, której słucha…” (RUaH.pl nr 38) wymieniłeś jako jedną z ważnych płyt dla Ciebie, „Made in Japan” Deep Purple. Tam jest taka potężna solówka Iana Paice’a na zestawie… Czy Ciebie, jako perkusisty, nie ciągnie do takiego grania? Czy rytm afrykański oczarował Cię już na zawsze?

Ten etap grania na zestawie mam na razie zamknięty. Dla przyjemności oczywiście gram sobie na zestawie. Wiesz, to jest jak z jazdą na rowerze – tego się nie zapomina, z tego się nie wyrasta. Zresztą ja cały czas używam rytmu, tylko obrałem obecnie trochę inny kierunek rozwoju. W pewnym momencie poczułem, że sam zestaw mnie ogranicza. Dlatego gram teraz więcej na djembach, darabukach, czy innych pomagajkach. Więcej instrumentów, więcej możliwości. Jeśli spełnią się moje marzenia, to niewykluczone że do zestawu wrócę, bo będę miał do tego specjalnie miejsce, gdzie nikomu nie będę przeszkadzał. A ta solówka Iana Paice’a, to było coś, co spowodowało, że w ogóle zacząłem grać na perkusji! Próbowałem, jako młody perkusista, nauczyć się tej solówki na pamięć, poświęciłem trzy czy cztery tygodnie…

Zwolnione tempo… (śmiech)

Tak, dokładnie! Każde uderzenie! Tam jest taka fajna, rozbudowa fraza, zwolnienie, przyspieszenie, kto słyszał ten wie… To jest genialny perkusista. Świetnie myśli rytmem, a przy tym jak się na niego patrzy, to jest luzak, showman, on gra całym ciałem. Łączy swobodę grania z nieprawdopodobną rytmiką. Próbowałem go naśladować, oczywiście nieudolnie. Nie miałem też wtedy takiego sprzętu, blach Paiste’a. Dzięki niemu zacząłem się interesować taką skomplikowaną perkusją. Mam tę płytę do dzisiaj, sięgam po nią średnio raz na dwa miesiące i słucham jej bardzo głośno. Niestety moja żona jej nie lubi…

Boni, czyli żelazna dyscyplina!

Masz charakter lidera. Może zespół powinien się nazywać Boni i New Day?

Nie brzmi…

To może Boni Day?

O, to lepsze, kojarzy się fajnie – z Boney M… (śmiech) Wiesz, New Day to jest pewien etap w moim życiu. Nie jest powiedziane, że ja do końca życia będę tam grał. Jeśli byś mnie spytała dwa lata temu, gdy wydaliśmy „Piątkę”, czy zrobię z tym zespołem jeszcze jedną płytę, to powiedziałbym – nie. Jakbyś mnie spytała dzisiaj, powiedziałbym – nie wiem. Jestem bardzo zmęczony tą płytą…

Ale płytą czy zespołem?

Płytą. Nie zespołem, płytą.

To chyba jest naturalne, co już ustaliliśmy wyżej – koszmary itd. Ale o co mi chodzi: nie ma w New Day takiego jednego, silnego składu, który by się trzymał z płyty na płytę…

Tak, nie ma, z premedytacją.

Nie ma grupy muzyków, z których każdy ma dużo do powiedzenia. Tak naprawdę dużo do powiedzenia ma Boni.

Żelazna dyscyplina! (śmiech)

fot. Józef Galica-Dorula

Otóż to. Dlaczego w takim razie w ogóle mówimy o zespole?

Dlatego, bo jednak przewijają się ludzie, którzy zostawiają piętno na każdej płycie. I dlatego te płyty się od siebie różnią. Jeśli każdą płytę nagrywaliby ci sami muzycy, to wszystkie byłoby do siebie podobne. A tak są inne, mimo że cały czas poruszamy się po motywach afrykańskich.

Ale sam piszesz teksty, sam komponujesz, jesteś producentem, na ostatniej płycie sam nagrałeś prawie wszystkie instrumenty, a nawet zaśpiewałeś w jednym kawałku… O czym my tu mówimy? Okręt, ster, żeglarz…

Jak powstawały piosenki, to ja nie raz bardzo cierpiałem. Ktoś przychodził do studia i zmieniał mi piosenkę nie do poznania. Były dylematy, że to jest coś innego, niż to, co gra mi w duszy. To nie mój pomysł…

Nie lubisz kompromisów w pracy nad muzyką?

Nie lubię. I dlatego przy tej płycie postanowiłem konsekwentnie trzymać się swoich wizji. Chociaż wiesz, to nigdy nie jest tak sztywno. Dowodem na to jest współpraca z Adamem Stanisławskim, który jest świetnym inżynierem-elektronikiem, buduje swoje własne instrumenty muzyczne, studiuje w szkole jazzowej we Wrocławiu, jest perkusistą, pianistą i organistą. On genialnie czuje muzykę i to jest jakoś zbieżne z moją wrażliwością. To jest jedyny klawiszowiec, z którym mi się tak dobrze grało od wielu, wielu lat. Dlatego, że on gra na klawiszach perkusyjnie, a ja mam wrażenie, że nie gram z pianistą, tylko z drugim perkusistą. Nasza współpraca zaowocowała powstaniem, równolegle do płyty, remiksów. Cała płyta, dziesięć utworów, nie licząc tych afrykańskich, została zmiksowana przez Adama w wersjach alternatywnych. Trzy z nich trafiły na płytę, bo dla mnie są rewelacyjne. Adam położył ogromne piętno na tej płycie. Natomiast Kasia Aszyk podeszła do tej niej od takiej strony, że ja bym w życiu nie wykombinował, że tak to można zaśpiewać. Wymyślając piosenkę, daję linię melodyczną i tekst, ale szlif piosenki należy do wokalisty. I ona świetnie sobie z tym poradziła. Na tej płycie śpiewa z nami jeszcze Agnieszka Kopacz. Nie koncertuje, bo urodziło się jej dziecko kilka tygodni temu. Właściwie jeszcze do końca ciąży z nami nagrywała, śpiewała w chórkach. Wykonała piosenkę „Zawsze miej nadzieję”. Śmiała się, że maleństwo też bierze udział w nagraniach. Dla każdego z nas to jest jakiś etap. Dla Kasi to było półtora miesiąca nagrań, pobyt w szpitalu, dwie poważne choroby… Tak że to jest duża łaska, że się udało tę płytę nagrać.

Fakt, że skład nie jest silnie zrośnięty z zespołem powoduje, że często na koncertach kogoś zabraknie i nie wszystko jest grane na żywo.

Tak, korzystamy sporo z elektroniki. Nasza sekcja rytmiczna, Paweł Głowacki i Sławek Tokłowicz to są bardzo rozchwytywani muzycy. Umówiliśmy się, że będą grać jak najwięcej koncertów z New Day, szczególnie tych dużych, plenerowych. Ale te mniejsze, akustyczne dają nam też wielką radość. Możemy się pobawić instrumentami – gram wówczas na większej ilości perkusjonalii, wykorzystuję też Handsonic Rolanda. Koncerty zawsze dają nam radość.

Jak to jest pisać teksty piosenek dla kobiet? To jednak jest inna wrażliwość…

Pisząc dla kobiet, muszę też pamiętać o ich skali, tonacji… Nie każdy tekst pasuje do każdej wokalistki. Nie zawsze dana wokalistka zaśpiewa go tak, jak ja to wymyślę. Bardzo często to, co wymyśliłem, jest tylko szkieletem. Później, w trakcie pracy nad utworem, zmienia się. Fajnie jest pisać dla fajnych wokalistek. A Kasia jest bardzo ambitną osobą, która łatwo się nie poddaje. W ogóle uważam, że śpiewające dziewczyny są lepsze od śpiewających facetów! (śmiech)

Czasem dziesięć kaw to za mało…

„Kawa z mlekiem” jest płytą o historiach różnych ludzi. Nic nie jest jednak opowiedziane wprost…

Nie da się wszystkiego dosłownie opowiedzieć. Czarne jest czarne, a białe jest białe, ale pomiędzy tym są kolory szarości. To są historie dotyczące nie raz kilku miesięcy walki, rozpaczy, odbudowywania swojego życia, swojej tożsamości, wychodzenia z ciężkiej choroby itd. Masz na to dwie zwrotki, czasem trzy i refren. Nie da się tego opowiedzieć dosłownie. Poza tym obnażać kogoś, czyjąś opowieść, kogoś, kto ci zaufał – tego też nie można zrobić. Dlatego w tych tekstach przekazuję tylko najważniejsze myśli. I dla tej osoby w utworze „Gdy zabraknie sił” główną myślą było szukanie ratunku w Krzyżu. Czuła, że Bóg niemalże fizycznie podaje jej dłoń. Inna historia – „Ratuj pośród fal” – to historia osoby, która próbowała wyrwać się z morza nałogów. Także to nie było tak, że ktoś mi opowiedział od początku do końca, tak na trzy-cztery jakiś fragment swojego życia. Wiele niuansów wychodziło później. Jest na płycie kawałek „Zawsze miej nadzieję”. To jest historia jeszcze innej osoby, która wiedziała, że odchodzi, że jej życie się kończy, a jeszcze tyle miała do zrobienia, chciała poznać ludzi, miała umówione spotkania. Ale miała nadzieję, że Bóg da jej jeszcze kilka chwil i zdąży. I tak się rzeczywiście stało… Zdążyła spotkać tych ludzi, czekała na wielką miłość i też ją spotkała. Ludzie czasem myślą, że jak artysta wychodzi na scenę, mówi piękne słowa, to u niego w życiu jest taka rewelacja, Pan Bóg tylko błogosławi. A tak nie jest! To jest normalna walka z codziennością. Jest czas radości, a czasem jest pustynia. I nawet dziesięć kaw nie wystarczy. I o tym też jest ta płyta. Dziesięć lat temu, po moim nawróceniu, było mi bardzo ciężko, nie było żadnej sielanki. Dziś jest przy mnie Marta, moja żona. Razem – w małżeństwie i z Panem Bogiem – możemy stawiać czoła życiu.

Na płycie są cztery utwory etniczne: „Adinkra”, „Poślij mnie…”, „Dzimbela” i „Zingu”. Zdecydowanie wymagają komentarza. Po kolei: „Adinkra”…

… to główny znak pojawiający się na płycie, znak przynależności człowieka do Boga – takiej bezgranicznej przynależności, bezwarunkowej, na zawsze. Te znaki pochodzą z Ghany, są syntezą dwóch kultur – rdzennej, afrykańskiej i kultury chrześcijan. Znak „gye nyame” jest dla nas najważniejszy. Te znaki są jak takie drogowskazy, takie piktogramy – oznaczają jakąś bardzo konkretną rzecz, rzeczywistość. Proste symbole wyrażają bardzo głębokie, ważne, duchowe wartości. Każdej piosence jest przyporządkowany jeden znak Adinkra. Sama nazwa Adinkra odnosi się do zbioru znaków, które określają relację człowieka z Bogiem. Utwór „Poślij mnie…” to jest tradycyjna pieśń kościelna, wyrażająca myśl misyjności Kościoła. A „Dzimbela” i „Zingu” to są tradycyjne liturgiczne pieśni z Malawi i Zambii.

fot. archiwum Rafała Boniśniaka

Pojawiają się w tych utworach afrykańskie głosy i języki…

Tak, nagrywane w Afryce przeze mnie lub mojego przyjaciela, księdza z Zambii.

Łączysz afrykańskie dźwięki i rytm z elektroniką, samplami. To dosyć zaskakujący eksperyment.

Dla mnie to jest duża frajda. Jest kilka osób, które robią podobne rzeczy i robią to cudownie. Są dla mnie niedoścignionymi wzorami. Na przykład dość kontrowersyjna postać jaką jest Prince. Oddzielając całą otoczkę tego artysty – sposób, w jaki on łączy dźwięki, właśnie pozornie dalekie od siebie, jest mi bardzo bliski. Lubię też Richarda Bonę, który jest ostatnio popularny w Polsce, ponieważ nagrał płytę z Anną Marią Jopek. To świetny artysta, pochodzący z Afryki, który wprowadza zupełnie inną melodykę, inną rytmikę.

Zgromadziłeś tych rytmów przecież kilkadziesiąt. Pojawiła się zresztą niedawno książka do nauki gry na bębnach. Może warto pójść w tę stronę?

Na razie mam materiał na trzy kolejne książki, ale nie jestem pewien, czy znajdę zainteresowanych. Wykorzystuję te rytmy do pracy z New Day. Często je nieco uwspółcześniam, bo w formie pierwotnej są nie do zniesienia przez odbiorcę europejskiego. Zresztą to ma być inspiracja, a nie wierna kopia. Nie wiem w jakim kierunku dalej pójdę. Może się okazać za rok, że nagramy płytę tylko na samych instrumentach afrykańskich. Na razie idę na kawę… A każda kolejna kawa ma inny smak.

W artykule wykorzystano znaki Adinkra (zob. http://pl.wikipedia.org/wiki/Adinkra).