To On sprawił, że przestałam być taką straszliwą egoistką – zaczęłam dostrzegać potrzeby innych: potrafiłam podbiec do żebraka, by go uściskać i kupić mu szalik albo rękawiczki, kiedy było zimno. Kiedy doświadczyłam Bożego przebaczenia, automatycznie przebaczyłam osobom, których wcześniej nienawidziłam.
O swoim nawróceniu pisze Alina Lewandowska z zespołu I.N.D.
I.N.D. oznacza w imię Boże (łac. In Nomine Dei) – zespół w kwietniu 2007 wrócił do koncertowej działalności i znów cieszy nas rockowo-progresywnymi dźwiękami. Po występie na festiwalu Song of Songs (II miejsce w konkursie debiutów) wokalistka podzieliła się swoim świadectwem.
Przez wiele lat wydawało mi się, że jestem szczęśliwa: szkoła, studia – nauka zawsze szła mi bardzo dobrze; poza tym miałam wspaniałego chłopaka i zespół rockowy, w którym śpiewałam. Boga nie potrzebowałam, uważałam, że jest On wymysłem ludzi słabych, którzy muszą w coś wierzyć, żeby móc funkcjonować. Ja chciałam być zawsze silna i niezależna. Pamiętam, jak mając osiemnaście lat, powiedziałam Mu w zaciszu pokoju, że się Go wyrzekam, poza tym – myślałam – przecież jest fikcją, nie istnieje…
kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa
No i wiodłam to moje „szczęśliwe” życie. Wcale nie było tak różowo: nieustannie szukałam akceptacji i miłości u ludzi: kłamałam, żeby im się przypodobać; snułam intrygi; manipulowałam; udawałam kogoś lepszego, kto wzbudza podziw. Potrafiłam dążyć po trupach do celu – wciąż tylko kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Nawet mojego ukochanego chłopaka oszukiwałam: bałam się, że go stracę, że pewnego dnia znajdzie sobie inną, więc kłamstwami starałam się wzbudzać w nim litość, żeby chociaż z litości ze mną został. Ta niepewność jutra zapewne spowodowała, że coraz częściej sięgałam do horoskopów, wróżb. Nosiłam wiele masek i przed nikim nie byłam sobą. Do kościoła przestałam chodzić już na początku liceum – była to dla mnie wyłącznie instytucja, którą traktowałam pogardliwie, a z księży szydziłam. Kolejne ciężkie grzechy popełniało się coraz łatwiej. Każdy mój dzień wyglądał „normalnie”: maski, kombinacje, zasługiwanie na miłość i nienawidzenie osób, które mnie w jakikolwiek sposób krzywdziły. Pewnego dnia mozolnie budowana szklana wieża kłamstwa się zachwiała – jedno z kłamstw wyszło na jaw i chłopak ze mną zerwał. Mocno to przeżyłam. To był rok 2000. Czułam się bardzo samotna.
Pewnego dnia weszłam na IRC – program internetowy umożliwiający rozmowy z innymi osobami w czasie rzeczywistym. Poznałam tam grupę katolików, którzy zachwycili mnie swoim podejściem do życia i tym, że można było z nimi naprawdę o wszystkim pogadać. Ponieważ miałam taki system wpasowywania się w grupę, która mi się podobała, tym razem zaczęłam… udawać gorliwą katoliczkę. Jeden z kolegów zaprosił mnie do siebie na święta Bożego Narodzenia i Sylwestra. Postanowiłam pojechać. Wprawdzie trochę komplikowała się sytuacja, bo on myślał, że jestem taka święta, no a jak grać świętą, to trzeba by do końca… Przypomniałam sobie, że powinnam przystąpić do Komunii, jak pójdziemy razem na mszę. Nie był to problem, bo myślałam, że przecież to tylko kawałek opłatka. Z radością oczekiwałam wyjazdu.
do spowiedzi
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem siedziałam sama w domu. Postanowiłam, jak co roku, ubrać choinkę. Zaczęłam się zastanawiać nad swoim życiem. Poczułam, że jestem bardzo zmęczona tymi wszystkimi kłamstwami, że mam dosyć takiego życia. Pomyślałam, że święta to taki szczególny czas, kiedy mogłabym zacząć od nowa, że mogłabym przecież po prostu przestać oszukiwać i wszystko sprostować i że zamiast udawać katoliczkę to przecież mogłabym się nią stać. Przypomniałam sobie odległe czasy, kiedy uczęszczałam na religię. Zapragnęłam udać się do spowiedzi, ale przecież przez ponad dziesięć lat się nie spowiadałam, pomyślałam, że ksiądz na pewno nie da mi rozgrzeszenia, więc najlepiej po prostu od dziś zostanę dobrym człowiekiem. Ta wizja mnie uspokoiła i najbardziej mi odpowiadała. I nagle… odniosłam wrażenie, że choinka, którą ubierałam, lekko poruszyła się jakby na wietrze. Bardzo się przestraszyłam. Ale ten malutki „znak” sprawił, że jednocześnie zrozumiałam, że Bóg jest. Ten, którego się wyrzekłam, istnieje! Oczy zrobiły mi się okrągłe jak spodki, zalałam się łzami radości i żalu: radości, że Bóg jest – i żalu, że tak wiele osób skrzywdziłam. Powiedziałam wtedy pierwsze po latach słowa wiary: „Panie, Ty jesteś!” i rozbeczałam się na dobre. Bardzo bałam się spowiedzi, toczyłam walkę, ale wiedziałam już, że chcę do niej przystąpić. I przystąpiłam, skutecznie blokując na dłuższy czas kolejkę w parafialnym kościele. Wkrótce trafiłam jeszcze na kurs Filipa.
„taki silny głos”
Bóg przyszedł do mnie przede wszystkim z przemianą wnętrza: dał mi nowe serce, które już nie chciało znać kłamstwa, a pokochało prawdę, czystość. To On sprawił, że przestałam być taką straszliwą egoistką – zaczęłam dostrzegać potrzeby innych: potrafiłam podbiec do żebraka, by go uściskać i kupić mu szalik albo rękawiczki, kiedy było zimno. Kiedy doświadczyłam Bożego przebaczenia, automatycznie przebaczyłam osobom, których wcześniej nienawidziłam. Przestałam udawać i nosić maski – wreszcie czułam się wolna, czułam się sobą. Horoskopy spaliłam, a płyty z muzyką satanistyczną i twórców bluźniących Bogu z dziką radością zniszczyłam. Teraz patrzę na wszystko zupełnie inaczej, z perspektywy miłości. Kiedyś nawet nie zdawałam sobie sprawy, że istnieje coś takiego jak życie duchowe. Miałam zamknięte, niewidzące oczy, a Bóg mi je otworzył.
Nieustannie doświadczam Jego opieki, w każdym momencie mojego życia, także w chwilach trudnych. Kiedy był czas, że nie miałam pracy – ufałam i nie zawiodłam się. Bóg mi ją przywrócił. Kiedy zastanawiałam się, jakie jest moje życiowe powołanie, Pan odkrył przede mną na nowo muzykę. Kiedy o cokolwiek proszę – otrzymuję, nie zawsze tak, jak sobie to wyobrażam, ale tak, jak jest dla mnie najlepiej. Odkrywam na nowo piękno relacji międzyludzkich we wspólnocie, w której trwam, wspaniałych przyjaźni opartych na Bogu. Żyję po prostu pełnią życia i dopiero teraz mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. I choć rzeczą normalną jest, że życie składa się przede wszystkim z trudności, to staram się nie tracić pokoju, który dał mi Bóg i pewności, że On się o mnie troszczy. A siły czerpię z Eucharystii. Czasem się uśmiecham, jak ktoś mówi mi, że mam „taki silny głos”. Bo przecież nawet ten głos jest mocny mocą Chrystusa ukrytego w kawałku chleba.
