Jak wypromować dobro?

fot. archiwum BM

Jestem przekonany, że ludzie mają w swoich sercach ogromną potrzebę usłyszenia o Bożej miłości. Jesteśmy z natury religijni, ale jeśli ma nas zachwycać muzyka, kultura, zwłaszcza ta odwołująca się do Boga, to musi ona być atrakcyjna.

Z Andrzejem Dubielem, managerem Deus Meus i New Life 'M, rozmawia WERONIKA GURDEK

 

Zaczniemy od powstania „BonArtu”. Kiedy w 2004 roku zakładałeś firmę zajmującą się managementem zespołów chrześcijańskich, miałeś konkurencję?

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Znałem tylko jedną firmę – „GIFTmanagemant”, Filipa Wojnara. Zresztą początkowo bardzo dużo się od niego uczyłem, zastępowałem go przy koncertach New Life 'M. Organizowanie interesowało mnie dużo wcześniej, zanim zacząłem działalność jako Agencja Artystyczna, właściwie od 1995 roku, kiedy pomagałem w organizacji Forum Młodzieży w diecezji sosnowieckiej. W 1998 roku, również podczas Forum, siedziałem obok sceny, kiedy podszedł do mnie sympatyczny, młody człowiek, przedstawił się: „Cześć, jestem Marcin” i zapytał, czy pomogę mu przynieść sprzęt. Zaczęliśmy rozmawiać i potem się okazało, że jest to Marcin Pospieszalski. Zostawił mi swój numer telefonu. Zadzwoniłem, zorganizowałem jeden, drugi koncert New Life 'M, potem warsztaty muzyczne. I tak się zaczęło. Z wykształcenia jestem specjalistą od public relations, robiłem też wiele dodatkowych kursów. Założyłem razem z żoną firmę, bo ta praca jest tak absorbująca, że nie da się tego robić dodatkowo, charytatywnie. Trzeba odnaleźć w sobie powołanie, bo prawdę powiedziawszy, to tylko człowiek szalony może się podjąć takiej pracy, takich trudności, wyrzeczeń. Pierwszy rok był bardzo ciężki. Pracowałem jako przedstawiciel handlowy w firmie leasingowej i tylko wieczory i noce pozostawały do pracy na rzecz „BonArt”.

Nie myślałeś o tym, żeby zrobić coś, czego nie robią inni…?

Nie, to było w jakiś sposób naturalne. Sam próbowałem grać na gitarze, więc muzyka była dla mnie czymś powszednim.

A dlaczego wybrałeś management zespołów chrześcijańskich? Sama kiedyś próbowałam zorganizować kilka koncertów. Nie mam zbyt dobrych wspomnień, przysłowiowa „orka na ugorze”… Nie mówiąc już o tym, że pewnie więcej można zarobić na rynku świeckim.

Tak, ale moja praca to nie tylko kwestia zarobków. To przede wszystkim przyjemność i potrzeba serca. Byłem animatorem ruchu Światło-Życie i uważam, że każdy człowiek jest powołany do ewangelizacji. Ja widzę swoje miejsce w organizacji koncertów. Aczkolwiek zgadzam się, że nie jest łatwo i zdecydowanie więcej można zarobić na rynku świeckim.

Zająłeś się zespołami o długoletnim stażu, istniejącymi od blisko dziesięciu lat, pionierami tego rynku. Mocny start…

Najpierw miałem propozycję współpracy od zespołu Sool i jazzowego projektu Asaf. A dopiero potem przyszła propozycja od Deus Meus i New Life 'M. Te dwie pierwsze muszę uznać za swoje porażki – nie udało mi się wypromować tych zespołów i pomóc im zaistnieć. Propozycja od Deus Meus przyszła na kolejnych warsztatach muzycznych. Był i jest to dla mnie wielki zaszczyt być managerem Deus Meus i New Life 'M. To nie są tylko zespoły, to są wspólnoty, to są konkretni ludzie w konkretnych sytuacjach, od których wraz żoną bardzo wiele się uczymy.

Nie zazdrościsz czasem muzykom bycia na scenie, popularności, uznania…? Razem pracujecie na sukces, a o Tobie prawie nikt nie wie.

Nie, bo mam dość swoich stresów związanych z kwestiami producenckimi. To mi wystarcza.

Jak oceniasz ten element rynku muzyki chrześcijan w Polsce, którego jesteś przedstawicielem – organizację koncertów?

Bardzo trudne pytanie. Wydaje mi się, że z roku na rok poziom organizacyjny jest wyższy. Coraz więcej organizatorów uświadamia sobie, jak ważne jest nie tylko zaproszenie zespołu, ale również profesjonalna obsługa – aby zadowoleni byli i uczestnicy, i widzowie, i zespół. Aby znalazł się czas na próbę akustyczną, spokój przed koncertem, odpowiednia scena, światła, strzeżony parking. Żeby całość była bezpieczna i miała wymiar wielkiej uroczystości, święta na chwałę Pana Boga.

Główne trudności w Twojej pracy…

Najtrudniejsze najczęściej jest to, co najbardziej prozaiczne, np. uświadomienie organizatorom, że zespół potrzebuje półtorej godziny na próbę akustyczną, albo jeśli gramy z naszym nagłośnieniem – tak jak w przypadku Deus Meus – że potrzebujemy trzech godzin na rozłożenie sprzętu. Często organizatorom wydaje się, że przyjeżdżamy, podpinamy się w godzinę i gramy. No i oczywiście kwestia finansowa. Chcemy grać, ale to jest nasza praca, zawód i jak jest za mało pieniędzy, to zawsze rodzą się pytania – grać czy nie grać?

Spotykasz się z oporem, czy może ze zdziwieniem wśród księży i osób świeckich, z którymi załatwiasz koncerty, że przyjeżdża w pełni profesjonalny zespół stawiający warunki, a nie oaza z gitarą akustyczną, która godzi się na wszystko?

Doświadczenie nauczyło mnie, żeby wysyłać ofertę z konkretnymi wymaganiami, a później spisywać umowę, która w pewien sposób zabezpiecza te wymagania. Przez to staram się budować świadomość u ludzi. Jak organizator wie, czego nam potrzeba, to jest łatwiej rozmawiać. Ale i tak zdarzają się problemy. Chociażby ostatnio, przed koncertem Deus Meus we Wrocławiu, dowiedzieliśmy się, że jest jeszcze jedna Msza św., dokładnie w czasie kiedy powinna być nasza próba akustyczna…

Też byłam świadkiem czegoś takiego, podczas jednego z koncertów 2 Tm 2,3 w kościele, w trakcie wielkopostnej trasy. Zespół grał, ludzie chłonęli tą muzykę całym sobą, a na ambonę wyszedł proboszcz i wyrzucił wszystkich z kościoła, bo zaraz ma się odbywać nabożeństwo. Zespół zachował się świetnie – pokornie zakończyli koncert i ludzie się rozeszli, ale czemu to miało służyć? Do dziś nie wiem. Wracając do Twojej pracy, nie zajmujesz się tylko koncertami. Organizujesz również promocję, tworzysz wizerunek zespołów…

Chciałbym ukierunkować moją pracę także na kreowanie wizerunku poszczególnych zespołów, jak i całego środowiska. Z tym wiąże się promocja płyty, pomysły producenckie, docieranie do mediów i kontrolowanie tego, co na temat danej produkcji ukazuje się w mediach. Czyli znów tzw. PR (ang. public relations – komunikacja społeczna).

Ile w tym zakresie jest jeszcze do zrobienia?

Bardzo, bardzo dużo! Stworzyliśmy ostatnio fundację „Media Visage”, której głównym celem jest promocja kultury ze szczególnym odniesieniem do kultury chrześcijańskiej. Chcemy przecierać ścieżki do mediów ogólnych, świeckich, poprawiać wizerunek całego środowiska muzyków chrześcijan. Chcemy raz na zawsze zburzyć stereotyp kojarzenia zespołów chrześcijańskich z sacropolo. Ktoś słyszy przymiotnik „chrześcijańska”, to od razu wszystko się zamyka i jesteśmy wrzucani do szufladki. Chcemy to zmienić. Nie wystarczy grać koncerty, potrzeba jeszcze tworzyć wizerunek oparty na prawdzie o tym, jakimi jesteśmy ludźmi.

Czyli wykorzystywać te wszystkie dostępne narzędzia public relations, które wykorzystuje rynek świecki.

Zdecydowanie tak! Robić to profesjonalnie, bo wszystko jest ważne – okładka płyty, wygląd zespołu na scenie, jakość strony internetowej. Każdy szczegół.

Na chwałę Bożą, wszystko, co najlepsze. Myślę, że uświadomić to sobie muszą wszyscy, także zespoły, które nieraz kończą na dobrej muzyce, a później dziwią się, dlaczego nikt nie zaprasza ich na koncerty, dlaczego płyty się nie sprzedają itd.

Dlatego zespoły powinny się zająć tworzeniem muzyki, a resztą specjaliści od PR i managementu. Potrzebni są ludzie, którzy będą o to dbać, będą działać w jedności z innymi. Nie rywalizować, ale wspólnie podejmować działania na polu ewangelizacji.

Wracając do narzędzi marketingowych i public relations, trzeba powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz – często takie działania kojarzą się z jakimś kombinowaniem, niemówieniem prawdy… A w przypadku ewangelizacji to nie może mieć miejsca.

To jest błędne myślenie, jeżeli ktoś zakłada, że PR to jest kombinowanie. PR to zespół działań mających na celu kreowanie wizerunku poprzez różnego rodzaju formy aktywności, wpływanie na otoczenie, w którym się znajdujemy. Z kombinowaniem może się kojarzyć tzw. czarny PR, który nie powinien mieć miejsca w świecie, a zdecydowanie nie powinien mieć miejsca wśród chrześcijan. Wszelkie fałszywe plotki, rozsyłanie nieprawdziwych informacji, jakaś forma głuchego telefonu, oczernianie drugiej osoby tylko po to, abym to ja zagrał ten koncert – to wszystko jest nie fair i nie należy tego robić. Nasze działania, także z zakresu public relations, powinny opierać się na Biblii. To Pan Jezus jest naszą Drogą, Prawdą i Życiem.

Jesteś za tym, żeby muzyka z przesłaniem chrześcijańskim była obecna w mediach świeckich?

Zdecydowanie tak! Nie mamy się czego wstydzić, nie musimy zamykać się w „getcie”, produkować płyt i koncertów wyłącznie dla własnej satysfakcji.Musimy iść do ludzi – taka jest idea ewangelizacji. Taka jest nasza rola – głoszenie Dobrej Nowiny poprzez wysoką kulturę, profesjonalne koncerty itp. I media nam w tym pomogą, ale najpierw my musimy pokazać mediom, że to, co robimy, jest na światowym poziomie, bez żadnych kompleksów.

Bardzo trudna jest równoczesna promocja w mediach świeckich i chrześcijańskich. Wyraźnie to odczułam przy organizowaniu czy zabieganiu o patronaty medialne. Jeśli chrześcijańska płyta ukaże się nakładem świeckiego wydawnictwa, to potrzeba cudu, żeby mogła oficjalnie polecać ją chrześcijańska redakcja i odwrotnie…

Trudno jest i trudno będzie. Panu Jezusowi też nie było łatwo. Ale to nie znaczy, że mamy się poddawać. Szukajmy rozwiązań i próbujmy to godzić.

Chciałbyś, żeby utwory New Life 'M czy Deus Meus były na listach przebojów obok np. Ich Troje? Nie jest to zgorszenie?

Chciałbym, żeby tak było, jak najbardziej. Mnie to nie gorszy, muzyków też nie, Pana Boga mam wrażenie, że też nie. A jeśli kogoś może ubogacić, to znaczy, że się opłacało. Zresztą utwór „Twoja miłość” utrzymywał się na listach przez wiele tygodni. Moim marzeniem jest, żeby w komercyjnych rozgłośniach można było posłuchać, obok różnych popowych artystów, także muzyki chrześcijan. Nie od 6.00 do 7.00 lub w nocy, przy najniższej słuchalności, tylko non-stop. Musimy podjąć działania, aby „muzyka chrześcijańska” kojarzyła się z wartościowymi produkcjami.

Niektórzy sądzą, że wydarzenia ostatnich czasów – śmierć Jana Pawła II i wizyta Benedykta XVI w Polsce, to „zmarnowane” szanse środowiska muzyków chrześcijan, że na fali tego zrywu religijności w narodzie można było wypłynąć, a nikt z tego nie skorzystał. Zgadzasz się z tym?

Na pewno zmarnowaną szansą był koncert w Krakowie, po spotkaniu z Benedyktem XVI. Można z tego było zrobić fantastyczny festiwal, na którym byłby tłum ludzi, a prawdę powiedziawszy ten koncert w ogóle nie był rozreklamowany, nawet nie wiem, czy był dobrze nagłośniony, jak wyglądała organizacja…

…wyglądała fatalnie. Pisaliśmy o tym – bardzo łagodnie – w 35. nrze RUaHu, ale rzeczywiście brak zaplecza, irytacja prowadzących, półplayback reprezentacji „Tu es Petrus”, która traktowana była jako „gwóźdź programu”(!), to tylko główne zastrzeżenia.

No właśnie, skąd pomysł na „Tu es Petrus”?! Można było zebrać najlepsze zespoły, zrobić koncert podsumowujący piętnastolecie istnienia rynku, w jakiś sposób zademonstrować również media chrześcijańskie, które piszą i mówią o tej muzyce. Ale nikt na to nie wpadł. Natomiast ja bym się nie martwił aż tak bardzo tym, że nie powstały jakieś oszałamiające projekty po śmierci Jana Pawła II, czy później, z okazji przyjazdu Benedykta…

Uściślijmy: powstało bardzo wiele różnych projektów i płyt, ale nie były to przykłady artystycznych poczynań tych, którzy robią podobne rzeczy na co dzień.

O to trzeba zapytać samych artystów, ale wydaje mi się, że zbyt częste medialne wykorzystywanie osoby Jana Pawła II nie jest czymś uczciwym i zwykle bywa bardzo płytkie. Warto się zastanowić, czy rzeczywiście chodzi o popularyzację nauczania Jana Pawła II, czy tylko o posłużenie się jego osobą, żeby wypromować siebie, żeby zaistnieć. Fundamentalne pytanie w tym przypadku to pytanie o intencje, na które każdy zespół czy artysta powinien sobie w swoim sumieniu odpowiedzieć. Jeśli chodzi o niewykorzystane szanse – myślę, że nie ma co panikować. Róbmy swoje, trzymajmy się Pana Boga, a On nas poprowadzi odpowiednimi ścieżkami.

Jak wytłumaczysz sukces „Tu es Petrus” i „Psałterza Wrześniowego”?

To jest siła Telewizji, to jest siła mediów. Jeśli któryś zespołów chrześcijańskich na tyle zainteresuje media, że będą chciały grać jego muzykę, to możliwy jest podobny sukces. Ludzie lubią to, co jest w mediach…

…a media lubią to, co lubią ludzie. Koło się zamyka.

Jestem przekonany, że ludzie mają w swoich sercach ogromną potrzebę usłyszenia o Bożej miłości, o tym, że jest Ktoś, kto ich kocha bezwarunkowo. Ludzie z natury są religijni, ale jeśli ma ich zachwycać muzyka, kultura, zwłaszcza ta odwołująca się do Boga, to musi ona być atrakcyjna i na najwyższym poziomie. Inaczej ją zlekceważą. Dlatego ważny jest PR i to wszystko, o czym mówiliśmy.

I to jest zadanie dla ludzi takich jak Ty. Życzę Ci powodzenia i dziękuję za rozmowę.

Dziękuje i życzę wytrwałości w pracy nad Magazynem Muzycznym RUaH.

WordPress Gallery Plugin