Ewangelizacja w pigułce

fot. archiwum zespołu

Kiedyś przyszło czterech gości z wódą. Przeklinali, wyzywali, krzyczeli, żeby Paweł spadł ze sceny i złamał nogę. Ale wtedy Paweł powiedział, że na Imię Jezus zgina się każde kolano, po czym jednego z nich rzuciło na ziemię.

KATARZYNA CUDZICH

 

 

/październik 2006 – Wrocław, Poznań, Koszalin/

Zespół Anti Babylon System z Bielsko-Białej powstał w 2000 roku z inicjatywy obecnego wokalisty – Pawła Kurza i basisty – Jacka Polczyka. Pozostali członkowie to: Kuba Kwaśniak – gitara solowa, Witek Wilk i Kamil Cudzich – perkusja, Jacek Żur (Ben Juda) – instrumenty klawiszowe, Łukasz Gibała (Gibson) – instrumenty perkusyjne. Więcej na www.antibabylon.kdm.pl

Grają muzykę reggae z przesłaniem – pełną optymizmu i radości, ale i często nasyconą refleksją i liryzmem. Kilka lat temu nagrali płytę demo zawierające cztery utwory. Na koncertach oprócz własnych kompozycji sięgają też po znane pieśni uwielbienia, a także covery. Są zespołem ewangelizacyjnym i po całej Polsce głoszą Dobrą Nowinę o tym, że Jezus naprawdę wyzwala i uzdrawia tych, którzy Go proszą.

Słowo na dziś (21.10, sobota):

A powiadam Wam, kto się przyzna do Mnie wobec ludzi, przyzna się i Syn Człowieczy do niego wobec aniołów Bożych (…) Nie martwcie się, w jaki sposób albo czym macie się bronić lub co mówić, bo Duch Święty nauczy was w tej właśnie godzinie, co należy powiedzieć.
(Łk 12, 8-12)

Usłyszałam kiedyś – i to od osoby działającej aktywnie w Odnowie w Duchu Świętym – że czasem nie ma sensu szukać na siłę słowa od Boga, otwierać Biblii „na chybił trafił”, modlić się o zrozumienie tego, co Bóg chce nam teraz powiedzieć w „wylosowanym” przypadkiem rozdziale i wersecie- wystarczy zaufać Kościołowi, który nieprzypadkowo ustanawia Słowo na każdy dzień. Trafiło to wtedy do mnie, bo nigdy nie należałam do ludzi, którzy na to zwracali uwagę. Powyższy cytat z Łukasza w pełni oddaje to, o czym chcę dzisiaj pisać.

Właściwie to nigdy nie lubiłam reggae. Ale kiedy Paweł zaproponował, żebym pojechała z nimi w trasę do trzech moich ukochanych miejsc Polski, jakoś nie mogłam odmówić.

„A ta w ogóle to w jakim charakterze ty tam jedziesz?” – to pytanie często słyszałam od różnych osób, ale mimo to do teraz nie wiem, jak na nie odpowiedzieć. Organizatorzy myśleli, że z nimi śpiewam. Dla mnie to były cztery dni wakacji, podczas gdy znajomi studenci siedzieli w domu i udawali, że się uczą. Ale teraz widzę, że były to bardziej rekolekcje niż wakacje.

Ciekawiło mnie, czy będą przede mną udawać, żeby dobrze wypaść. Czy będą prezentować się tylko w pozytywnym świetle i zatajać wszystkie „brudy”. Spodziewałam się, że nie będą chcieli rozmawiać ze mną – „nie dość, że baba, to jeszcze dziennikara, która wszędzie nos wściubia i na pewno potem przekręci nasze słowa”.

Hm… w sumie to pomyliłam się w obydwu przypadkach. Mimo zapewnienia św. Pawła, że jako synowie Króla, sami jesteśmy królewiczami, nikt tam mnie jak królewny nie traktował.

Nie zajęłaś sobie dobrego miejsca do spania? Trudno. Nie wiedziałaś, że już nie będziemy wracać do akademika? Trudno. Ksiądz pomylił się i zamknął cię na dwie godziny bez jedzenia, telefonu i czegokolwiek przy sobie? Trudno, trzeba było zadzwonić. Myśleliśmy, że jesteś tam z własnej woli i nawet ci zazdrościliśmy!

Dziennikarką na szczęście w ich oczach też nie byłam. Dużo rozmawialiśmy na wszelakie tematy i, chociaż do dzisiaj nie wiem, czy nie obawiali się, że potem o tym napiszę, nie zachowywali się, jakby tak było. Nasze rozmowy były szczere i bez owijania w bawełnę. I tylko dlatego mogę o tym teraz pisać w bezpośredni sposób, jedynie tak mogłam ich naprawdę poznać i przekazać wam to, jacy są, a nie, na jakich się kreowali przez te cztery, cudowne zresztą dni. Wrocławia co prawda prawie nie widziałam, Poznań tylko w części, a morze musiałam ogarnąć w ekspresowym tempie, bo co chwilę dostawałam sms-y: Kaśka masz dwie minuty, idziemy!

We Wrocławiu był świetny ksiądz (to nie ten, który mnie zamknął). Niepozorny w pewnym sensie, ale jak mówił, to Duch wiał. Zachęcał do spędzenia przynajmniej raz w swoim życiu pięciu godzin przed Najświętszym Sakramentem. Jeszcze miesiąc temu przeszłabym obok tego obojętnie, ale „przypadek” sprawił, że mój spowiednik zadał mi taką pokutę (nie pięć godzin, co prawda), a tydzień później mój znajomy opowiadał, że przez tydzień we wspólnocie mają spędzać 15 minut dziennie na adoracji i tak się wszystko się ze sobą połączyło.

Tam graliśmy (ja najbardziej!) dla duszpasterstwa akademickiego. Dużo naprawdę spragnionej i otwartej młodzieży. Potem przez dwie godziny rozmawiałam z Pawłem i Jackiem. Paweł jest katechetą (studiuje teologię) w ośrodku dla dzieci z rozbitych rodzin, z przejściami.

„Zanim zacząłem tę pracę, Bóg mi uświadomił, że będę się tam wypalał, ale teraz wiem, że to wielka łaska, że mogę tam być. Krzesła mi wywracają, wyszydzają itp. Ale to jest piękne!” – mówił ze szczerym uśmiechem na ustach. „Są sceptyczni, wręcz wrodzy, ale to nie znaczy, że Duch Święty nie ma do nich dostępu. Kiedyś rozmawialiśmy o przebaczeniu. Oczywiście nie przyjmowali tego do wiadomości: to nie może być, tego się nie da zrobić dzisiaj. Opowiedziałem im, że kiedyś zostałem ostro pobity, ale nie wyciągnąłem z tego żadnych konsekwencji, tylko praktycznie od razu przebaczyłem. Nie wierzyli, ale coś ich ruszyło. Po jakimś czasie spotkałem tego chłopaka, który najbardziej się opierał, sam mnie zaczepił, mówiąc, że też został pobity – jego kumple od razu zaczęli się naradzać, że idą się zemścić, on jednak im zabronił. I przebaczył. Spytałem go, jak się z tym czuje: – Wiesz, mam pokój w sercu.”

Oczywiście, opowiadali też o zespole. Zanim się nawrócili, grali w różnych kapelach, ale nigdy nie byli muzykami. Uważają, że dalej nie są. Na pytanie, czy oprócz Babilonu gdzieś grają, odpowiedzieli jednogłośnie, że kto by chciał grać z takimi marnymi grajkami. Przecież oni nic nie umieją. Sami się uczyli, a raczej Jacek Pawła, a potem wszystkich po kolei. No i właściwie to całkiem nieźle się nauczyli, jak wnioskuję z tego, co zdołałam zaobserwować.

Przez jakiś czas grał z nimi perkusista Witek, teraz zastąpiony przez Kamila Cudzicha (nie, to nie zbieżność nazwisk – Kamil to mój drogi kuzyn). W trakcie tych czterech dni widziałam go z pewnego dystansu, dlatego myślę, że to, co teraz napiszę nie będzie stronnicze. Mam przekonanie, że jego obecność w zespole nie jest przypadkowa i Bóg bardzo nim się posługuje. Nie robił nic wielkiego, ot takie zwykłe, organizacyjne kwestie – kolejność utworów, uwagi dotyczące długości świadectwa, wskazówki aranżacyjne – ale poprzez to, co i w jaki sposób mówił, wprowadzał prawdziwy pokój, ład i porządek. Zero konfliktów, problemów, wszystko można odpowiednio rozegrać. Naprawdę znam mało ludzi, którzy mając tak dobre przygotowanie muzyczne (Kamil studiuje na wydziale jazzu i muzyki rozrywkowej w Katowicach) potrafią z pokorą przyjmować autorytet innych.

Do zespołu, prawie jako ostatni (po Kubie, Witku i Gibsonie), dołączył Jacek – pianista. Dlatego może jest mu trochę trudniej się zaaklimatyzować, ale kiedy dobrze się przyjrzałam, zauważyłam pewną więź, która stopniowo wytwarza się między nimi. Więź, którą Jezus spaja ludzi i zamienia w miłość. W trakcie pierwszego koncertu obserwowałam tylko jego, bo zawsze chciałam się nauczyć grać reggae na pianie! Ma gruntowne przygotowanie muzyczne – skończył naukę na wydziale wychowania muzycznego w Cieszynie. Wydaje mi się, że zawsze łatwiej jest pisać o ludziach, którzy się wybijają, dużo mówią, a o takich, którzy stoją gdzieś z boku, zawsze trudniej. Ale przecież ci, którzy się nie eksponują, często mają więcej do powiedzenia, niż się może wydawać. Od Jacka wciąż bił spokój i opanowanie, wprowadzał swego rodzaju poczucie bezpieczeństwa w przeciwieństwie do reszty zakręconych regałowców.

Dlaczego reggae? Bo to w sumie jest muzyka religijna, od zawsze związana z pewną duchowością. Można więc do niej włączyć też Jezusa, przecież to On jest jedynym Bogiem. Dlaczego śpiewać o jakiś bożkach, a o Nim nie? Poza tym Pawła zawsze coś ciągnęło do reggae. Pewnie Bóg po prostu pociągnął go w tę stronę.

Po Wrocławiu był Poznań. Nagłośnienie wołało o pomstę, ale po twarzach chłopców oczywiście nic nie było widać. Pierwsza piosenka – zamieniłyśmy porozumiewawcze spojrzenia z koleżanką (przyszła, a jeszcze bardziej ode mnie nie znosi reggae), które miały oznaczać – podoba mi się! A już po koncercie widać było, że coś się w niej zmieniło, że autentyzm Pawła i pozostałych muzyków wywarł na niej duże wrażenie i dzięki nim, na swój sposób otworzyła się na Jezusa.

Nie wspominałam jeszcze, jak wyglądają koncerty. Generalnie mają stałą formę od lat. Miałam zapytać chłopaków, czy ich to nie nudzi, ale właściwie po co, skoro widziałam, że przecież nie. Po czterech utworach Paweł odkłada gitarę i zaczyna coś opowiadać. Co mówi? Nie sypie frazesami typu Bóg cię kocha, chociaż właściwie te słowa też się pojawiają, ale nie brzmią jak frazes. Mówi, jak jest, bez ściemniania. W jego rodzinie nie było miłości, za to był alkohol. W odpowiedzi na to zaczął uciekać z domu, brać narkotyki, heroinę – miał 15 lat. W końcu trafił do katolickiego ośrodka pod Bielskiem.

„Nabrałem sobie prochów – teraz mogę jechać się leczyć. Ale na wstępie wszystko mi odebrali. Czułem się pusty, samotny, moja wrażliwość, którą miałem gdzieś w środku, została zraniona. Tam pierwszy raz spotkałem się z młodymi ludźmi, którzy się modlą. Jakaś dziewczyna biegała z dzwonkiem i wołała: do kaplicy na Mszę! Byłem w szoku. Opowiadali o jakimś Jezusie, który jest przyjacielem, wyobrażałem sobie, że przyjedzie jakiś gościu, dla mnie Bóg to był starzec z pejczem. Rozmawiałem też z takim człowiekiem, którego Bóg uzdrowił po jedenastoletnim nałogu w pięć minut. Jakaś ściema – myślałem. On pierwszy dał mi Biblię, Nowy Testament. Zacząłem czytać i szczena mi opadała coraz niżej. Nigdy nikt mi nie mówił o takiej miłości! Poszedłem do spowiedzi, żeby się ode mnie odczepili, a do kaplicy chodziłem, bo było to jedyne miejsce, gdzie mogłem być sam, ale Bóg to wykorzystał. Pierwszy raz wyznałem szczerze swoje grzechy i postawiłem wszystko na jedną kartę.”

Na rekolekcjach Odnowy przyjął Jezusa jako swego Pana, było to niecałe dziesięć lat temu. Teraz jest jednym z głównych odpowiedzialnych wspólnoty „Pójdź za Mną”, koordynatorem wszystkich młodzieżowych grup Odnowy w Duchu Świętym w okręgu bielskim, ma wspaniałą żonę (kiedyś była pierwszą osobą, której podał narkotyki, potem wyciągnął ją na rekolekcje, gdzie została uzdrowiona) i córeczkę.

Im więcej ci zostało podarowane, tym więcej chcesz, a nawet masz obowiązek o tym opowiadać. I właśnie tego Paweł się trzyma. Potem mówią też inni.

„Najbardziej doświadczam miłości Bożej, kiedy przebaczam” – mówi Jacek, basista. „Bóg jest taki prosty, że wzrusza się głęboko, gdy nas spotyka i gdy do Niego wracamy. Cierpienie musi być w życiu człowieka, ten, co ucieka od cierpienia, wcale nie jest szczęśliwy. Czasem, żeby coś się zmieniło, trzeba, mówiąc wprost, dostać w twarz.”

Dzielił się swoimi trudnościami w rodzinie, w relacji z ojcem. Wszystkie trudności, zmagania, których w życiu doświadczył – okultyzm – były konsekwencją braku miłości, której tak bardzo pragnął. Ale Bóg dokonał cudu i na tym polu, chociaż musiał czekać na to całe dziesięć lat.

„Nie mogłem przebaczyć mojemu ojcu. Chociaż modliłem się za niego i czekałem na interwencję Boga, nie potrafiłem się z nim pojednać. Ale Bóg jest niesamowity – do dzisiaj ryczę, jak o tym myślę” (i faktycznie się wzruszał, a my wszyscy razem z nim). „Po tym jak ojciec mnie uderzył, gdy stanąłem w obronie brata, sam do mnie przyszedł i powiedział, że mnie przeprasza i pierwszy raz w życiu usłyszałem, że mnie kocha.”

I mimo że nie wszyscy dzielili się publicznie (mówił jeszcze Gibson i Marcin – modlitewna reprezentacja wspólnoty), mogę stwierdzić po przeprowadzonych z nimi rozmowach, że każdy ma coś ważnego do powiedzenia. Nauczyłam się też w związku z tym „nie oceniać książki po okładce”.

Na przykład Kuba, chociaż nie mówi świadectw, gra z nimi od pięciu lat i nie przeszkadza mu to, że wciąż mówią o Bogu, chodzą do kościoła, modlą się na różańcu (charyzmatycy!). Przyjaźni się z nimi i widzi, że to, co robią, jest prawdziwe, a nie udawane. Ich świadectwo z pewnością do niego trafia i choć może sam jeszcze nie do końca jest przekonany o tym, że Bóg działa w jego życiu, wierzę, że jest na to otwarty. Pojechał z nimi w trasę, chociaż miał na głowie dwa poważne egzaminy (gratuluję zaliczenia!). Uważam, że taka postawa ma sens i jest naprawdę wielka!

Później znowu coś grają i następuje przyjęcie Jezusa. Grupa, do której (w większości) należą, jest wspólnotą ewangelizacyjną, a koncerty to przecież ewangelizacja w pigułce. Dlaczego mieliby udawać, zawoalowywać? Nie boją się tego, że dużo ludzi ich skreśla i jako muzycy nie mają wstępu do wielu miejsc. Prowadzi ich Duch Święty, są twardzi i silni, nie dają się zdmuchnąć. Kiedyś grali na deptaku nad morzem i do Pawła podszedł pewien człowiek, który powiedział mu, że dla niego jest wielki, że tak potrafi. Takie sytuacje mówią same za siebie. Co z tego, że ludzie będą odchodzić zażenowani, że będą się śmiać, kiedy wystarczy, że jedna osoba zachwyci się ich postawą. Warto zaryzykować! Ale sama doświadczyłam, jakie to jest trudne.

W ostatni wieczór był koncert w Koszalinie, w typowym klubie studenckim: piwko, papieroski i te klimaty. No, tu na pewno nie będzie tzw. „przyjęcia”, może jakieś króciutkie świadectwo (ale Paweł chyba takich nie umie mówić). Ludzie totalnie zamknięci, sceptyczni i zupełnie niezainteresowani. Jeszcze póki była muzyka, to nawet grupka się zebrała i tańczyła, ale potem wszyscy się zniechęcili. Nie jest to żyzna gleba, na której można coś zasiać. Ale najwyraźniej Paweł miał inne zdanie: nie tylko dzielił się przez pięć minut, „przyjęcie” też się znalazło w programie. I to nie takie, jak w salkach akademickich: zamknąć oczy, położyć rękę na sercu i wypowiedzieć modlitwę. Nie. Trzeba było wyjść na środek. Pomyślałam, że zwariował. Sama wyszłam jako ostatnia, bo nie chciałam, żeby ktoś pomyślał, że jestem „podstawiona”. Poza tym było to dla mnie strasznie trudne. Ale wtedy zobaczyłam, co to znaczy prawdziwy radykalizm. Łatwo jest głosić Ewangelię chłonnym studentom z duszpasterstwa czy otwartym gimnazjalistom z Oazy. Ale buntownikom, którzy będą śpiewać „Jezus” z szyderczym uśmiechem na ustach? Nie, tam już nie ma sensu, tylko się skompromitujemy. To prawda, że nie zawsze widzimy owoce, ale my mamy tylko siać, ktoś inny zbierać będzie.

W Koszalinie mówił także Gibson (niezwykła odwaga! – wtedy już z sali biło prawdziwe zniechęcenie): „Nie musicie wyjść stąd smutni” – zaczął i widać było, że Duch Święty prawdziwie napełnia go radością – „i nie chodzi tu o wesołkowatość, o to, żeby było śmiesznie. Chodzi o autentyczne szczęście, które pochodzi tylko od Boga. Wielu ludzi żyje tak, że wszystko dla nich jest ważniejsze od Niego, stawiają sobie różne cele i nawet kiedy udaje im się je osiągnąć, pozostają smutni, bo tylko Jezus jest źródłem prawdziwej radości. On całkiem odmienił moje życie, dzięki niemu mogę trwać w czystości z moją dziewczyną, mogę żyć pełnią Jego miłości i każdy z Was może tego doświadczyć, kiedy otworzy się na Niego. Pamiętajcie: nie musicie wychodzić stąd smutni!”

Pytałam, czy spotkali się z prześladowaniem i szykanowaniem. Zdarzało się, ale niezwykle rzadko. „Kiedyś przyszło czterech gości z wódą” – opowiadali – „przeklinali, wyzywali, krzyczeli, żeby Paweł spadł ze sceny i złamał nogę. Ale wtedy Paweł powiedział, że na Imię Jezus zgina się każde kolano, po czym jednego z nich rzuciło na ziemię.”

To Bóg troszczy się o wszystko, napełnia ich odwagą i wlewa pokój w serca. Racjonalnie i po ludzku taka postawa byłaby czymś w rodzaju samobójstwa, ale kiedy patrzy się na nią z perspektywy słów Jezusa, które cytowałam na początku, nabiera ona zupełnie innego wydźwięku. Chwała Panu, że do dziś posługuje się On ludźmi w taki sposób i za to, że oni umieją przyjąć Jego wezwanie.

fot. archiwum zespołu