Rafał Boniśniak – perkusista, kompozytor, aranżer i producent muzyczny, lider zespołu New Day
RAFAŁ BONIŚNIAK
Przed napisaniem tych słów poszedłem do stojaków z płytami i ze zdziwieniem zacząłem oglądać niektóre swoje płyty CD, z których najstarsza jest z 1992 roku.
Pierwsza muzyka, z którą świadomie miałem do czynienia radując się dźwiękami i melodiami, to były piosenki nadawane w radiowej Trójce, głównie lista Marka Niedźwieckiego.
Jako nastolatek miałem wówczas swoich faworytów w postaci zespołów grających mocno i na temat. Ponieważ już wtedy zainteresowałem się perkusją, nacisk był głównie na zespoły rockowe, takie jak Led Zeppelin, Deep Purple czy AC/DC. W latach 80. zdobycie płyt tych zespołów kosztowało nieco zachodu, ale potem słuchało się ich do zdarcia taśmy, często szpulowej. Do dziś znam każdą frazę z „Made in Japan” Deep Purple. Moje zainteresowania dość gwałtownie zmieniły biegun, kiedy zacząłem chodzić do szkoły muzycznej i Jacek Olter podarował mi solową płytę Jacka DeJohnette’a „New Directions” z 1978 roku. I wtedy się zaczęło. Ta płyta zmieniła moje myślenie o muzyce i o bębnach. To, że istnieje granie linearne wyrzuciło mnie w kosmos na kilka ładnych lat. Słuchałem niezliczonej ilości perkusistów jazzowych szukając inspiracji i natchnienia. Podczas różnych wyjazdów wyszukiwałem gdzieś po komisach płytowych CD wykonawców, których wtedy podziwiałem: Billy Cobham, Dave Weckl, Steve Gadd czy Gene Krupa.
W średniej szkole muzycznej odkryłem również muzykę poważną, a przede wszystkim Mozarta, Chopina, Paganiniego czy Beethovena, po których również dziś sięgam bardzo chętnie. W połowie lat 90. zaczęły docierać wreszcie kompakty z innych krajów, więc było o wiele łatwiej o muzykę, której szukałem. Trafiłem na muzykę etniczną, przede wszystkim afrykańską. Oliver Mtukudzi, Miriam Makeba czy Al. Farka, to tylko kilku wykonawców, którzy zaczarowali mnie na kilka ładnych lat. Później, podczas pobytów w Afryce zawsze chętnie szukałem sklepów z płytami i wyciągałem od właścicieli informacje, kto jest kim. Często okazywało się, że dany wykonawca mieszka dwie ulice dalej i że ma w zwyczaju przychodzić do sklepu na pogawędkę. No i przychodził, polecał, oczywiście swoją płytę. Nie wypadało odmówić, ale nie żałuję, bo dzięki temu mam kolekcję prawdziwych unikatów (czasami nakłady do 100 CD).
Ostatnie lata to fascynacja twórczością jegomościa, który potrafi zagrać i zaśpiewać dwugodzinny koncert bez zadyszki. Phil Collins ze swoim charyzmatycznym głosem jest obecnie moim muzycznym numerem jeden. Jego „Live and Loose in Paris” (1998) rozpoczęło zupełnie nowy etap moich muzycznych poszukiwań. Czyli koło się zamyka – znów bębny na pierwszym planie.
