
„Granie muzyki, jej tworzenie, ma w sobie coś z magii – kilka osób przy pomocy instrumentów i głosu stara się znaleźć pomiędzy sobą nić porozumienia. Gdy je odnajdzie, nie pytają już po co i dlaczego grają, tylko dają się mu porwać. Eo Nomine porwało nas trochę przypadkiem, ale czujemy, że zadziałała tu swoista Boża chemia.”
Z muzykami grupy Eo Nomine rozmawia o. ANDRZEJ BUJNOWSKI OP
Piszemy o Was po raz pierwszy. Skąd pochodzi Eo Nomine?
Marek Choszczyk (manager zespołu): Hmm… To trudne pytanie. Mógłbym powiedzieć, że ze stolicy, ale… gitarzysta z Radomia, perkusista z Teresina, basista z Siedlec, skrzypek, wokalistka, pianista i ja z Warszawy.
Nie jesteście nowicjuszami. Zespół tworzą muzycy grający na co dzień z Piaskiem, Goyą, Moniką Brodką, Kubą Badachem, Ewą Urygą, Wojtkiem Pilichowskim. A zatem – superzawodowcy. Skąd pomysł wśród takich osób, żeby grać muzykę religijną, zwłaszcza w czasach, kiedy, jak się wydaje, świat jej nie chce?
Dorota Choszczyk (wokalistka): Myślę, że każdy z nas odnalazł w życiu jakąś drogę, która prowadzi do Chrystusa. Nasze wspólne spotkania, tworzenie muzyki, koncerty, to dla chłopców z zespołu inny świat. Grając z gwiazdami realizują się jako muzycy, w Eo Nomine – jeszcze szerzej. Grupa powstała na bazie mojego parafialnego zespołu młodzieżowego Bociarze, który istniał w latach 1992-1996. Przez wiele lat odnosiliśmy sukcesy na wszelkich festiwalach i przeglądach piosenki religijnej, do czasu kiedy w naszym życiu pojawiły się nowe obowiązki – założyliśmy rodziny, pojawiły się dzieci… W moim sercu wciąż gdzieś głęboko tliła się iskierka nadziei na reaktywację zespołu. Miałam zaszczyt brać udział w nagraniach płyty „Jasnogórska Pani” z chórem Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego. Uzyskała ona status platynowej i razem z Eo Nomine zagraliśmy koncert, na którym wręczano ją mnie i mojemu ojcu. To była ta iskra! Na początku, w składzie zespołu byli zupełnie inni, dziś myślę, przypadkowi muzycy. Tworzący go obecnie, znaleźli się w nim też trochę przez przypadek (na zasadzie zastępstwa), zostali w nim jednak, ponieważ tu znaleźli radość wspólnego tworzenia muzyki w – Chrystusie. Dostaliśmy od Stwórcy talenty i staramy się je pomnażać najlepiej jak potrafimy. Cieszę się, że każdego dnia rano mogę być wdzięczna Bogu za Eo Nomine.
Damian Orłowski (kompozytor, aranżer, skrzypek): Granie muzyki, jej tworzenie, ma w sobie coś z magii – kilka osób przy pomocy instrumentów i głosu stara się znaleźć pomiędzy sobą nić porozumienia. Gdy je odnajdzie, nie pytają już po co i dlaczego grają, tylko dają się mu porwać. Eo Nomine porwało nas trochę przypadkiem, ale czujemy, że zadziałała tu swoista Boża chemia. Muzyków naszego zespołu wiąże ze sobą najsilniej szczera frajda wspólnego spotykania się. To podstawa, bez której żadne działanie nie byłoby możliwe. Rzeczywiście, zespół tworzą profesjonalni muzycy, ale nie jest to dla nas powód do zadzierania nosa, daje nam to raczej pewność i zaufanie co do własnych możliwości. Dzięki temu wiemy, że możemy wiele od siebie wymagać. Dla naszej grupy ważny jest też żywy kontakt z publicznością. To swego rodzaju pokarm, który utrzymuje nas przy życiu i napędza. Grając muzykę religijną możemy obcować na koncertach z czymś, czego nie ma na innych występach. Tym, co różni koncerty muzyki chrześcijańskiej od wszelkich innych jest wyjątkowe współuczestnictwo w nich publiczności. Na scenie czujemy wręcz namacalnie, jak nasza muzyka będąca swego rodzaju modlitwą, łączy się z modlitwą uczestników, doświadczamy też ich wdzięczności. Koncert nie jest dla nich tylko „fajną imprezą”, ale chwilą radości, zadumy, może – piękna? Dla nas to wystarczający powód, by robić to co robimy i nie zastanawiamy się, czy świat tego chce, czy nie. Dopóki będzie garstka osób, dla których to, co robimy jest ważne i dobre, dopóty będziemy mieli pewność, że warto…
Wasza działalność nie jest zatem jakimś kaprysem, swoistym „hobby” członków zespołu, taką „sympatyczną pracą po godzinach”?
Dorota: Codziennie modlę się o mądrość i o wytrwanie w tym co tak długo i mozolnie budowaliśmy razem z Markiem. Nie jest to łatwe, zważywszy na to, że mamy rodzinę i mnóstwo obowiązków. Chłopcy grają koncerty w różnych miejscach w Polsce i zagranicą, więc częste próby zespołu nie są możliwe. Nie chcemy tego stracić, bo istnienie Eo Nomine to dla nas wszystkich odskocznia od codzienności. Damian twierdzi, że jesteśmy zbiorem różnych osobowości i charakterów… Każdy z nas ma swój krzyż, ale razem łatwiej jest go nieść. Wiadome jest również to, że prowadzenie takiego zespołu wiąże się z kosztami. Podziwiam Marka za upór i wiarę. Na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za koncerty zespołu. Ile musi ścieżek wychodzić, ile drzwi sforsować, wie tylko on sam.
Dlaczego, Waszym zdaniem, rola muzyków w ewangelizacji jest dziś tak ważna?
Dorota: Wiadomym jest że kultura Kościoła (dzięki Bogu!) ewoluuje, mam na myśli choćby postęp i rozwój muzyki religijnej. Przez ostatnie kilkanaście lat powstało w Polsce kilkadziesiąt zespołów grających CCM, która obejmuje niemal wszystkie gatunki muzyki chętnie słuchanej przez dzieci, młodzież czy dorosłych. Ważne jest to, że grupy te tworzą często najlepsi i najpopularniejsi polscy muzycy. Wszyscy wiemy, że w tej muzyce główne miejsce zajmuje przekaz, a Boże przesłanie zawsze będzie dotykać serca człowieka. Im doskonalszy warsztat, tym mocniejszy przekaz. Przecież być chrześcijaninem, to głosić Jezusa!!! Jeśli jesteś w zespole, który świadczy o Nim słowem i życiem, to twoja rola w ewangelizacji jest ogromna!
Jak powstają Wasze piosenki?
Damian: Powstawanie piosenek, to dla mnie zupełnie niezrozumiały i owiany tajemnicą proces. Nie mam pojęcia jak one powstają! Najpierw jest tekst.
Gdy czuję, że wystarczająco mocno przemawia, gdy czuję, że ma swój rytm, zaczynam szukać klimatu i charakteru muzyki, który by go wzmocnił i wypełnił.
Szukam czegoś, co nada piosence oryginalny i silny charakter, tak by mogła zacząć żyć swoim życiem. I nagle, nie wiadomo skąd pojawiają się dźwięki, melodia, harmonia, rytm, puls, tematy, frazy, kontrapunkty, forma… Ale tak naprawdę, skąd się to wszystko bierze?
Dorota: Rzeczywiście, nie ma jakiejś konkretnej recepty na dobrą piosenkę. W moim przypadku teksty, które piszę powstają najczęściej w samochodzie Marka. Nigdy nie udało mi się napisać czegoś na zawołanie. Jeśli czuję nad sobą presję, to mogę długo siedzieć nad czystą kartką. A zazwyczaj jest tak, że natchnienie odrywa mnie od zajęć domowych (pranie, gotowanie, sprzątanie). Wtedy nic nie jest ważne, mam pomysł i muszę go zrealizować. Tak było z jedną z naszych piosenek – „To jest mój Pan”, do której napisałam tekst i melodię. Pomysł podsunęły mi nasze córki, Ada i Kama, w trakcie gotowania zupy pomidorowej. (Może sobie ojciec wyobrazić co się stało z zupą!) Od zawsze czułam, że Jezus jest moim Panem, że bez Niego nie ma nic. Ale chciałam, aby każdy zagubiony człowiek mógł Go poznać. Stąd słowa: To jest mój Pan, uwielbiaj Go! To jest mój Pan, wywyższaj Go… Proszę, wielbij, wielbij Go, kochaj całym sercem! Nie powtarzaj, że przecież tego nie chcesz… Melodia do tych słów to wyraz tego pragnienia.
Znakomicie brzmią Wasze chórki, kto je aranżuje i wykonuje?
Damian: Chórki, to jeden z elementów piosenki, często traktowany dość sztampowo… Ja bardzo lubię chórki, zawsze zwracałem uwagę na nie w znakomitych amerykańskich produkcjach z gatunku soul, gospel, rhytm and blues. Staram się, by chórki w naszych piosenkach były mocnym elementem, by poszerzały spektrum harmoniczne, by były wyraziste, by trochę zaskakiwały.
Chcę, by nie były banalne, czasem lubię z nimi trochę pokombinować, czym zaskarbiłem sobie dozgonną sympatię dziewczyn, które je wykonują: Moniki i Kasi…
Wymienione przez Ciebie gatunki słychać w Waszej muzyce. Czy nie sądzisz, że dziś trudno jest w nich powiedzieć coś nowego?
Damian: Podziały na gatunki i kategorie nie mają, tak naprawdę, większego sensu. Nie chodzi o to, by za wszelka cenę powiedzieć coś nowego, ale by powiedzieć coś swoim głosem. Nasza muzyka, to mieszanka wielu różnych stylów i inspiracji, rzeczą jednak dla nas najważniejszą jest, by pośród nich nie zagubić samych siebie, by niczego nie kalkować, tylko znaleźć swoje brzmienie, swój charakter, swój głos.
O swojej żonie, wokalistce grupy, mógłbyś Marku pewnie mówić godzinami. Czy w domu też często śpiewa?
Marek: Cóż, ma ojciec rację, mógłbym o niej wiele mówić, ale powiem tylko parę słów. Nasz dom wygląda normalnie, praca, obowiązki, rodzina – trójka dzieci (śpiewających!), pies i kot. Jest tu więc wystarczająco gwarno i wesoło. W Święta Bożego Narodzenia siadamy całą rodziną i przy akompaniamencie dziadka, taty Doroty, śpiewamy kolędy. Oczywiście taką atmosferę zawdzięczamy Dorocie. Ale wracając do meritum, Dorota w domu bardzo mało śpiewa, ponieważ ma kontakt z muzyką na co dzień poza nim. Jest instruktorem nauki śpiewu dzieci i młodzieży, w naszej parafii prowadzi scholę dziecięco-młodzieżową, która co niedzielę śpiewa na mszy świętej, uczęszcza na indywidualne zajęcia z emisji głosu, bierze udział w wielu projektach nagraniowych i koncertowych. Zatem do domu Dorota wraca najczęściej na „zasłużony odpoczynek” i bycie z rodziną. Śpiewanie też „idzie” odpocząć.
W minionym roku występowaliście na wielu scenach. Kilka słów o najważniejszych koncertach…
Dorota: Miniony rok, to głównie koncerty poświęcone papieżowi Janowi Pawłowi II, przez które chcieliśmy umożliwić ich uczestnikom poznanie choć w niewielkim wymiarze jego niezwykłości. Nadrzędną ideą koncertów było wspieranie starań o wyniesienie go na ołtarze i uznanie przez świat za największy autorytet moralny naszych czasów. Oczywiście, nie mogę zapomnieć o IV Ogólnopolskim Festiwalu Muzyki Dobrej w Warszawie, na którym otrzymaliśmy nagrodę publiczności, Festiwalu Twórczości Chrześcijańskiej „KAIROS”, gdzie zajęliśmy II miejsce w kategorii zespołów zawodowych, koncercie na odpuście w Parafii św. ojca Pio w Warszawie, koncertach kolędowych, na których staraliśmy się nawiązywać do pięknej polskiej tradycji kolędowania, „ubarwionej delikatnie jazzującymi frazami i góralskim folklorem spod samych Tatr, rozwibrowanej funkową pulsacją, ubranej w cieplutki soulowy kożuszek”.
Dla kogo najchętniej gracie?
Dorota: Dla wszystkich. Małych, większych i największych, szczęśliwych, miłujących, wierzących, i tych zagubionych, zmęczonych, poszukujących. Chcemy aby nasza twórczość trafiała do jak największej liczby osób.
Na stronie internetowej zespołu – www.eonomine.pl – usłyszeć można kilka Waszych piosenek w formacie MP3. Czy można spodziewać się wydania ich wkrótce na jakiejś płycie?
Marek: Mamy nadzieję. Prowadzimy wstępne rozmowy ze sponsorami. Nie jest to jednak prosta sprawa. Materiał na płytę jest już częściowo przygotowany, ale jeszcze dużo pracy przed nami. Jeśli Pan Bóg pozwoli, to jesienią ruszy promocja krążka. Utwory, które są zapowiedzią płyty i które można usłyszeć na wspomnianej stronie, to: „Słowo”, „To jest mój Pan” i „Modlitwa”.
Czy w najbliższych tygodniach – miesiącach, wiadomo już, gdzie będzie można usłyszeć Eo Nomine?
Marek: W tej chwili ustalamy trasę koncertową. O wszystkich koncertach można dowiedzieć się na naszej stronie! Pozdrawiamy Wszystkich i zapraszamy do odwiedzenia jej!





