„Hagiograf” – Teatr Niezależny

Przez IV Rzeczpospolitą przetacza się dyskusja o współczesnym patriotyzmie. Aktorzy zawsze chętnie włączali się w ten nurt – dając świadectwo prawdzie. W skomercjalizowanym świecie, gdzie sztuka miesza się z reklamą, a reklama chętnie korzysta z artystycznych dokonań, gdzie wszystko dzieje się w zawrotnym tempie – istnienie Teatru, który stara się zaspokajać głęboką potrzebę współczesnego człowieka na uczestniczenie w nowej kulturze, opartej na szacunku dla prawdy i piękna, dla człowieka i Boga samego – brzmi jak wyzwanie.

Z Izabelą Drobotowicz-Orkisz o byciu aktorką we współczesnym świecie rozmawiają URSZULA JAGIEŁŁO i ANNA SALAWA

Izabela Drobotowicz-Orkisz – aktorka, która razem z Jackiem Lecznarem założyła krakowski Teatr Hagiograf im. św. Teresy z Lisieux. Swoje spektakle teatr buduje na tekstach Jana Pawła II i sylwetkach Świętych. Urodzona w Gdańsku. Ukończyła PWST w Krakowie. Przez wiele lat grała w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, także w Teatrze Atelier w Sopocie. Obok pracy na scenicznych deskach zajmowała się filmem. Zarówno jako aktorka (m.in. „Dziewczęta z Nowolipek”, „Rajska jabłoń”), jak i reżyser („Zamieszkać z Tobą” – I nagroda w kategorii filmu fabularnego na XIII MFFK w Niepokalanowie 1998).

W dzisiejszym świecie trudno o miejsce w dobrym teatrze. Aktorzy sami zabiegają o to, żeby w ogóle móc gdzieś grać. Jak w tej sytuacji zachować indywidualność? Czy Pani, zrywając kiedyś z tradycyjnym teatrem, nie bała się, że to koniec?

Oczywiście, że się bałam! Mało tego, założyłam sobie, że nie będę pracowała w żadnym teatrze etatowym. Dwanaście lat przepracowałam w Teatrze Wybrzeże, kilka dobrych ról zagrałam w offowym Teatrze „Atelier” w Sopocie, gdzie pracowałam m.in. z Agnieszką Osiecką. I to sprawiło, że zaczęłam na teatr patrzeć zupełnie inaczej. Zaczęłam dostrzegać, że mogę sama stworzyć pewną nową wartość. Jeszcze nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę. Ale wiedziałam, że absolutnie jestem już poza orbitą chodzenia w zaprzęgu!

Proszę opowiedzieć o początkach powstania Towarzystwa „Hagiograf”. Skąd się wziął pomysł na jego założenie, jak było z przebiciem się w środowisku?

Już od pięciu lat grałam mój monodram o Świętej Teresie z Lisieux wg jej „Dziejów duszy”. Miałam za sobą około 100 spektakli, od prapremiery w Rzymie w 1996 r., i chyba ta Panna z Nieba, powiedziała: “No, załóż teatr, załóż teatr”. A ja mówiłam: „Jaki teatr?!”. W pojedynkę? Jakbym nie wiedziała, że w Krakowie istnieje co najmniej kilka takich jednoosobowych teatrów – Michałowskiej, Wojciechowskiej… Nie mieściło mi się to jakoś w głowie. W tym czasie spotkałam po latach Jacka Lecznara, mojego kolegę z PWST, który skończył właśnie współpracę z Teatrem w Rzeszowie i przeniósł się do Krakowa. To był moment kiedy „ciągałam za szkaplerz” św. Teresę mówiąc: „Dobrze, niech się znajdzie choć jedna osoba, która myśli tak jak ja”. I spektaklem „Millenium”, dotyczącym tysiącletniej tradycji polskiego chrześcijaństwa, w kościele Świętego Krzyża, 10 marca 2001 roku, zainaugurowaliśmy działanie Teatru „Hagiograf” im. św. Teresy z Lisieux. Teatr ten nie był instytucją formalną. Z czasem pomyślałam, że mogłaby to być rzeczywiście instytucja, która otrzymywałaby dotacje na swoją działalność. W 2004 roku przekonałam 18 osób – aktorów, którzy są takimi „wolnymi strzelcami” jak ja i Jacek, literatkę, oraz wielbicieli teatru – niekoniecznie zawodowo z nim związanych. I takim sposobem założyliśmy Stowarzyszenie.

W wielu wypowiedziach podkreślała Pani, że powstanie Stowarzyszenia zostało zainspirowane myślą Norwida. Czy mogłaby Pani coś więcej na ten temat powiedzieć?

Prof. Zofia Trojanowicz z Uniwersytetu w Poznaniu, na sesji o Norwidzie w 2003 roku wygłosiła na Wawelu wykład o jego społecznych projektach. Jeden z nich zainspirowany był nowym, pięknie ilustrowanym przekładem Biblii we Francji. Pomysłem Norwida było zaangażowanie polskich artystów rozrzuconych po świecie, w czasie gdy ojczyzna straciła niepodległość, by swoją sztuką stworzyli naszą wersję Biblii. Chciał zgromadzić przede wszystkim malarzy i edytorów. Owo Towarzystwo Artystyczno-Biblijne, bo tak je nazwał, miało się troszczyć o zachowanie tożsamości narodowej Polaków. My przez swoją działalność również staramy się to robić. W swoich spektaklach przybliżamy na przykład dzieło i osobę Ojca świętego, Jana Pawła II. “Nie lękajcie się” – to przedstawienie w całości złożone z fragmentów jego homilii, wygłaszanych w trakcie wszystkich pielgrzymek do ojczyzny. Wielu księży mówiło mi, że to nie ma sensu, że to za trudne. Spektakl, gdzie dwoje aktorów czyta teksty papieża okraszone jakąś refleksyjną muzyką nie wzbudzi zainteresowania. Jednak gdziekolwiek się z tym zjawiamy, odbiór jest bardzo żywy, pełen skupienia, wzruszenia. I od pierwszych oklasków cała publiczność stoi. My nie staramy się specjalnie tych tekstów interpretować. Wypowiadamy je po prostu ładną, wyraźną polszczyzną. Ale są to słowa Ojca Świętego wyrwane z kontekstu emocjonalnego, jaki zwykle towarzyszył spotkaniom z nim. I okazuje się, że wtedy jeszcze mocniej dociera do ludzi sens tych słów. Przybliżamy też postaci świętych, bo takie jest przede wszystkim jest zadanie „Hagiografu”.

Kim jest dla Pani św. Teresa z Lisieux?

Przede wszystkim duchową wyjątkową przyjaciółką. Duchowym przewodnikiem. Bardzo wiele otrzymałam przez jej wstawiennictwo. Od spraw najdrobniejszych, jak: „Teresa, Teresa, pomóż, bo muszę dziecku wiolonczelę dowieźć na czas”, po uzdrowienie duchowe i fizyczne naszej córki, która była chora na białaczkę. Weronika, w szpitalu, jeszcze łysa po chemii, przyjęła bierzmowanie obierając właśnie imię Teresy. Ona wyprowadziła mnie z różnych moich zranień, dała mi odwagę w życiu.

W jakim momencie swojego życia Pani się z nią spotkała?

Jako młoda osoba, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z wartości Obcowania Świętych. Bardzo się to zmieniło po moim udziale w spektaklu „Dialogi Karmelitanek” w Teatrze Wybrzeże. Dzięki niemu mogłam poznać Karmelitanki Bose i od nich też dostałam habit, w którym gram monodram. Żyję z nimi w wielkiej przyjaźni. Kiedy zastanawiałam się nad realizacją monodramu, moja koleżanka, filolog, powiedziała mi, że moja natura i moja wewnętrzna siła, powinny sprzyjać projektowi ukazującemu Wielką Teresę z Avila. Pojechałam do zaprzyjaźnionych Sióstr do Orłowa, gdzie matka Immaculata Adamska powiedziała mi: „Dziecko, Wielka Teresa będzie już zawsze wielką, ale w przyszłym roku (1997) nasz papież ogłosi Małą Teresę doktorem Kościoła. Niech Pani zrobi o niej spektakl. To będzie bardzo potrzebne”. I ja w takiej “karmelitańskiej” pokorze zgodziłam się. Ale co przeżyłam, to moje. Kiedy czytałam “Dzieje Duszy” po raz pierwszy, ciągle mając w pamięci Wielką Teresę, myślałam: co to za dziewcząteczko? Ale owo “dziewcząteczko” zbawiało świat zamknięte za kratami. To nie była wcale nudnie pokorna dziewczynka. To heros, ukryty pod postacią dziecka. Ona jest perłą, którą mi ofiarował Karmel Bosy, dzięki niej wiem, co to jest pokora. Bo pokora to nie jest uległość, kłanianie się wszystkim w pas. Pokora jest czymś o wiele trudniejszym. Jest widzeniem siebie i świata w prawdzie. A to boli. Ale powoduje, że człowiek staje się prawdziwie sobą. Zaczyna rozumieć, że szczęście nie jest brakiem cierpienia. Zabawa i konsumpcja. Czasami można to wszystko mieć i być głęboko nieszczęśliwym. Myślę, że człowiek jest szczęśliwy wtedy, gdy czuje się czysty wewnętrznie, gdy żyje w łączności z Bogiem. Wtedy choćby się działo nie wiadomo co, mimo wielkiego bólu, potrafi odnaleźć to wewnętrzne szczęście, to błogosławieństwo.

Wspomniała Pani o spektaklu opartym na homiliach Jana Pawła II. Jak Teatr „Hagiograf” przybliża Jego słowa?

Papież stawiał od początku szalenie wysokie wymagania. Przeczytajmy dziś „Magnificat”, jego poemat, który był traktowany przez niektórych jako “nawiedzenie romantyczne”. Tam znajduje się proroctwo jego papiestwa! A napisał go mając 19 lat! Jak się tym nie fascynować?! Tak samo jest z dramatami, m.in. z “Hiobem”. Sam tym Hiobem się staje… Traci mamę, traci siostrę, brata. A jako dziewiętnastoletni mężczyzna, wracając z pracy, zastaje martwego ojca, najbliższą osobę. Przecież on staje wobec tego wszystkiego sam i idzie dalej! Ku źródłu, jak pisze w “Tryptyku Rzymskim”. Niektórzy ludzie na początku nie rozumieli „ Tryptyku” i krytykowali go. A dziś po latach już widać, czym on jest. Jest nie tylko testamentem Jana Pawła II, ale cudownym zapisem tego, co najważniejsze w życiu człowieka. Dla każdego człowieka, w każdym wieku znajdzie się w tym poemacie coś, co go poruszy do głębi.

Przejdźmy teraz do spektakli teatralnych. Gdzie obecnie można zobaczyć Pani spektakle?

Jedynym z takich miejsc jest Kaplica Włoska w kościele oo. franciszkanów w Krakowie. Zawsze w drugie czwartki miesiąca o 18.00 wystawiamy “Oblicza imion”. Od dwóch lat wszystkie spektakle są poświęcone Janowi Pawłowi II.
W zeszłym roku dotyczyły jego dzieł i twórczości, a w tym roku hasło brzmi: “Świeci żyją świętymi”. Mówimy o tych świętych, którzy byli najbliżsi Papieżowi, najbardziej zaznaczyli się w jego życiu. Od Ludwika Marii Grignione de Montfort, przez świętych Karmelu, po przyjaciół, tj. Jana Tyranowskiego, b-pa Jana Pietraszko, Sługę Bożego Jerzego Ciesielskiego. Nasze spektakle i koncerty odbywają się ponadto w bardzo różnych miejscach w Krakowie: w kościele św. Krzyża, w Bazylice oo. franciszkanów. Sporo także z nimi jeździmy. Niedawno realizowaliśmy projekt o przewodnictwie św. Teresy w życiu duchowym siostry Dulcissimy Hoffman w Świętochłowicach.

Gdzie należy szukać informacji o datach spektakli?

Najlepiej przyjść na spektakl Hagiografu, albo wejść po prostu na stronę www.republika.pl/hagiograf.

Czy w najbliższym czasie planowana jest jakaś premiera?

Nie mogę wszystkiego powiedzieć, ale tak, rzeczywiście podejmowane są intensywne prace i planowana jest premiera, która nie doszła do skutku w zeszłym roku, na pięciolecie Teatru „Hagiograf”. Odbędzie się w listopadzie tego roku.

Czy nie obawia się Pani, że wystawiając sztuki religijne, zacieśnia Pani sobie krąg widzów i że kiedyś może ich być za mało?

Ja na swoją publiczność pracuję już 10 lat i ona naprawdę jest “Hagiografowi” wierna. Na nasze spektakle przychodzi co najmniej 50 osób. Na koncertach może kościół franciszkanów nie pęka w szwach, ale jest pełny. Myślę, że to ważny sygnał dla wszystkich, którzy chcieliby coś sami stworzyć, ale boją się braku publiczności. Jak będzie ktoś chciał założyć firmę, która produkuje pieczątki, to też się będzie bał. Najważniejszą rzeczą jest wsłuchiwać się w to, co mamy w duszy i realizować to, ku czemu nam Pan Bóg dał talenty. I wtedy jest się na drodze ku szczęściu. To, że Bóg nam czasami nie daje powodzenia, to dlatego że nie chce byśmy się w sukcesie zgubili.

Jak to jest ze środowiskiem aktorów, zawsze wydawało mi się, że bardziej jest to środowisko świeckie. Jak Pani się w nim odnajduje?

Nasze aktorskie życie wymaga bardzo wielu sił, ale też szczególnej higieny. Często człowiek zaczyna gubić się we własnej psychice, nie umie utrzymać stałych relacji, ciągle rozmienia się na drobne. Tymczasem należy wciąż świadomie budować własną tożsamość, bo inaczej, nakładając kolejną maskę zapomnimy kim jesteśmy. To wymaga pewnej pracy wewnętrznej i skupienia. Jeśli nawet nie modlitwy, to przynajmniej pochylenia się nad sobą samym, po to, żeby potem znaleźć siłę do stworzenia kreacji.

Dla kogo grane są spektakle? Czy widzi Pani możliwość wychodzenia z ewangelizacją do środowisk niechrześcijańskich? Czy to, że spektakle odbywają się w kościołach nie jest ograniczeniem?

Gram dla ludzi świeckich, rzadko dla zakonników. Grałam wielokrotnie w Domach Kultury, w bardzo różnych miejscach. W Krakowie kilkakrotnie grałam swoją “Teresę” w Teatrze Zależnym. Bardzo wielką przyjemność sprawiło mi to, że osoby zupełnie niewierzące twierdziły, że udało mi się ich pociągnąć, że nagle znalazły się w egzotycznym dla nich świecie celi zakonnej. I choć wartości życia zakonnego są im zupełnie obce, to to co jest zawarte w jądrze życia ludzkiego, w samym tekście, bardzo je poruszyło. Nie mam poczucia, że gram dla jakiegoś getta.

Gdzie jest według Pani granica estetyki i moralności? Czy brutalność nie jest przypadkiem potrzebna w dzisiejszych czasach, by dotrzeć do widza?

Po tej kilkunastoletniej fali postmodernizmu i brutalności nastąpił taki moment, że nie można już zaskoczyć żadnym ekstremalnym zachowaniem, ale wręcz przeciwnie – łagodnością i wrażliwością. Dobrze, że ten moment przyszedł i to ślepe pójście za teoriami Zachodu zaczyna się wyczerpywać. Granica moralności i estetyki jest tam, gdzie nie naruszamy godności człowieka i tam, gdzie otwieramy drzwi do świata prawdziwych wartości.

Czy młodzi aktorzy kierujący się tak twardymi regułami mają szansę na zdobycie popularności?

To zależy od całej naszej postawy mentalnej, od tego, kim chcemy naprawdę być. Nie zaprzeczam, że robienie kariery i chęć bycia znanym ma sens. Uważam jednak, że dla dobra samego człowieka trzeba naprawdę mądrze rozważyć, jakiej ceny nie można za nią płacić. Ciekawe, że z większości roczników absolwentów szkół teatralnych, w wieku 45 – 50 lat często już tylko połowa zostaje w zawodzie. Dlaczego? Odpadają nawet takie osoby, które się świetnie zapowiadały, ale popełniły rzeczy, które obróciły się przeciwko nim. Jaką cenę zapłacę za moje ustępstwa? Jest taki kanadyjski film – “Jezus z Montrealu” – mówi on właśnie o tym temacie. Jedna ze scen przedstawia rozmowę młodego aktora z impresario. Rzecz dzieje się w przeszklonym biurze, na najwyższym piętrze drapacza chmur. Wszystko podkreśla sukces gospodarza, jego domniemane panowanie nad światem… Scena przypomina kuszenie Chrystusa na górze. Aktor nie ulega, wybiera mniej, żeby stać się więcej.

Jest teraz takie przekonanie, że jeśli nie będzie się głośnym, to człowiek sobie nie poradzi.

To jest nieprawda. Pozór, któremu wszyscy ulegamy. Potem nagle okazuje się, że matka Teresa z Kalkuty potrafiła skupić wokół siebie wielkie tłumy z całego świata. Czy ona krzyczała na rogach? Nie, ona mówiła: „Proszę, pomóżcie ludziom, popatrzcie na siebie, odmawiajcie różaniec w rodzinie, bo tak trudno przetrwać”. Takich osób jest wiele, nie tylko w habitach, również wśród ludzi świeckich. Człowiek będzie szukał prawdziwego, wewnętrznego światła, będzie poszukiwał prawdziwych autorytetów, jeśli ma w sobie tą potrzebę, której jeszcze nie przysypał. Szukamy źródeł nie wiedząc o tym, tęsknimy za tymi źródłami. To jest to, co zostawił nam w “Tryptyku Rzymskim” Jan Paweł II:

Jeśli chcesz znaleźć źródło,
musisz iść do góry, pod prąd.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj,
wiesz, że ono musi tu gdzieś być.