3, 2, 1… Startooj!

fot. Jacek Michalczyk

Gospel Rain ukończył 15 lat! I jeśli prawdą jest, że człowiek zmienia się co 7 lat, to o muzykach z zespołu można powiedzieć, że przeszli niejedną już przemianę życiową, duchową, a przede wszystkim muzyczną. A ostatnie lata przyniosły zmiany diametralne.

O nowej płycie Gospel Rain pisze ANNA BRYŁA

 

Po sześciu latach przerwy Gospel Rain wydał swą drugą płytę, zatytułowaną „Startooj”. W muzyce taki czas to niemalże epoka. Ale w czasie, jaki minął od wydania albumu „Ten, Kto przychodzi”, w życiu muzyków tego zespołu nastąpił przełom większy i znacznie ważniejszy niż ten, który można dostrzec w przestrzeni ich muzycznych poszukiwań, gustów, nowych brzmień. Z kilkuosobowego składu wokalnego Gospel Rain przekształcił się w trzydziestoosobowy chór, a zespół instrumentalny zasilili nowi muzycy. Najważniejszy wstrząs dokonał się jednak w samym życiu muzyków-założycieli grupy, którzy po trudnych doświadczeniach, w tym także osobistych upadkach, otrzymali łaskę odrodzenia do nowego życia. Ogromny wpływ na to miało zetknięcie Grzegorza Głucha i innych muzyków grupy z Odnową w Duchu Świętym. Właśnie w jednej z lubelskich wspólnot dokonało się ich nawrócenie, oddanie na nowo życia Jezusowi, które przyniosło owoc w postaci nowej wizji oraz formuły działania chóru. Od tego czasu Gospel Rain jest zespołem-wspólnotą dążącą do rozpalania ognia modlitwy uwielbienia.

Ilustracją wspomnianej przemiany jest nowa płyta Gospel Rain. Z pewnością jest ona dość różnorodna muzycznie, bo sięga do wielu stylów i źródeł, które pojawiają się w 14 piosenkach, w większości autorstwa Grzegorza Głucha. Pół roku temu zwiastunem albumu był tytułowy utwór „Startooj”, do nagrania którego zespół zaprosił Olgę Szomańską i raperów z Full Power Spirit. Atmosferę spontanicznego uwielbienia stworzyły na krążku zwłaszcza dynamiczne gospelowe piosenki, m.in.: „Dobrze znasz, Hosanna” (pochodząca z koncertu telewizyjnego w Dniu Papieskim w 2003 roku), czy „1:1” (to nie jest jedyny „sportowy” ślad na tej płycie!). Fascynację soulem i brzmieniami amerykańskiej północy zdradzają takie utwory jak „Twoja Wola” czy „On”. Wreszcie wśród wielu muzycznych klimatów najbardziej zaskakuje finałowa piosenka „Ojcze Nadziei”, jakby wprost przeniesiona z płyt Pat’a Metheny’ego. Ale najistotniejsze są pieśni (bo z pewnością nie piosenki), które są poruszającym świadectwem osobistego nawrócenia, jak np. „Jezu, oddaję Ci serce swe”, czy wołania o rzeczywistość przebudzenia w „Gdy przechodzisz blisko” – mają one szansę na spopularyzowanie na spotkaniach modlitewnych innych wspólnot. W realizacji nowego projektu, w którym brało udział niemal sto osób, wszystko przygotowane zostało z dbałością o szczegóły, widoczną choćby w specyficznym „soczystym” brzmieniu chóru czy instrumentów. Wreszcie nowy album Gospel Rain odkrywa świetne nowe głosy, m.in. Miry Krużel czy Sylwii Piotrowskiej. Wydawcą płyty jest Edycja św. Pawła. Portal internetowy RUaH jest medialnym patronem płyty.

O płycie (i nie tylko) mówią…

Sylwia Piotrowska:
W chórze śpiewam od dwóch lat. Przez ten czas wiele w moim życiu się zmieniło, wiele planów, które sama kreśliłam, uległo przekształceniu. Bóg otworzył mi oczy i pomógł mi odnaleźć się w bardzo ciężkich dla mnie chwilach. Moment trafienia do chóru był dla mnie wielkim błogosławieństwem i odnowieniem mojej z Nim więzi. To był czas, kiedy prawie straciłam wiarę przez pewien wypadek, który się zdarzył w mojej rodzinie. Bardzo bliską mi osobę skrzywdził – na całe życie – człowiek, który, wydawało się, żył blisko Kościoła i tego najbardziej nie mogłam zrozumieć. Ta bliska mi osoba do końca będzie nosić w sobie piętno tamtych wydarzeń, z których ledwo uszła z życiem. Nie znalazłam też zrozumienia i wsparcia w ludziach, którzy wtedy powinni podać mojej rodzinie pomocną dłoń. Po tym wszystkim jednak zrozumiałam, że jedyna nadzieja w Panu. Pamiętam, że bardzo często „chodziły” za mną słowa, żebym zwróciła swe oczy ku Bogu. Te wydarzenia jeszcze bardziej nas scaliły i pomogły przetrwać to, co dopiero miało się wydarzyć.
Rok po tym wydarzeniu mój tata zachorował na raka. Strasznie ciężko było się nam pogodzić z tą próbą, chociaż tata znosił wszystko bardzo dzielnie, nigdy się nie użalał, nigdy nie miał pretensji i nie pytał, dlaczego to na niego spadło. Martwił się tylko o nas. Cały czas Bóg pomagał nam pogodnie znosić jego chorobę. Niestety ponad roczne leczenie, chemioterapia, radioterapia i bardzo drogie, przeróżne leki nie pomagały. Lekarze w czasie wizyt powtarzali, że to i tak cud, że tata tak długo żyje. Nigdy nie doceniałam tak życia i chwil, jakie mogłam spędzić w domu, razem z moimi rodzicami. Tata zmarł w sierpniu tego roku. Bardzo cierpiał. W głębi serca wierzę, że również za mnie. Chcę pamiętać o jego pokorze i o tym, jak bez zbędnych pytań powoli zbliżał się do końca swojej ziemskiej drogi. Bardzo Go kocham!

Z perspektywy czasu wiem, że Bóg dał mi siłę przetrwania poprzez konkretne sytuacje, konkretnych ludzi, również z chóru. Poznałam też wspaniałego człowieka, który w czerwcu tego roku został moim mężem i teraz razem dzielimy swoje problemy i radości. Ten okres, kiedy trafiłam do chóru, mimo że prywatnie tak bardzo bolesny, z perspektywy miłosierdzia i łaski, jaką obdarzył mnie Pan, jest najwspanialszym czasem i za to będę Mu zawsze dziękować.

Łukasz Czarnowski:
Nareszcie jest! Tak naprawdę dopiero teraz odkryłem w moim sercu to, jak bardzo tęskniłem za tą płytą. I nie zaczęło się to w momencie, gdy dołączyłem dwa lata temu do składu Gospel Rain, czy też wtedy, kiedy zaczęliśmy pracę nad nowym materiałem. Ta moja osobista tęsknota za uwielbieniem Stwórcy poprzez muzykę pojawiła się bardzo dawno. Może wtedy, kiedy pierwszy raz usłyszałem koncert d-moll Bacha, a może wtedy, kiedy pierwszy raz wziąłem do ręki radziecką gitarę mojego starszego brata. Bóg pokazał mi swoją Miłość. Właśnie przez muzykę staram się Mu odwdzięczyć za ten cudowny dar, oddając Mu te dźwięki, które są może czasem nieporadne, ale mam wielką nadzieję, że „odkodowane” z Jego zamysłu i należące tylko do Niego.

Proces przygotowania materiału na płytę był dla mnie mozaiką ambiwalentnych przeżyć, z jednej strony czasem rozterek i rozczarowań, wystawiania na próbę relacji z bliskimi, a z drugiej – potężnym doświadczeniem obecności Boga i podążania według Jego jasno określonego planu. Ważne dla mnie było to, aby być perfekcyjnie przygotowanym do sesji nagraniowej (na tyle, na ile jest to możliwe – zawsze pojawiają się jakieś niespodzianki), ponieważ wiedziałem, że szatan może mieć pole do popisu, wykorzystując moje techniczne czy interpretacyjne niedomagania. Solidny warsztat, połączony z radością bezinteresownego muzykowania, spontanicznością w ramach pewnych reguł i oczywiście otwartością na podpowiedzi przyjaciół (i też aniołów) stały się dla mnie kluczem do przezwyciężenia tremy i udźwignięcia niełatwego zadania sesji nagraniowej. Tym bardziej, że robiłem to w takiej rozbudowanej formie pierwszy raz w życiu. Nie mnie osądzać, czy mój wkład w nagrania jest taki czy inny, dobry czy kiepski, jednego mogę być pewien, jest prawdziwy.

Grzegorz Głuch:
Muzykę, która zabrzmiała na płycie, nosiłem w sobie przez długie lata, które minęły od czasu wydania pierwszego albumu. Słowa, które wypowiedziałem na niej – choć napisane w różnych momentach mojego życia – zrodziły się we mnie jak dojrzały owoc znacznie później. Ciężka choroba mojej mamy, potem jej przedwczesna śmierć, stały się drogą do mojego nawrócenia, do doświadczenia przebaczenia moich grzechów i win, o których wstydziłem się nawet myśleć. Kiedy po oddaniu swego życia Jezusowi dane mi było poznać, jak gigantyczną moc duchową niesie uwielbienie – wszystko, co mówiłem przez muzykę, stało się dla mnie zupełnie odmienne niż do tej pory. Odtąd bowiem zapragnąłem wołać jak najprościej, jak najmocniej, jak najszczerzej, świadomie odrzucając woal poetyckich przenośni. Wiem, że Bóg zechciał przede wszystkim mojego serca, a nie formy, w której przez lata jako muzyk trwałem. Dlatego czuję, że utwory na tej płycie wyrażają najwierniej mojego ducha, takim, jakim jest on dziś: przepełnionego tęsknotą za czułością Ojcowską, owładniętego pragnieniem najpełniejszego zaistnienia Królestwa Bożego w moim życiu, otoczeniu, Kościele… Wyrażają mnie jako człowieka, męża, ojca i daleko potem jako muzyka, kompozytora czy lidera uwielbienia.

Samo przygotowanie i nagranie płyty było największym i najtrudniejszym dziełem mojego dotychczasowego życia. Nie tylko ze względu na rozmach tego projektu. Ten czas przyniósł mi wiele trudu i niejednokrotnie cierpienia, nieporozumień, skutków ścierania się wizji, objawów słabości i upadku. Dziś wiem, że opowiadając się za Jezusem, nie byłem absolutnie przygotowany na taką walkę duchową, która we mnie i o mnie się toczyła. To, co podczas tych ostatnich miesięcy działo się we mnie, było jak Boży miecz, który został włożony w moje serce dla radykalnego rozdzielenia tego, co jest światłością, od tego, co jest ciemnością. Ale w tworzeniu płyty, znacznie silniejsze od poczucia noszenia ciężaru, pojawiało się we mnie poczucie nowego zapału w uwielbieniu Jezusa, zachwytu nad Jego niepojętymi dziełami w Gospel Rain. Do końca życia nie zapomnę, jak On powoływał i na moich oczach przemieniał, często uwalniał ludzi Gospel Rain z poważnych niewoli. Wreszcie, jakby na zwieńczenie wielomiesięcznego czasu pracy nad materiałem, Bóg przyniósł mi (od)budowanie fundamentów nowej jedności w mojej rodzinie.

Tak bardzo pragnąłem, aby w uwielbienie, które prowadziłem z Gospel Rain, wszczepić całe moje życie, zwłaszcza te, jak dotąd „zabezpieczone” przed oddaniem Panu sfery. Nie byłem do końca świadomy konsekwencji tej prośby. Ale Bóg dał mi odpowiedź. Niepojęty w swych zamiarach, dał mi na nowo zanurzyć się w strumieniach nowego życia. Jemu za to chwała!

WordPress Gallery Plugin