Oni byli pierwsi

fot. archiwum redakcji

Do początku lat 70. nie pojawił się żaden znaczącej rangi wykonawca rockowy, który w swej twórczości dałby jednoznaczny wyraz swej chrześcijańskiej tożsamości.

O prekursorach muzyki chrześcijan pisze PAWEŁ GZYL

 

Zakazany Jezus

Przyczyn tego stanu rzeczy należałoby szukać w początkach rock’n’rolla. Kiedy pierwsze nagrania tego gatunku pojawiały się w amerykańskim eterze, przedstawiciele chrześcijańskich kościołów zgodnie potępili nową muzykę. Ich niepokój budziło afrykańskie pochodzenie dynamicznych rytmów, które poprzez swe pogańskie korzenie miały rozbudzać dzikie żądze i prowokować zwierzęce zachowania. Przedstawicieli białej klasy średniej przerażała myśl, że ich dzieci bawią się przy muzyce tworzonej przez czarnych wykonawców w rodzaju Chucka Berry’ego, Little Richarda czy Bo Didleya. Sprzeciw chrześcijan budził również seksualny aspekt rock’n’rolla. Tutaj nie chodziło już o Murzynów – to przecież Elvis Presley wprowadzał w stan ekstazy młode dziewczyny, ruszając zmysłowo biodrami podczas występów.

W efekcie przed kościołami płonęły stosy rock’n’rollowych płyt, kaznodzieje wygłaszali płomienne kazania potępiające gwiazdy nowej muzyki, a rodzice pilnowali, by ich pociechy nie wymykały się cichcem na „niebezpieczne” koncerty. Niebawem zaczęły pojawiać się książki, których autorzy „udowadniali”, że rock’n’roll jest muzyką diabła. Szczególne zasługi położył na tym polu Bob Larson, którego cztery bestsellery („Rock’n’Roll”, „The Devil’s Diversion”, „The Day Music Died”, „Rock And The Church”) na długo zraziły chrześcijan do nowego gatunku.

Było to o tyle dziwne, że większość twórców rock’n’rolla – zarówno czarnych, jak i białych – była chrześcijanami. Zaczynali oni przecież od kościelnych chórów, znali dobrze muzykę gospel, nie odrzucali wiary stając się gwiazdami. Wyraźnie rozgraniczali jednak swą sceniczną działalność od swojej duchowości. Czy wyobrażasz sobie Jezusa śpiewającego „Great Ball Of Fire”? – pytał retorycznie Jerry Lee Lewis. W jego wątpliwościach kryło się głębokie przekonanie o niemożności pogodzenia Dobrej Nowiny z rock’n’rollem, które pokutowało przez prawie dwie dekady.

Rozziew między chrześcijaństwem a rockiem pogłębiła hipisowska kontrkultura. Jej anarchiczny charakter, fascynacja okultyzmem, nierozerwalny związek z narkotykami sprawiły, że Kościół widział w niej duże zagrożenie dla swej misji. Wielu rockmanów zaczęło własną działalnością potwierdzać „związki” z diabłem – choćby The Rolling Stones, Led Zeppelin czy Black Sabbath. Sporo było w tym oczywiście pozerstwa, jednak młodzi fani tego nie zauważali i ślepo podążali w mroczne sfery ducha za drogowskazami ustawianymi przez ich idoli.

Mimo to Jezus zaczął się pojawiać w popularnych piosenkach już pod koniec lat 60. Jego imię znajdujemy chociażby w słynnym utworze duetu Simon & Garfunkel – „Mrs Robinson”.

„Nikt wcześniej nie użył imienia Jezus” – podkreślał potem Paul Simon. „Uważano, że w muzyce popularnej jest to słowo zakazane. Że nie puszczą tego w radiu… Kiedy wydaliśmy „Mrs Robinson”, w wytwórni Columbia Records trzymali kciuki, żeby to chwyciło.”

Ponieważ utwór stał się przebojem, tabu zostało przełamane. Wkrótce Norman Greenbaum śpiewał w piosence „Spirit In The Sky”, że ma przyjaciela w Jezusie, a James Taylor prosił w utworze „Fire And Rain”, poświęconym walce z uzależnieniem od narkotyków, żeby Jezus spojrzał na niego.

Rockmani z formacji The Electric Prunes nagrali w 1968 r. album „Mass In F Minor”, który był oryginalną w formie i treści mszą rockową wpisaną w konwencję psychodelicznego rocka. Wyrazem uznania, jakie płyta zdobyła wśród fanów i krytyków, było włączenie jednej z piosenek zawartych na krążku – „Kyrie Eleison” – do soundtracku kultowego filmu epoki kontrkultury „Easy Rider” Dennisa Hoppera.

Ogromnym sukcesem stały się dwie rock-opery – „Jesus Christ Superstar” i „Godspell”, które choć dostosowane do potrzeb hipisowskiej publiczności, niosły ewangeliczne przesłanie.

Upadek i odkupienie

Już w latach siedemdziesiątych zaczęło być głośno o pierwszych nawróceniach w świecie rocka. Najczęściej działo się to jednak wtedy, gdy nawracające się gwiazdy schodziły z pierwszych miejsc list przebojów. Tak było w przypadku Barry’ego McGuire’a i Noela Paula Stookeya z Peter Paul & Mary, Rogera McGuinna z The Byrds i Berniego Leadona z The Eagles. Inni wyraźnie rozdzielali swoją twórczość rozrywkową i ewangelizacyjną. Przykładem choćby Cliff Richard, Little Richard czy Philips Bailey z Earth Wind & Fire.

Sytuacja ta sprawiła jednak, że niektórzy chrześcijańscy publicyści zaczęli się zastanawiać, czy nie byłoby dobrym pomysłem wykorzystanie muzyki popularnej do głoszenia Ewangelii. Idea została podchwycona oddolnie – wielu młodych ludzi, skupionych w kościelnych wspólnotach, chwyciło za gitary i zaczęło układać piosenki niosące Dobrą Nowinę. W ten sposób w USA narodził się Jesus Rock, będący mieszaniną country, folku i rocka.

Krytyka muzyczna nie traktowała jednak tego zjawiska poważnie. Steve Turner pisze w swej książce „Głód niebios”: Podporządkowanie muzyki przesłaniu rodziło kaleki rock’n’roll. Nie było miejsca na intuicję i tajemnicę: każda piosenka musiała w ten czy inny sposób dotyczyć Jezusa. Odnosiło się wrażenie, że ludzie ci nie pragnęli zapisać się w historii muzyki rockandrollowej, lecz użyć jej jak konia trojańskiego, aby wyskoczyć z niego potrząsając Bibliami.

Mimo tej negatywnej recepcji w świeckim świecie showbuisinessu, Jesus Rock zaczął przeżywać burzliwy rozwój, szczególnie w USA. Szybko pojawiły się wytwórnie płytowe specjalizujące się w muzyce z chrześcijańskim przesłaniem, dedykowane jej festiwale, grające ją rozgłośnie radiowe, poświęcone jej czasopisma. A wszystko to dzięki rosnącej z dnia na dzień rzeszy fanów nowego nurtu. Jesus Rock szybko dorobił się swych gwiazd – stali się nimi tacy wykonawcy jak Melanie, Mike Gurb czy Brewer & Shipley. Niewielu z nich udało się jednak przebić z zamkniętego kręgu odbiorców muzyki chrześcijańskiej do świadomości przeciętnego słuchacza rocka. Jednym z takich artystów był amerykański pieśniarz Larry Norman.

Ten nawrócony hipis szlifował rockowe rzemiosło w pochodzącym z San Francisco zespole People. Kiedy go opuścił, postawił na autorskie piosenki odwołujące się do chrześcijańskiej wizji życia. Były wśród nich utwory zarówno typowo ewangelizacyjne, jak również nagrania opisujące ludzki upadek. Największym dziełem Normana okazała się trylogia o historii zbawienia – od upadku („So Long Ago The Garden”), przez odkupienie („Only Visiting This Planet”), po raj („In Another Land”).

Norman, wykonując muzykę zbliżoną do folk-rocka w stylu Boba Dylana, piętnował z pasją hipokryzję zarówno wśród niechrześcijan, jak i chrześcijan, stosował sarkazm i ironię, portretował Jezusa jako outsidera i podkreślał swe oczekiwanie na Jego ponowne przyjście.

Upodobanie do penetrowania mrocznej strony ludzkiej natury sprawiało, że niektórzy chrześcijanie podejrzewali artystę o odstępstwo od wiary. Pogłoski te wzmacniał fakt, że Norman nigdy nie rozmawiał o wierze w udzielanych wywiadach. Mało tego – kiedy na okładce „So Long Ago The Garden” umieścił swoją podobiznę w postaci nagiego Adama, pojawiły się plotki, że artysta został… nudystą i wyjechał do hipisowskiej komuny na jednej z greckich wysp. Niewielu fanów zwróciło uwagę, że na wizerunku znajdującym się na okładce albumu z serca Adama wychodzi triumfujący lew – symbol zmartwychwstałego Chrystusa. Przekonaniu chrześcijan do twórczości Normana nie pomagał też jego charakter – muzyk uchodził za kapryśnego i nieprzewidywalnego. Mimo to, właśnie jego muzyka, daleka od deklaratywności Jesus Rocka, sprawiła, że stał się on pierwszą gwiazdą nurtu, którą zainteresowali się fani pozostający poza kręgiem jego typowych odbiorców.

„Moje teksty są za mało jednoznaczne” – przyznawał. „Dlatego chrześcijanie nie odbierają automatycznie tej muzyki jako religijnej. Nie pasuje ona do kryteriów, jakie wytworzyły się na chrześcijańskiej scenie w ciągu ostatnich lat. Ta muzyka często jest bardziej zrozumiała dla niereligijnego dyskdżokeja niż dla chrześcijanina.”

Najpopularniejszy amerykański magazyn poświęcony muzyce chrześcijańskiej „CCM” uznał w 1990 r. krążek Normana „Only Visiting This Planet” z 1972 r. za najlepszą chrześcijańską płytę, jaka kiedykolwiek została nagrana.

Od połowy lat 90., ze względu na pogarszający się stan zdrowia, Norman zaprzestał działalności nagraniowej i koncertowej.

Chrześcijańscy indywidualiści

Na początku lat 80. pojawili się w USA artyści, którzy mimo że prezentowali w swej twórczości chrześcijańską wizję świata, nie wyrastali z Jesus Rocka.

T-Bone Burnett zaczynał już w latach 70. Wraz z grupą Alpha Band tworzył muzykę osadzoną w tradycji amerykańskiego południa. Było w niej miejsce na country, folk, blues i rock. W podobnym klimacie utrzymany był jego solowy album „Truth Decay” z 1980 r., na którym artysta dał bezpośredni wyraz swej chrześcijańskiej duchowości. Burnett nie był jednak ewangelizatorem – inspirację do swych tekstów czerpał przede wszystkim z twórczości wybitnych poetów i pisarzy chrześcijańskich: T.S. Eliota, G.K. Chestertona, C.S. Lewisa i F. O’Connor. Dlatego w jego piosenkach więcej jest pytań niż odpowiedzi. Inteligentne teksty artysty poruszały temat iluzji, jakim człowiek ulega żyjąc we współczesnym świecie. Burnett, inspirując się słowami św. Pawła z drugiego Listu do Koryntian (Walczymy o to, aby zburzyć wszelkie oszukańcze złudzenia i wszelkie wały obronne, jakie ludzie wznoszą między sobą a poznaniem Boga), starał się spoglądać prawdzie w oczy – zarówno tej dotyczącej siebie, jak i otaczającego go świata. A wnioski nie zawsze były optymistyczne – artysta potrafił pokazywać nie tylko zło w innych ludziach, ale także w sobie samym.

„Jeżeli Jezus jest Światłością świata, można pisać dwa rodzaje piosenek” – tłumaczył. „Można pisać piosenki o Światłości albo o tym, co się dzięki tej Światłości widzi. Ja próbuję robić to drugie.”

Taka postawa oczywiście nie podobała się wielu chrześcijanom związanym z Jesus Rockiem. Zarzucali oni Burnettowi, że opisuje własne upadki, zamiast głosić chwałę Boga. Artysta nie dał się jednak przekonać, że od dobrej muzyki ważniejszy jest słuszny tekst.

„Zadaniem murarza jest postawić dobry mur, który wytrzyma deszcz i wiatr” – wyjaśniał. „Jeżeli napisze na nim „Jezus”, mur nie stanie się od tego mocniejszy.”

Sukcesy Burnetta (w 1982 r. prestiżowy „Rolling Stone” nazwał go „najlepszym wokalistą i kompozytorem w kraju”) sprawiły, że muzyk został doceniony również przez kolegów po fachu. Szybko stał się rozchwytywanym producentem, z którego usług korzystali tacy wykonawcy jak Elvis Costello, Counting Crows, Los Lobos czy The Wallflowers. Artysta pomógł również zaistnieć na rynku swej żonie – Leslie Philips – która wyrastając z nurtu gospel, w 1986 r. odniosła duży sukces na chrześcijańskiej scenie muzycznej płytą „The Turning”. W 2001 r. Burnett opracował ścieżkę dźwiękową do słynnego filmu braci Coen „Bracie, gdzie jesteś?”, na którą złożyły się archiwalne nagrania bluesowe i folkowe z lat 30. i 40. Piosenkarz do dziś nagrywa udane płyty, z których ostatnia – „The Truth False Identity” z tego roku – pokazuje, że nadal trzyma on wysoki poziom.

Podobnym artystą do Burnetta jest Bruce Cockburn z Kanady. Już wydane przez niego w latach 70. albumy „Joy Will Find A Way” z 1975 r. i „Circles In The Stream” z 1977 prezentowały jazzujący folk o mistycznych tekstach. W przeciwieństwie do swego amerykańskiego kolegi, Kanadyjczyk koncentrował się na odkrywaniu radosnych stron wiary – faktu odkupienia ludzkich grzechów przez Jezusa, nadziei na zbawienie, szczęścia z doświadczania obecności Boga. W warstwie muzycznej Cockburn jako pierwszy na scenie chrześcijańskiej pokusił się o sięgniecie po elementy world music – efektem tego był udany album „Dancing At The Dragon’s Jaw” z 1979 r., uznawany za jego szczytowe osiągnięcie.

W drugiej połowie lat 80. Cockburn nasycił swą twórczość problematyką społeczną i polityczną. Nie była to zmiana postawy, ale realizacja chrześcijańskiego nakazu troski o ubogich i pokrzywdzonych.

„Moja wiara określa moje widzenie, co z konieczności ma też wpływ na moje piosenki” – tłumaczył. „Nie traktuję jednak muzyki jako środka do propagowania wiary. To nie wydaje mi się słuszne. Piosenki są wyrazem tego, co czuję, tego, co mnie porusza. Dlatego moja wiara jest w nich obecna pośrednio, określając to, co widzę i przeżywam.”

Cockburn jest szanowanym artystą do dziś – jego tegoroczny album „Life Short Call Now”, został uznany przez krytykę za jeden z najlepszych w jego ponad trzydziestoletniej karierze.

Ewangelia z czadem

Do początku lat 80. chrześcijański rock kojarzony był głównie z melodyjną, ale stonowaną muzyką, graną z pasją, ale pozbawioną dynamiki i ostrości, skoncentrowaną głównie na balladach. Sytuację zmieniła grupa młodych chrześcijańskich twórców z USA i Anglii, którzy chcąc prezentować własną wizję świata, wykorzystali do tego aktualnie modne nurty – punk, nową falę i metal.

Prekursorem tego nurtu był wokalista i gitarzysta Gordon Gano z Milwaukee, który powołał do życia zespół Violent Femmes. Prezentował on alternatywny rock wyrastający z amerykańskiej tradycji muzycznej, w którym punkowa energia mieszała się z folkową melodyjnością. O ile debiutancki album zespołu z 1983 r. był inteligentną próbą spojrzenia na świat dorosłych z pozycji nastolatka, to już późniejszy o rok „Hollowed Ground” okazał się jedną z najważniejszych płyt w historii rocka podejmujących temat wiary z punktu widzenia młodego chrześcijanina. Gano, będąc synem pastora Kościoła Baptystów, śmiało śpiewał o obecności religii w swoim życiu, opisując z jednej strony upadek człowieka, a z drugiej odnajdywanie siły do powstania w Chrystusie.

W podobny sposób, ale z kobiecym wdziękiem, o sprawach wiary opowiadała w swych utworach grupa Lone Justice, kierowana przez młodą wokalistkę Marię McKee z Los Angeles. Na dwóch albumach wydanych przez zespół – „Lone Justice” z 1984 i „Shelter” z 1985 r. – piosenkarka opiewała prowincjonalną Amerykę jako ostoję tradycyjnych wartości opartych na ewangelicznych zasadach.

Oryginalna muzyka Violent Femmes i Lone Justice, łącząca country i punk, stała się zaczynem nurtu alternative country, który święci dziś ogromne sukcesy po drugiej stronie Atlantyku.

Po rozwiązaniu zespołu Maria McKee rozpoczęła karierę solową, penetrując różne stylistyki – od popu, przez country-rock po psychodelię. W jej intymnych i osobistych tekstach zawsze znajdowało odbicie postrzeganie świata poprzez pryzmat Ewangelii, czego kulminacją była płyta „You Gotta Sin To Get Saved” z 1993 r.

Postać Marii McKee została sportretowana w piosence szkockiej grupy Deacon Blue „Real Gone Kid” z 1993 r. Jej lider – wokalista Ricky Ross – był również chrześcijaninem, który w swej twórczości dawał temu mocny wyraz. Muzyka jego zespołu, wywodzącego się z Glasgow, w wysmakowany sposób łączyła elementy jazzu, folku, soulu, gospel i rocka w nowofalowej manierze, zapewniając mu sukces mierzony milionami sprzedanych płyt i koncertami na stadionach w rodzaju Wembley Areny (Deacon Blue dał tam trzy wyprzedane występy w 1990 r.).

Jeszcze bardziej zadziorną muzykę o chrześcijańskim przesłaniu wykonywała grupa The Alarm z Walii. Inspirując się punkiem spod znaku The Clash nasyciła swoje piosenki lokalnym folklorem, tworząc oryginalne brzmienie, połączone z politycznie i społecznie zaangażowanymi tekstami, pisanymi z perspektywy chrześcijanina przez wokalistę Mike’a Petersa.

Kolejnym bastionem zdobytym przez chrześcijan okazał się metal. Pierwszym zespołem, który pokusił się o wprowadzenie chrześcijańskiego przesłania do tej agresywnej muzyki, był amerykański Stryper.

Nazwa grupy należy rozwinąć jako „Salvation Through Redemption Yielding Peace Encouragement And Righteousness”. Wywodząca się z Los Angeles grupa prezentowała modną na początku lat 80. muzykę w stylu Van Halen czy Def Leppard z tekstami głoszącymi chwałę Jezusa. Ku zaskoczeniu wydawców Stryper zdobył ogromną popularność, a ich płyty w rodzaju „Soldiers Under Command”, „To Hell With Devil” czy „In God We Trust” stały się bestsellerami. Kiedy zespół rozpadł się w 1992 r., na jego gruzach powstała nowa grupa – Sin Dizzy – która nagrała album zawierający rock-operę poświęconą zmartwychwstaniu Chrystusa – „He’s Not Dead”.

Śladami Strypera poszły inne zespoły: Whitecross, Beliver, Bloodgood, Extol, King Of Kings, Mortification, Argyle Park czy X-Sinner, tworząc silną scenę chrześcijańskiego metalu, prezentującą wszystkie jego odmiany – od thrashu, przez progressive, po death.

Na powstanie chrześcijańskiego punka trzeba było czekać aż do początku lat 90. Wtedy to zespoły w rodzaju MxPx, Hangnail i Ghoti Hood dokonały śmiałej syntezy kalifornijskiej odmiany tej muzyki (zwanej też skate-punkiem lub surf-punkiem) z tekstami poruszającymi uniwersalne problemy, ale z chrześcijańskiego punktu widzenia. Ich sukces sprawił, że szybko doczekali się całej fali kontynuatorów – stały się nimi zespoły Slim Shoes, Smiley Kids, There Fire Down, Beanbag, Dogwood i Relient K, w muzyce których nie zabrakło elementów zarówno ostrego hardcore’a, jak i jamajskich rytmów ska. W efekcie Christian Punk to dziś ważny segment amerykańskiej sceny rockowej.

WordPress Gallery Plugin