
Artysta to zawsze jest człowiek mocno duchowy. Ma w sobie różne sprzeczności: zainteresowanie życiem i duchem. Z jednej strony twórczość – nawet frywolna, z drugiej poważna, czasem religijna. Górecki albo Mahler… Muzyka jest mocna wtedy, gdy ma jakąś podbudowę duchową. Gdy jest na dobrej, mocnej opoce zbudowana. Jeśli nie ma tej mocnej podbudowy, to wtedy są chimery, coś błyśnie na chwilę, coś fajnego komuś wyjdzie, ale tylko na chwileczkę.
Z JACKIEM ZIELIŃSKIM, leaderem legendarnej grupy SKALDOWIE, rozmawia MICHAŁ BUCZKOWSKI
Co zrobić, jeśli w życiu artysty przychodzi moment twórczego wyczerpania? Coś błysnęło, coś się raz udało, ale później jest pustka?
Czekać! Cierpliwie czekać. I budować się duchowo. Bo jeśli coś błysnęło, to znaczy, że coś już jest. Może chwilowo gdzieś się zagubiło, ale nie należy się załamywać: ja się nie nadaję… Nadajesz się! Błysnęło! Poczekaj spokojnie, zajmij się czymś innym, ale jeśli lubisz muzykę, kochasz ją – nie rezygnuj, tylko rób, rób, rób. Może nie wróci, ale raczej na pewno wróci. Zawsze wraca.
Czym jest muzyka, komponowanie, nagrywanie płyt dla dinozaura?
Jest to coś, co robiłem przez całe życie. Oprócz tego, że sprawia mi to przyjemność, to jest to również coś, z czego utrzymuję siebie i rodzinę. Jest to moje życie, jak i moim życiem są rodzina, żona, dzieci, wnuki. Muzyka od początku mi towarzyszyła. Nie powiem, że od urodzenia, bo tego nie wiem, ale na pewno od pierwszej klasy szkoły podstawowej – chodziłem do szkoły muzycznej – i towarzyszy mi dalej.
Można Pana spotkać w krakowskich kościołach. Jak Pan ocenia poziom muzyki kościelnej?
Coraz wyżej! Na przykład u dominikanów… przepięknie. Śpiewy czyściutkie, widać, że ci ludzie pracują nad tym, że robią próby. Jeździmy po całej Polsce z kolędami. Potrzebujemy chóru, ale nie możemy go wziąć ze sobą, bo by się to nie zmieściło w budżecie. Więc korzystamy z miejscowych schol czy chórów i uważam, że pod tym względem jest coraz lepiej. A u dominikanów to już jest zupełnie wyjątkowo. To już jest poziom niesłychany. Wysoka klasa!
A co Pan sądzi o współczesnej muzyce rozrywkowej?
Czasem coś ładnego usłyszę w radiu, natomiast generalnie uważam, że muzyka idzie w kierunku zbyt komercyjnym. Dużo ludzi mówi, że uprawia muzykę, jednocześnie nie bardzo się z tą muzyką spotykając. Muzyka jest wtedy mocna, gdy ma jakąś podbudowę duchową. Wtedy, gdy jest na dobrej, mocnej opoce zbudowana. Natomiast jeśli nie ma tej mocnej podbudowy, to wtedy są chimery. Coś błyśnie na chwilę, coś fajnego komuś wyjdzie, ale na chwileczkę… Muzyka to jest jakaś wewnętrzna melodia, coś bardzo wewnętrznego. A współcześnie za bardzo korzysta się z technicznych nowinek. Muzycy mają gotowe sample, loopy. Korzysta się z motywów, które zostały wcześniej skomponowane, ciągle z tych samych. Rap czy hip-hop są przegadane, tam nie ma za dużo muzyki, jest tylko dużo rytmu i gadania.
Ale i Skaldowie bardzo często wykorzystywali motywy pisane. Choćby w jednej z najwcześniejszych polskich realizacji art-rocka „Krywaniu, Krywaniu”…
No rzeczywiście, tam były cytaty w trakcie improwizacji. Utwór „Krywaniu Krywaniu” trwał w pierwotnej wersji około dziewięciu minut. Zaczynał się od podania tematu góralskiego z tekstem Kasprowicza, a potem były krótkie improwizacje. Dopiero na koncertach one się rozbudowywały do dwudziestu minut. Mój brat lubił przechodzić w czasie improwizacji do cytowania. Inni muzycy musieli coś do tego dorabiać i tak tworzyła się ta muzyka. To było zupełnie spontaniczne. A potem, w trakcie nagrania, ten utwór otrzymał ostateczną formę i to w kilku wersjach: radzieckiej, niemieckiej. Kiedy się komponuje, nie należy słuchać za dużo muzyki, żeby nie być nią przesiąkniętym. Trzeba muzyki szukać gdzieś w sobie, choć człowiek nie jest w stanie się zupełnie odseparować. Kiedyś to działało naturalnie, teraz obserwuję jakąś galanterię. Taka robota nie za bardzo mi się podoba. Jest za mało twórcza, a za bardzo kombinacyjna.
Jak zespół wpływał na Pana rodzinę? Czy da się pogodzić granie, trasy koncertowe z normalnym życiem?
Myślę, że się da. Dowodem może być to, że wszyscy w zespole są żonaci i jakoś w tych związkach wytrwali. Dzieci mamy wszyscy, nasze dzieci mają dzieci. Na pewno nie byliśmy wzorem, jak to młodzi ludzie… Wielu musi przez to przejść. Oczywiście znam takich, którzy od początku byli porządni. Z biegiem lat człowiek coraz bardziej sobie uświadamia swoje miejsce we wszechświecie i coraz bardziej sobie uzmysławia, że jeżeli wierzy w Pana Boga, to powinien o tym powiedzieć w sztuce, jaką uprawia. Dotyczy to pisarzy, malarzy czy muzyków. Tak samo i u nas się stało. „Nasze Betlejem”, nasze kolędy są szeroko znane, nie tylko w Polsce, bo graliśmy w Stanach Zjednoczonych, byliśmy z nimi w Niemczech. To zasługa naszego perkusisty Jana Budziaszka, który jest mocno zaangażowany w wierze.
Jaki on miał wpływ na resztę zespołu? Nie był od początku tak mocno wierzący…
Jeżeli chodzi o Jasia Budziaszka, to on w pewnym momencie odszedł od naszego zespołu, gdzieś na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, bo chciał grać jazz. Gdy wrócił, w rozmowach czuło się, że Jasiu to już trochę inny Jasiu… Jeszcze na stałe nie graliśmy razem, ale zaczęliśmy się spotykać coraz częściej. A jaki miał wpływ? Jeśli ktoś jest mocno wierzący, jeśli traktuje każde zdarzenie jako zesłane od Pana Boga, no to siłą rzeczy przebywając z takim człowiekiem korzysta się tego, to jest normalna sprawa. Dlatego w Kościele tak się namawia ludzi, żeby byli otwartymi katolikami, żeby światła nie chowali pod stół. Powiem jeszcze taką ciekawostkę à propos tego przenikania się. Graliśmy koncert w Siedlcach, w kościele. Nie był to okres kolęd. Mieliśmy w repertuarze tylko jeden utwór czysto religijny i pytam księdza, jak to będzie? A on na to: przecież wy całe życie piosenki o miłości śpiewacie – „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”. To są wszystko treści chrześcijańskie. Żeby coś mieściło się w ramach wiary, nie musi być o Bogu, może być o miłości. Bo Bóg jest miłością.
Podyskutuj z autorem:
michal.buczkowski@ruah.pl



