
Nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Czasem wspominam swoje początki wychodzenia do ludzi z Dobrą Nowiną – to było straszne! Więcej osób zraziłem do siebie niż przekonałem, dlatego, że stosowałem dokładnie tę zasadę: wszystko do wszystkich na maxa…
O ewangelizacji z ks. RAFAŁEM JAROSIEWICZEM, autorem książki „Miłość chodzi po Woodstocku”, rozmawia KATARZYNA CUDZICH
Jest Ksiądz związany ze Szkołą Nowej Ewangelizacji. Czy mógłby Ksiądz przybliżyć jej działalność, założenia, sposoby głoszenia Dobrej Nowiny?
W Polsce istnieją dwa rodzaje Szkół Nowej Ewangelizacji: szkoły kerygmatyczne, które skupiają się na głoszeniu podstawowego orędzia chrześcijańskiego – czyli na prowadzeniu człowieka do osobistej relacji z Jezusem, oraz szkoły katechetyczne, których celem jest dalsze pogłębienie prawd wiary. Pierwsze polskie spotkanie ze Szkołą Nowej Ewangelizacji miało miejsce piętnaście lat temu we Wrocławiu. Odbył się wtedy kurs ewangelizacyjny „Paweł”.
Genezę Szkół w świecie stanowi spotkanie trzech wielkich osobowości: Jose Prado Floresa, o. Emiliano Tardiffa i o. Ricardo Arganaraz. To oni położyli fundament programu, funkcjonującego obecnie pod nazwą „Redemptoris Missio” i przyczynili się do rozpowszechniania idei Nowej Ewangelizacji. W całej Polsce działa ponad dwadzieścia szkół kerygmatycznych, z których każda posiada autonomię, własną strukturę i statut. Ich założeniem jest stwarzanie przestrzeni do ewangelizacji w lokalnych społecznościach (na przykład szkoły w wymiarze diecezjalnym „rodzą” szkoły w wymiarze parafialnym). Uważam, że jest to jeden z lepszych pomysłów Ducha Świętego w Kościele. Co nie oznacza, że jestem zwolennikiem Szkół i tylko Szkół Nowej Ewangelizacji, bo cieszę się, że Pan Bóg błogosławi taką dużą różnorodnością ruchów i stowarzyszeń. Program Szkół formuje ludzi z różnych środowisk, lecz nie zakłada „przekwalifikowania”, daje narzędzia do ewangelizacji. Cała specyfika różnego rodzaju kursów sprawia, że człowiek uczy się tam pewnych rzeczy i wraca do swojej wspólnoty, by jeszcze owocniej w niej pracować.
Moje pierwsze zetknięcie z SNE miało miejsce w latach 90., kiedy to ks. Artur Godnarski rozsyłał zaproszenia do współpracy z nowopowstającym ośrodkiem w Gubinie. Zainteresowałem się tym projektem mając doświadczenia ewangelizacji w Jarocinie. Chciałem pogłębiać to, czego tam się nauczyłem. Tak się zaczęła przygoda.
Czy istnieje coś takiego jak model dobrej ewangelizacji, do którego można się dostosowywać? Można podejrzewać, że stosowanie wyuczonych reguł nie wypływa spontanicznie z człowieka, tylko jest pewnym schematem…
No właśnie, można by to podejrzenie rozciągnąć na Eucharystię, Liturgię Godzin, bo to też są pewne formy. I teraz pojawia się pytanie, czy mam za każdym razem wymyślać coś nowego, jeśli istnieje coś, co jest sprawdzone i dobre? Jeżeli rzeczywiście kocham Eucharystię, to nie będę starał się dopasowywać jej do siebie, tylko będę dopasowywał siebie do niej, do tego rytmu, który daje mi Jezus. I w tym momencie to mnie przemienia.
Myślę, że jeżeli są sprawdzone sposoby ewangelizacji i one dają określony owoc, to dlaczego z nich nie korzystać. Kiedy Apostołowie stwierdzili, że słowa Jezusa „Idźcie i głoście” przynoszą efekt, to zaczęli je praktykować. Chrześcijaństwo w swojej istocie polega przede wszystkim na głębokiej relacji z Panem Bogiem, żeby z nim na co dzień „gadać”, żeby być w Nim zakochanym, ale z drugiej strony z tej relacji wynika apostolstwo, czyli moje podjęcie pewnych zadań. Dopóki nie ewangelizuję, nie wychodzę z Dobrą Nowiną, to tak naprawdę nie mogę powiedzieć, że jestem zewangelizowany. I SNE próbują to właśnie pokazywać. Biada nam, gdybyśmy po określonych kursach chcieli wyuczonymi metodami wepchnąć wszystkich w określone ramki. Przecież Pan Bóg ma tak specyficzne poczucie humoru w prowadzeniu nas do siebie, że nigdy nie możemy niczego przewidzieć. Jeżeli ja kieruję się miłością, to miłość mi wyznacza pewne sposoby mówienia, komunikowania, działania, podejmowania określonych akcji. Czasem będzie to śmieszne, jeśli zacznę machać ręką i śpiewać: „podnoszę ręce swe”, a czasem będzie to jak najbardziej poważne… Gestem też wyrażam swoją wiarę – według podręcznika teologii, wiara to nie tylko wewnętrzny akt człowieka, podjęta decyzja w klimacie rozumu i serca, ale także wyraz zewnętrzny. Ponadto prezentowane przez nas sposoby docierania z Ewangelią odwołują się głównie do woli człowieka. Chcemy dojrzewać do tego, by nie wtłaczać nikogo w ramki, ale żeby rzeczywiście pokazywać miłość wypływającą z relacji z Panem Bogiem.
Najnowsza książka Księdza dotyka problemu ewangelizacji na Przystanku Woodstock. Jednak Księdza doświadczenia wykraczają znacznie dalej. Słyszałam o „Aucie z Księdzem”, o rozdawaniu darmowych płyt, gazet… Jak to przedstawia się z Księdza strony? Jak wygląda w praktyce?
Wszystko zaczyna się od modlitwy. Jeżeli spychamy ją na drugi plan, to wszystko zaczyna się gubić. Jeżeli nie ma zgiętych kolan, jeżeli nie ma nieustannego, codziennego słuchania, sama ewangelizacja nie ma racji bytu. Ja nieustannie odwołuję się do znanego faktu z wizyty Matki Teresy z Kalkuty w Warszawie. Na spotkaniu z seminarzystami jeden z uczestników zapytał ją: – Matko, co robić, żeby być świętym księdzem? A ona odpowiedziała: – Przynajmniej godzina adoracji dziennie. Wtedy włączył się jeden z księży, mówiąc: – Matko, to jest bardzo trudne, ja mam tyle obowiązków jako ksiądz, tyle różnych spraw, nie jestem w stanie w pracy parafialnej godzinę dziennie adorować Pana Jezusa. Na to Matka Teresa uśmiechnęła się i powiedziała: – Ja widzę, że ksiądz to potrzebuje dwóch godzin. I to jest pierwsza sprawa, a kwestie rozdawania płyt, oklejonego samochodu, bilboardów z niej wypływają. Jeżeli dzisiaj mamy takie możliwości, że nie jest żadnym problemem podjechanie do firmy poligraficznej czy produkującej reklamy, to po prostu, prowokacyjnie mówiąc, tak naprawdę grzeszymy zaniedbaniem głoszenia Ewangelii przez swój nieoklejony samochód!!!
A rybka wystarczy?
Powiem tak: jeżeli się łamie przepisy, to trzeba tę rybkę odkleić. Ale mówiła Pani jeszcze o płytach… To też taki ewenement, jeśli chodzi o moje życie – Pan Bóg troszczy się o mnie przez to, że je rozdaję. Zauważam, że to działa, widzę konkretne efekty. I wierzę, że to jest oddziaływanie takie bardzo mocne i bardzo piękne (gdyby nic nie zostało po tych moich rekolekcjach, to przynajmniej płyty zostaną). Jeśli ktoś przyjdzie na rekolekcje tylko po to, by otrzymać płytę, to Bóg może przemienić jego motywację. Mówię to też na swoim przykładzie, ponieważ moje intencje wiary w Pana Jezusa nie były czyste, to znaczy zaangażowałem się w Kościół tylko dlatego, że mój proboszcz organizował spływy kajakowe dla młodzieży. No i rzeczywiście będąc bliżej zewnętrznie, zacząłem poznawać Chrystusa coraz bardziej i w końcu nastąpiła ta osobista decyzja zaproszenia Go do swojego życia.
W swojej książce wielokrotnie stwierdza Ksiądz, że ewangelizacja jest potrzebna głównie nam – ewangelizatorom. Jednak czy każdy na swym etapie drogi może ewangelizować? Z doświadczenia wiem, że na początku nasze głoszenie najczęściej sprowadza się mniej więcej do zasady Wszystkim, Wszystko, Zawsze. Czy do tego, by móc ewangelizować, nie potrzeba doświadczenia i weryfikacji naszej postawy w obliczu różnych sytuacji?
Po pierwsze, ewangelizować uczymy się ewangelizując, nie da się inaczej. A to, że przy okazji „lecą wióry”, że nas boli i boli tych, do których przychodzimy, to jest normalne. To tak jak u człowieka, który po raz pierwszy siada za kierownicą – nie od razu będzie wiedział, co ma zrobić, kilka razy mu się zatrzyma samochód, kilka razy szarpnie tego, co siedzi obok, kilka razy dostanie naganę… Nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Czasem wspominam swoje początki wychodzenia do ludzi z Dobrą Nowiną – to było straszne! Więcej ludzi zraziłem do siebie niż przekonałem, dlatego, że stosowałem dokładnie tę zasadę: wszystko do wszystkich na maxa, i efekt był taki, że oni patrzyli troszeczkę z politowaniem, niezrozumieniem: „człowieku, jesteś jakiś nawiedzony, jakiś dziwny jesteś, o co Ci chodzi?”. A ja, myśląc, że robię dobrze, zaczepiałem ludzi na ulicy, mówiąc: Bóg Cię kocha! Doświadczywszy miłości Pana Boga, nie wiedziałem, jak się nią dzielić. Myślę, że to jest bardzo potrzebne doświadczenie, żeby człowiek nabrał pokory wobec ewangelizacji, zobaczył, że to nie od niego się wszystko zaczyna i na nim się nie kończy, że to nie on jest zbawicielem świata. Natomiast Pan Bóg niesamowicie nas oczyszcza przez to właśnie, że my chcemy, a nie wiemy jak. Dziękuję Panu Jezusowi za te wszystkie lata, kiedy podejmowałem ewangelizację bez żadnych kursów, w Jarocinie, w Domach Dziecka czy na ulicach miast. Szukając swojego, osobistego sposobu na ewangelizację, raniąc się o różne rzeczy, wiele razy nie wiedząc, co mam zrobić, w końcu dawałem miejsce temu, żeby to Pan Bóg mógł we mnie działać i przeze mnie mówić. Żeby mógł przekreślić to, co ja wymyśliłem. Bym mógł usłyszeć: „Skarbie, zostaw to wszystko, popatrz na to, co Ja przygotowałem”. Wtedy się zaczyna największa ewangelizacja i cuda się dzieją na naszych oczach, jeśli jesteśmy posłuszni Duchowi Świętemu.
Ale dodam jeszcze jedno. Zapytałem kiedyś mojego kolegę, który miał ogromne doświadczenie w ewangelizacji: – Jak Ty to robisz, że przyprowadzasz innych do Chrystusa? A on mi odpowiedział: – Wiesz co, nie mówię nic, staram się tak żyć, żeby ludzie widzieli obecność Chrystusa, żeby byli przekonani, że On działa. I wtedy sami zaczynają mnie pytać. Dziękuję Panu Bogu, że postawił na mojej drodze świadków, którzy stali się dla mnie piątą Ewangelią.
No właśnie, można opowiadać, o tym jak to Jezus działa w naszym życiu, a następnego dnia samemu o tym zapominać, co objawia się naszym zachowaniem. Czy to nie zgorszenie, antyświadectwo?
Ale wcale nie jest powiedziane, że jak ja dzielę się swoim doświadczeniem Boga, to muszę mieć uśmiech od ucha do ucha, że muszę być tak przekonujący, żeby to od razu wszystkich dookoła ujęło. Jeżeli mówię o mojej relacji z Panem Bogiem, to wcale nie pomijam tego, że upadam, że cierpię, bo to by było kłamstwem, wprowadzaniem kogoś w ułudę. Prawdziwe świadectwo pokazuje tę piękną relację, która daje przede wszystkim pokój serca, ale nie stroni też od ukazania trudności i oporów, które temu świadectwu towarzyszą. Na przykład zrobienie znaku krzyża przed posiłkiem niektórych zbyt wiele kosztuje, a to jest konkretna decyzja wiary. I wtedy nie jest to tak piękne, jak gdy wychodzę przed grupę ludzi i mówię o swojej relacji, a wszyscy mnie słuchają z otwartymi ustami. To jest ta weryfikacja i na tym polega, w tym najmniejszym wymiarze, niesienie krzyżyka.
W książce padają takie słowa: „Wejście do wspólnoty staje się potwierdzeniem doświadczenia miłości Jezusa”. Jak Ksiądz odnosi je do swojego życia? Czy na co dzień jest Ksiądz zaangażowany we wspólnotę?
Może zaskoczę czytelników tego wywiadu, ale nie działam w żadnej wspólnocie, jeżeli myślimy tu o zorganizowanej grupie. Jednak fakt, że mieszkam w zakonie (Józefici – oblaci świętego Józefa), już jest dla mnie doświadczeniem wspólnoty. Jestem przekonany, że dla człowieka, który doświadcza Pana Boga w życiu, to jest miejsce wzrostu. Na pewno odziera z masek, pokazuje, kim jesteśmy, to, czego nie akceptujemy, jak możemy się zachować w określonych sytuacjach, po prostu przyspiesza pewne procesy. Jest takim przeglądaniem się w lustrze (jak pisze o. Augustyn Pelanowski), bo to, co oglądamy u innych jest zazwyczaj problemem u nas. Ponadto jeśli ja z moimi przyjaciółmi podejmuję ewangelizację w jakimś mieście i korzystam z dobrodziejstwa konkretnej wspólnoty, to chociażbym stawał na uszach, nigdy sam nie zrobię tyle, ile zrobimy razem.
Wracając do ewangelizacji w kontekście wspólnoty: od dawna obserwuję problem, który można sprowadzić do tego, że wspólnoty w pełni angażują się w życie zewnętrzne, podczas gdy ich wnętrze umiera…
Myślę, że czasem aktywizm może być przejawem zapełniania pustki w sercu i to jest niebezpieczeństwo, które grozi każdemu ewangelizatorowi. W związku z tym pojawia się kwestia ogromnej dojrzałości – patrzenia w serce i weryfikacji ze swoim kierownikiem duchowym tego, co podejmuję, do czego zmierzam. Z jednej strony wspólnota umiera, kiedy nie ewangelizuje, ale z drugiej strony może umrzeć z ewangelizacji. Ale to już wtedy nie jest ewangelizacja. Tak, jak ktoś kiedyś zapytał, czy można kogoś zagłaskać miłością – nie można, bo to już nie będzie miłość. Myślę, że jeśli czegoś w dużej części brakuje dzisiaj grupom różnego rodzaju, to jest to roztropność, cisza, słuchanie Pana, Jego Słowa. Jeżeli nie słyszę, co Bóg do mnie mówi, to jak mogę być owocnym ewangelizatorem, jak mogę podejmować kolejne działania? Mogę wymyślać ciągle coś i dziwić się, że nie ma owoców, mogę wciąż realizować swoje dzieło, które jest szukaniem poklasku i rozgłosu. Natomiast jeżeli słucham Pana, to, robiąc mniej, mogę dotykać dokładnie tego, czego On chce, bym dotykał, a ja staję się wtedy tylko narzędziem.
Jaką rolę w Księdza życiu odgrywa muzyka i jaką rolę odgrywa w samej ewangelizacji?
Kiedyś na warsztatach ewangelizacyjnych spotkałem się z pielgrzymem Georgem i zapytałem go o to samo. I odpowiem jego słowami, ponieważ bardzo mi się to spodobało i dzisiaj, po tych kilkunastu latach mogę powiedzieć, że to we mnie jest: „Moją ulubioną muzyką jest cisza”. Wtedy odnajduję w sobie dźwięki, których nie słyszę normalnie, kiedy coś gra. Wtedy rzeczywiście mogę rozpoznawać swoje myśli, także te, które pojawiają się w pierwszej osobie i wtedy zastanawiam się, czy nie są przypadkiem od Pana Jezusa. Natomiast widzę, jaki efekt wywołuje muzyka. Jaką rzeczywistością jest cała ta przestrzeń dźwięków. Pan Bóg działa w świecie muzyki. Dlatego od kilku kolejnych cyklów rekolekcji, o ile na to pozwalają warunki, włączam w nie na przykład koncerty znanych muzyków. Oni robią swoje, a w ten sposób otwierają innych na tajemnicę spotkania z Panem Bogiem.
Ks. Rafał Jarosiewicz, ur. 1976 r., posługuje w diecezji siedleckiej. Doktorant teologii duchowości na UKSW w Warszawie. Od trzynastu lat głosi Ewangelię wśród młodzieży. Związany ze Szkołą Nowej Ewangelizacji. Autor książki „Miłość chodzi po Woodstocku” (paganini, Kraków 2007).
Podyskutuj z autorem:
katarzyna.cudzich@ruah.pl




