Chcesz pokoju? Gotuj się do wojny!

fot. archiwum o. Rafała

Napisaliśmy serię sloganów, które do nas nie przemawiają. Nie przemawiają, bo my w to nie wierzymy. Ani w moc modlitwy, ani w moc sakramentów, ani w to, że Bóg jest miłością. Powtarzamy to, co słyszymy ciągle w kościołach, na kazaniach, ale nie wierzymy do końca, nie traktujemy tego realnie.

Z o. RAFAŁEM SZYMKOWIAKIEM o „wypasionych” rekolekcjach rozmawia WERONIKA GURDEK

 

 

 

 

Na okładce książki „Ekstremalnie wypasione rekolekcje” piszesz, że rekolekcje nie muszą być spotkaniem z gadającą głową. Jakie były Twoje rekolekcje z czasów młodości? Spotykałeś gadające głowy?

W mojej młodości dosyć żywym zjawiskiem były Dni Kultury Chrześcijańskiej, na które organizatorzy zapraszali z reguły ciekawych ludzi, wyjątkowe osobowości. Nawet jeśli to była gadająca głowa, to ona gadała trochę w innym klimacie, w innej konwencji. Natomiast gadająca głowa przywołana na okładce książki, to coś jeszcze innego. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy zgodnie twierdzą, że dziś trudno jest prowadzić rekolekcje szkolne w pojedynkę, bo wtedy zostaje się właśnie gadającą głową.

Mnie gadająca głowa kojarzy się z zupełnie nieskutecznym sposobem docierania do młodych umysłów, właściwie z brakiem kontaktu.

W tym roku głosiłem rekolekcje dla pięciu szkół i w żadnej z nich nie byłem sam. I co ciekawe, im więcej osób mi towarzyszyło, tym te rekolekcje były ciekawsze. Kiedy z taką grupą wchodzimy do szkoły, to następują nie tylko momenty przekazania wiedzy intelektualnej, ale zawiązują się relacje. To nie jest już ktoś daleko na ambonie, ale ktoś bliski, skupiony na konkretnej osobie.

A jak powstała ta grupa rekolekcyjna?

Niedługo po tym jak weszła katecheza to szkół, zostałem zaproszony na rekolekcje szkolne. Jeden z moich przyjaciół od razu wyczuł sprawę i powiedział, że jeśli to mają być rekolekcje szkolne, to niech odbędą się w szkole. Była droga krzyżowa korytarzami szkoły, osądzenie Jezusa odbywało się w pokoju nauczycielskim itp. Obserwowałem, jak to oddziałuje na uczniów. Kiedy znalazłem się w Krakowie, w klasztorze kapucynów, znów dostałem zaproszenie na rekolekcje szkolne, ale tym razem to ja miałem je prowadzić. Postanowiłem zrobić coś podobnego. Łapałem ludzi na chybił trafił. Ktoś wpadł do klasztoru kogoś odwiedzić, a ja pytałem, czy nie pojedzie ze mną na rekolekcje. Okazywało się, że gość przeszedł formację oazową i miał niezłą podbudowę do takiej akcji. I tak nałapałem dziewięć osób. Nazwaliśmy się „Duch”. Dziś ta grupa ewangelizacyjna rozjechała się. Na jej miejsce powstały dwie nowe: można powiedzieć „Duch II” i „Duch III”. Łączyliśmy pasję z ewangelizacją. Pierwsze nasze rekolekcje były zatytułowane „Poszukiwacze w Twojej szkole”, a na plakacie zamiast pobożnych haseł, był narysowany Indiana Jones.

We wstępie do książki wspominasz kolegę, który zwierzył Ci się kiedyś, że gdyby jemu ktoś w taki sposób mówił o Panu Bogu, to jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Troszkę mnie zmroziło po przeczytaniu tych słów, bo słyszę je po raz kolejny, ale z ust zupełnie innego człowieka. Jak to jest, że jedni mają szansę spotkać gadającą głowę, a inni taką ekipę, jaką Wy jesteście?

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Na dobrą sprawę można odpowiedzieć sarkastycznie, że wszyscy mają takie same szanse, bo we wszystkich szkołach powinny odbywać się rekolekcje szkolne. Myślę, że problem nie leży w gadającej głowie, ale w możliwości kontaktu z tymi, którzy biorą udział w rekolekcjach.

W mojej szkole rekolekcje nie odbywały się. W żadnej, a szkół skończyłam już trzy.

No właśnie. Mam świadomość, że na takie rekolekcje jest ogromne zapotrzebowanie. Polska to taki religijny kraj, a jak zapytasz gdzie, w jakich miastach, są ekipy ewangelizacyjne, które wchodzą do szkół, to odpowiada ci dziwne echo… Chociażby w samym Krakowie – szkół całe mnóstwo, a takich ekip jak nasza?

A Kraków to jest Kraków…

Centrum życia duchowego. Oczywiście byłoby z mojej strony zarozumialstwem, gdybym powiedział, że tylko u kapucynów takie rzeczy się dzieją, bo w innych miejscach, inne zakony też działają. Ale generalnie jest to rzeczywistość do odkrycia. Teraz nawet po rekolekcjach w Bielsku, gdzie był świetny proboszcz, myślący już zupełnie nowymi kategoriami, otwierał usta ze zdumienia: „No, to by tak chyba mogło być…”. I wiem, że w przyszłości pojedziemy do jego parafii bo on, już starszy kapłan, widzi potrzebę takich rekolekcji.

Oczywiście nie jest moją intencją sprowokowanie Cię do potępienia rekolekcji szkolnych głoszonych przez księży w kościołach. Nieraz są to fantastyczne nauki, świetni kaznodzieje.

Z całą stanowczością chcę podkreślić, że we wstępie do książki nie chciałem potępić tych, którzy głoszą rekolekcje w sposób tradycyjny. Nic z tych rzeczy. Moje odczucie jest jednak takie, że rekolekcje ze wspólnotą mają „większą siłę rażenia”. Ale to jest moje zdanie i ktoś może się ze mną nie zgodzić.

W książce, ale też na co dzień mówisz językiem młodych ludzi, gwarą uczniowską, językiem subkultur. Już sam tytuł wprowadza taki specyficzny styl głoszenia. Nie masz wrażenia, że to nie jest Twój język, że jest wyuczony?

W ogóle tego nie odczuwam. Mam taką osobowość, wychowałem się w takim środowisku, a nie innym i mając 37 lat ciągle jestem z ludźmi, którzy żyją i mówią w ten sposób. Nie kontroluję języka, nie używam go w sposób wyuczony. Czasem moi współbracia muszą mnie hamować, bo na mszach z udziałem dzieci zdarza mi się mówić slangiem. To jest mój język! Ale to nie jest reguła ani klucz do serc młodych ludzi. Kapłan może „mieć spodnie w kantkę”, „buty na glanc”, mówić piękną polszczyzną i mieć świetny kontakt z młodzieżą.

Jan Paweł II nie mówił slangiem, a jednak młodzi go słuchali.

No właśnie, więc chcę zaznaczyć, że to nie jest metoda. Dla mnie mój język jest częścią mnie samego, tak żyję i tak mówię. Choć tytuł książki nie jest akurat mój (śmiech). Podsunęła mi go pewna dziewczyna z grupy ewangelizacyjnej

Podczas opisanej w książce drogi krzyżowej jedno z rozważań było poświęcone problemowi, myślę, nie tylko młodych, a mianowicie temu, że ludzie nie stawiają Boga na pierwszym miejscu. Główne zadanie chrześcijan to przekazanie innym, że warto Boga postawić na pierwszym miejscu, bo On żyje i rzeczywiście nas przemienia. Jak w dzieleniu się tą wiadomością być autentycznym, jak przekonywać?

Na jednych z rekolekcji próbowaliśmy razem z młodzieżą odpowiedzieć sobie na pytanie, jak żyć z Chrystusem we współczesnym świecie. Zrobiliśmy ćwiczenie. Na jednej stronie kartki wypisywaliśmy wszystkie te rzeczy, które przeszkadzają nam być chrześcijaninem, na drugiej panaceum na to wszystko. Doszliśmy do przedziwnego wniosku. O ile trudności były bardzo realne, tak hasła-antidotum miały formę wręcz sloganów. Człowiek, który ze mną prowadził rekolekcje, powiedział kapitalną rzecz: „Napisaliśmy serię sloganów, które do nas nie przemawiają. Nie przemawiają, bo my w to nie wierzymy. Ani w moc modlitwy, ani w moc sakramentów, ani w to, że Bóg jest miłością. Powtarzamy to, co słyszymy ciągle w kościołach, na kazaniach, ale nie wierzymy do końca, nie traktujemy tego realnie”. I wracając do pytania: być w głoszeniu autentycznym, to pokazać, że tym, o czym mówię, żyję na co dzień. Te rekolekcje miały „siłę rażenia”, bo tam wiele czasu poświęciliśmy na odwoływanie się do swojego życia, do świadectwa nie tylko o tym, jak jest pięknie, ale też, albo przede wszystkim, jak jest źle.

A z biegiem lat coraz trudniej czy łatwiej dotrzeć do młodych ludzi?

Myślę, że jest to pewien constans. Pewne przegrupowania, zmiany akcentów następują, ale nie wierzyłbym w to, że w obecnych czasach coraz trudniej rozmawia się z młodzieżą. Oczywiście jest różnie w różnych środowiskach, miastach, zależy to od wielu lokalnych czynników, ale uogólniając: nigdy nie jest to niemożliwe, choć nie zawsze jest łatwe.

Wciąż mówisz o sytuacjach podczas konkretnych wyjazdów, rozmawiamy właściwie o tym, co dzieje się w szkołach, a nie o książce. Po co zatem powstała ta książka? Może lepiej całą tę energię włożyć w przygotowanie kolejnych rekolekcji lub w propagowanie samej ich idei, o czym mówiliśmy już wcześniej…

W przypadku tej książki kolejność była taka – najpierw działanie, a później książka. Najpierw były rekolekcje, a później ktoś powiedział: „Spisz to, a my to wydrukujemy”. Więc nie wkładałem w to aż tak wiele energii twórczej (śmiech), choć samo spisywanie trwało około dwóch miesięcy. W najbliższym czasie, podejrzewam, będą następne książki, ponieważ podobnych scenariuszy rekolekcji mam jeszcze kilka.

Rekolekcje z reguły trwają krótko, nieraz są burzliwe, nawet „ekstremalnie wypasione”, ale później następuje powrót do szarości życia, do codzienności. Sformułujmy rodzaj suplementu do tej książki: co zrobić, żeby owoce rekolekcji były trwałe?

A widziałaś kiedyś owoce, które byłyby trwałe? Owoce się przerabia, gniją. Owoce z zasady nie są trwałe. Ciągle trzeba walczyć o nowe. Można powiedzieć tak: jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny. Wracasz z rekolekcji, to się szykuj na następne. To jest ciągła walka i zawsze musisz coś z siebie dać. Możesz do koszyka włożyć wisienkę, a możesz dynię. Wybór należy do Ciebie.

Podyskutuj z autorem:
weronika.gurdek@ruah.pl

WordPress Gallery Plugin