Musical o ludziach nie-szczęśliwych

fot. archiwum

Jest wieczór. 4 czerwca 2007. Szczęśliwy. Do sali koncertowej Bielskiego Centrum Kultury wchodzi człowiek. Szczęśliwy. Dookoła pełno ludzi przybyłych na prapremierę. Szczęśliwych. Ów człowiek przychodzi po to, by obejrzeć musical o takich jak on. Szczęśliwych. Patrzy na scenę i szuka ich wzrokiem. Powietrze gęstnieje, batuta wiruje na wysokości oczu, koło fortuny się kręci. A szczęścia… póki co ani nie widać, ani nie słychać. Nasuwają się jednak mimowolne refleksje…

MONIKA SMÓŁKA

 

 

 

Od ogrodu do trumny

Przekorny tytuł musicalu „Szczęśliwi ludzie” Janusza Kohuta nie zawiera sugestii, gdzie mamy ich szukać. Na pierwszy rzut oka jedno jest pewne: nie w tej rodzinie. Czyżby? Może rozpocznę od tekstów autorstwa Juliusza Wątroby. Ukazana przez niego historia osób żyjących pozornie blisko siebie tworzy pewien nowy, „mały światek”, w którym każda jednostka woła niejako o zrozumienie. Gdy go nie doświadcza, próbuje z żalem wyrazić siebie. Począwszy od pierwszej sceny w ogrodzie, przez fragmenty w biurze, na bankiecie, pogrzebie syna Polityka czy wreszcie przy finałowym „wspólnym stole” język bohaterów przypomina rozpaczliwe błaganie o przywrócenie szczęśliwego życia. Każdy z nich jest świadom, że tylko oni sami mogą sobie nawzajem to szczęście podarować. Jednak droga do tego to długa i uciążliwa walka o wartości, których nie da się kupić. Właśnie dlatego są one tak ważne. Rytmika i melodyjność tekstu z jednej strony, prostota i dosadność – z drugiej dają znakomite podłoże do scenicznej interpretacji słowa pisanego. Mowa, która w musicalu staje się śpiewem, musi być więc zarówno zrozumiała i wyrazista, jak i na tyle metaforyczna, aby mogła współgrać z symbolicznym światem teatru i muzyki. Tekst nie może tu dotykać pewnej bariery dosłowności i banalnych rymów. Juliusz Wątroba nigdy tej granicy nie przekracza. Jego teksty znakomicie korelują z dźwiękiem i ruchem.

Muzyka jako symbol

Zadanie, przed którym stanął Janusz Kohut przy współpracy z Andrzejem Trojakiem, było nie lada wyzwaniem. Z pewnością trudno bowiem stworzyć nowoczesną formę operetki, która oddałaby dźwiękiem różnice między pokoleniami, ich wewnętrzne dylematy i pustkę świata, którym rządzi pieniądz. Nie ma jednak lepszego sposobu na pokazanie wewnętrznych konfliktów jak wyrażenie ich poprzez odmienność muzyki. Znakomity efekt możemy zaobserwować na scenie: muzyką klasyczną inspirowany jest śpiew ojca rodziny i matki, występ córki zawiera wątki o charakterze soulowym, natomiast rola syna opiera się na hip-hopie. Musical w reżyserii Krzysztofa Korwina-Piotrowskiego łączy więc w sobie tak różnorodne elementy, że stanowi pewnego rodzaju novum w tej dziedzinie. Korelacja muzyki z tekstem w tak skomponowanym utworze stanowi zadziwiający symbol. Jest nim niemożność wzajemnego porozumienia się na wielu płaszczyznach: po pierwsze – językowej, z czego wynikają problemy we wzajemnych kontaktach postaci, po drugie – międzyludzkiej, która jest podstawą rozwoju wszelkich rodzinnych relacji. Długa praca Janusza Kohuta nad musicalem została zatem uwieńczona w niezwykły sposób: powstały utwór dostarcza nie tylko wrażeń estetycznych, ale i duchowych…

W życiu jak w teatrze

Na scenie będą się zatem toczyć dwa życia – pierwsze związane ze światem rzeczywistym, drugie to świat ułudy i iluzji. Tu odsłania się nietypowa choreografia Anny Siwczyk oraz koncepcja inscenizacyjna, scenografia, kostiumy i autorskie sceny plastyczno-ekstatyczne TEATRU A, pokazujące świat metafizyczny. Bez nich musical nie byłby tym samym. Obok zwyczajnego życia cały czas rozgrywa się zatem to drugie, które ludzie stwarzają przez swoje sztuczne pozy, fałszywe maski czy po prostu ucieczkę w świat używek i wygody. Tego nienaturalnego świata nie są w stanie ożywić nawet kwitnące w donicach kwiaty, giętkie postaci na linach i szczudłach czy ruchome niemal cały czas, symboliczne koło, kręcące się jak puste życie, w które pracoholik w swej mentalności wpada i nie może się z niego wydostać. Ciągły ruch zarówno świata metafizyki, jak i rzeczywistości dotykalnej to zasługa baletu i grupy break-dance’owej Gliwickiego Teatru Muzycznego. Zarówno choreografia, jak i cała koncepcja sceniczna tworzą nastrój niezwykle tajemniczy i skłaniający do ciągłej refleksji. Scena żyje, przez co ukazanie rodziny wraz z jej problemami i konfliktami jest niezwykle prawdziwe, realistyczne.

Głosy z zaświatów

W delikatnym oświetleniu scenicznym na pierwszy plan wysuwa się to wszystko, co dotyczy świata zewnętrznego i gry pozorów. Tajemnicza i symboliczna wymowa choreografii, o której była mowa, przyciąga uwagę. Skąd natomiast dochodzą głosy chórów czy orkiestry? Z zaświatów? Ogromne wrażenie robi, szczególnie na początku, poruszająca się i wyrastająca niejako na wysokości oczu batuta dyrygenta, którego nie widać, jak śmie się twierdzić, Piotra Barona, „ukrytego” pod sceną wraz ze znaczną częścią Bielskiej Orkiestry Kameralnej. Pozostałych artystów dostrzec możemy tajemniczo zasłoniętych z obu stron, jakby rzeczywiście ich głosy były dźwiękami z zaświatów. Ciekawie w scenę (a właściwie poza scenę) wpisuje się Chór Akademii Muzycznej w Katowicach, przygotowany przez Wojciecha Gwiszcza. Trzeba jednak zobaczyć i usłyszeć to niezwykle ciekawe sceniczne rozwiązanie, aby móc poczuć…

Dom zburzony budować

Chcąc podkreślić różnice istniejące pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny potrzeba odmiennych głosów. Na koniec zatem zostawiam aktorów. W rolę córki wciela się Beata Dobosz, charakterystycznie wykonując swe partie w charakterze soulowym. Jako matkę słyszymy śpiewającą w niezwykle delikatnym i wzruszającym, klasycznym tonie Joannę Kściuczyk-Jędrusik, natomiast jej scenicznym mężem jest Piotr Rachocki. Muzykę inspirowaną hip-hopem wykonuje syn – Tomasz Białek. To jego rapowane partie tekstu świetnie trafiają do słuchacza, są „śpiewną mową”, która rzeczywiście wpada w ucho. Polityk natomiast to Czesław Gałka. Nie dałoby się dokonać tutaj żadnej zamiany ról, głosy poszczególnych osób są już nijako wpisane w charakter musicalu. Choć z drugiej strony może równie ciekawa byłaby postać Czesława Gałki jako ojca, a Piotra Rachockiego jako polityka…

Przewartościowanie poglądów uczestników dramatu w finale musicalu każe na nowo zadać pytanie postawione na początku: czy mogą odnaleźć szczęście? Tylko życie udziela odpowiedzi na takie pytania, nie twórca, nie aktor. Tutaj podążanie z bohaterami przez mały fragment ich rzeczywistości daje nam świadomość wagi problemu i uzdalnia do odczytania wymowy musicalu niemal jako przesłania dla współczesnych. Targanym konfliktami członkom musicalowej rodziny nie będzie łatwo odzyskać tego, co stracili. Choć chcą na koniec rozpocząć odbudowę swojego domu, nie kończmy w domyśle ich losu happy end’em. Po co? Niech zostanie na końcu znak zapytania, by mieć świadomość, że pałeczka dyrygenta nie jest czarodziejską różdżką, która jednym machnięciem zmieni dramatyczne losy rodziny…

Jest wieczór. Do sali koncertowej Bielskiego Centrum Kultury wchodzi człowiek. Smutny. Dookoła pełno ludzi, ale on jest sam. Przychodzi, by obejrzeć musical o tym, że można żyć inaczej. Patrzy na scenę i szuka wzrokiem szczęścia. Powietrze gęstnieje i jakby wciąż zmienia kolory, batuta dziwnym sposobem wiruje na wysokości oczu, koło fortuny się kręci. A szczęścia… póki co ani nie widać, ani nie słychać. Na scenie jest bliski mu świat, który zdaje się szukać jakichś rozwiązań. Znajduje je chyba dosyć łatwo, skoro już tego samego wieczoru… Człowiekowi nie przyjdzie to z całą pewnością tak szybko. Nasuwają się jednak wciąż mimowolne refleksje…
Czyż nie o to właśnie chodziło twórcom…?

Podyskutuj z autorem:
monika.smolka@ruah.pl

WordPress Gallery Plugin