
Poszedłem do zsypu, położyłem to i mówię: w imię Boże. Tak spontanicznie modliłem się na głos po prostu i skoczyłem na te kasety. Po kolei deptałem każdą. Bobiego dorwałem i mówię: jak ja tego nie będę słuchał, to tego nikt nie będzie słuchał. I zdeptałem.
Z Pawłem Kurzem z Anti Babylon System rozmawia Katarzyna Cudzich
Co się stało z Twoimi dredami? Dlaczego je ściąłeś?
Po pierwsze: względy praktyczne. Pracuję w pogotowiu opiekuńczym, dzieciaki przynoszą różne choróbska, wszy są bardzo często, a ja mam rodzinę… Po drugie: niewygodne. Dredy do pasa – trzeba o nie dbać. Ci co mają czas, to sobie siedzą i szydełkują, a ja czasu nie mam. Następna rzecz: te dredy też czemuś służyły. Jak przyszedłem do ośrodka dla narkomanów, miałem długie włosy. Musiałem ściąć. Po nawróceniu przez 3 lata rozeznawałem, czy je zrobić: czy będę zgorszeniem dla ludzi czy nie? Rozeznawałem też, czy to będzie narzędzie, czy ja chcę sobie zrobić coś ot tak. I to trwało trzy lata. Samo rozeznawanie. Byłem w takiej wspólnocie, gdzie były same starsze kobiety. I mało tego. Ja codziennie starałem się być na mszy – tu babki w kościele, a tu te dredy. Ale zrobiłem. I byłem zgorszeniem dla wspólnoty. Poszedłem do mojego przyjaciela i mówię, że chyba je zetnę, a on do mnie, że jak zetnę, to mnie kopnie w d… No i okej. Zostały.
Wzbudzałeś pewne zaufanie.
W konkretnym środowisku. Teraz pracuję w ośrodku, gdzie mówi się, że z takimi włosami chodzą śmiecie. Dostałem też kiedyś bęcki na ulicy, właśnie przez włosy.
Czyli nie było tak, że ścinasz włosy i grzeczniejesz?
Nie. Postanowiłem: ZETNĘ, ALE TO BĘDZIE OFIARA. Tak jak święty Paweł w Dziejach Apostolskich. Ślub. Ściąłem włosy w intencji tych dzieciaków z pogotowia. Stwierdziłem też, że to już nie działa tak, jak kiedyś. Teraz mam szerszy zasięg, wzbudzam zaufanie na większą skalę.
No właśnie, przecież Ty jesteś katechetą! Co z Ciebie za katecheta?
Musisz ich spytać
Domyślam się, że nie jesteś z tych, co sprawdzają obrazki w zeszycie, czy są prosto przyklejone…
No nie. Czasem przychodzę do klasy i mówię im 20 minut o Chrystusie. Od wejścia. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego i fru, daję życie. Po prostu. Dobra Nowina na przykładach życia. Ale więcej oni nie są w stanie przyjąć. Więc puszczam im muzykę, coś zagram. Dla mnie to jest pokarm codzienny, a dla nich? Ja muszę ich przede wszystkim zhumanizować.
Mówisz, że czasami zaczynasz od razu, „z grubej rury”…
Czasami. A czasami nie. Wchodzę i siedzę. Modlę się, widzę że najważniejsza jest modlitwa. Oni patrzą, obserwują człowieka, który się modli. Otwieram dziennik i taka niemoc. Co ja mam zrobić? Pytam: Panie Jezu, co ja mam zrobić? Czasami się poddaję i na przykład dam im krzyżówkę do rozwiązania, i mam oceny (śmiech). A czasami… wyskoczę i śrubę im jakąś zakręcę. Tak mnie Pan Bóg prowadzi. To zależy też, jaki mam stan, jaki jestem psychicznie silny.
Jak wygląda modlitwa? Odwracacie się do krzyża?
Jeżeli jest krzyż, bo czasami w salach nie ma, to się odwracają. Ja nie. Oni czasami się oburzają: krzyż kupiliśmy, a pan się nie patrzy. A ja mówię: Bóg jest wszędzie. Nie muszę patrzeć na krzyż. Potem robimy katechezę. Czasami rozmawiamy. Muszę wyczuć, jaka jest sytuacja. Gdy widzę, że są zmęczeni po treningu, to przecież nie będę ich teologią zabijał. Rozmawiamy sobie o życiu, o jakiś rzeczach, które gdzieś są koło nich.
I rozmawiają z Tobą?
Tak. Niektórzy rozmawiają, niektórzy sobie słuchają mp3.
Nie unikasz kontrowersyjnych tematów?
Ostatnio rozmawialiśmy o sektach, zagrożeniach związanych z różnymi ruchami, analizowaliśmy religie świata.
Wartościujesz czy pokazujesz je na równi?
Pokazuję, że chrześcijaństwo jest religią uniwersalną, a trudno, żeby na przykład hinduizm się dało zaadaptować w Polsce. Ale nie neguję tego, że ci ludzie szczerze szukają Boga. Poza tym: ja tam nie jestem ze swojego mandatu, to jest mandat misyjny. Jestem posłany przez Chrystusa, przez hierarchię Kościoła, żeby głosić Chrystusa, nie siebie. Więc muszę powiedzieć to, jak Kościół postrzega pewne rzeczy. I jak Chrystus je postrzega.
Czytacie Biblię?
Czasami czytamy. Ostatnio analizowaliśmy teologię krzyża, tak to górnolotnie brzmi. Krzyż analizowaliśmy. Piękne to było, jejku, tak mnie Pan Bóg jakoś poprowadził. Piękne. Podchodziłem do nich i pokazywałem im krzyż.
A odpytujesz z regułek?
W pogotowiu mają takie zaniedbania środowiskowe i naukowe, że nie umieją dziesięciu przykazań, więc je z nimi analizuję. To jest obowiązek. Oni muszą mieć jakąś wiedzę religijną. Teraz na przykład mam takiego chłopaka, który nie jest w stanie zapamiętać definicyjnie przykazania na przykład „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Ale jak będzie w sądzie i będzie zeznawał fałszywie, to będzie wiedział, że chodzi o to.
Wierzą w Boga?
Wierzą. Po swojemu. Ostatnio jeden ojciec mi powiedział w pogotowiu: „co ty myślisz Paweł, że oni będą rozumieć Eucharystię? Pan Jezus dwa i pół roku przygotowywał apostołów, a oni dalej nie rozumieli. A ty myślisz, że takie dzieciaki poranione? ONI NIE POWINNI SIĘ W OGÓLE SPOWIADAĆ! Oni nie wiedzą, co to jest grzech. Kradną, bo w domu wszyscy kradną. Nie mają świadomości grzechu, mają spaczone sumienie. Ty musisz ich kochać. Jak ich nie będziesz kochać, to co? Musisz z nimi być, przytulać ich!” A ja przychodzę i wrzeszczę. I widzę, jakie to jest wszystko małe we mnie. Jak się nie modlę, nie czytam, nie karmię się Chrystusem, to co ja tym dzieciakom dam. Siebie? Przepraszam, nawet jak chcę dać Chrystusa, to co się dzieje, a co dopiero jak chcę dać siebie. Nędza. Z siebie to tylko wiesz, mogę założyć ręce i się głupio pouśmiechać. Nikt nie jest odpowiedzialny za ich krzywdę. Tak sobie to muszę tłumaczyć. Nie nawrócisz ich facet!
Tak samo jest z koncertami?
No przecież. Koncert to jest jedna wielka walka od początku do końca. Z jednej strony walczę o sprawy techniczne, a z drugiej strony toczę walkę duchową…
Czy powiedzieć słowo czy nie?
Nie, nie w tym kierunku.
Bo zawsze mówisz?
Staram się zawsze.
To nie naiwność?
TO NIE JEST NAIWNOŚĆ! To jest naturalne, wynika z Ewangelii. Wiara rodzi się z tego, co się słyszy. Konkret. Chrystus nie tylko czynił, ale mówił oficjalnie. Mówił. Jak głosił Ewangelię, używał różnych narzędzi do tego, żeby dotrzeć do ludzi. Jedni słuchali, a drudzy obracali się na pięcie i mówili, że jest opętany. I tak jest na każdym koncercie. Dwa numery przed przyjęciem Jezusa zawsze część osób wychodzi. Zawsze tak jest. To jest standard. Ale Pan Bóg to sam wyczyści. To są jego ludzie, to są jego dusze.
Są takie zespoły, które nic nie mówią.
Nie zadawaj mi takich pytań. Ja nie mogę się wypowiadać za kogoś.
Nie wystarczy, że śpiewasz wprost o Bogu?
Jakbyś usłyszała gościa, który śpiewa o tym, co jest dla niego ważne, nie zastanawiałabyś się, dlaczego tak jest, dlaczego to jest ważne? Po co mają się zastanawiać, kiedy mogę im powiedzieć i sami mogą tego doświadczyć. Jeśli w tym momencie Bóg stawia mnie w tym miejscu, to znaczy, że to jest najlepsze narzędzie do przekazania Dobrej Nowiny. Pan Bóg mnie powołał do tego, nie ja sam się powołałem. I w tym momencie wiem, że to jest Jego dzieło. Od początku do końca. Ja mam tylko wolę do tego, żeby zagrać koncert.
Są dwie formy ewangelizacji: od razu podchodzisz i mówisz: Bóg Cię kocha, druga: nie wprost, nie nachalnie. Którą wybierasz?
Każda forma jest dobra, jeżeli jest skuteczna.
Gdy ktoś podchodzi do mnie i mówi: „Bóg Cię kocha” – mogę się zniechęcić.
No i trudno. Co ja zrobię? Wiesz ilu ludzi zniechęciłem, jak się nawróciłem? Jeżeli ktoś przychodzi na dany koncert, to może też wyjść. Jest wolny, nikt go nie trzyma.
Ale możecie zrobić coś, żeby go zatrzymać.
Co? Pytanie: co ja mogę zrobić? Kiedy trzymam gitarę i gram twój „ulubiony” utwór: „Przystanek Jezus”? Co ja mogę zrobić, przepraszam, powiedz mi? (śmiech)
Zmienić utwór! (śmiech)
Zmienić utwór, w trakcie? A to jest dopiero druga zwrotka. Mogę krzyknąć do niego. I takie przypadki też są, ale jeżeli Bóg mnie do tego nie powoła, sam się na to nie pokuszę! Miałem taką sytuację na koncercie w Wołczynie. Bóg posłużył się moją słabością. Patrzę, jeden koleś stoi pod sceną i bulgocze coś pod nosem. I sobie myślę: jak go zaraz zjadę! Ja tu mówię takie fajne, górnolotne słowa, a on? WKURZYŁEM SIĘ NA NIEGO. I tak MÓWIĘ: – HEJ TY! Przez mikrofon. Wszyscy się wyciszyli i na niego wzrok. A on: – Co, do mnie mówisz? – Tak do Ciebie mówię. I to było już działanie Ducha. Moja słabość została wykorzystana. – Wiesz, że Bóg Cię kocha? – Mnie? – Tak, Ciebie. UDOWODNIJCIE MU, ŻE BÓG GO KOCHA. I tysiąc osób zaczyna klaskać. I krzyczeć: Tak! I wiesz, co się stało? W życiu już tego gościa nie widziałem, ale wróciłem do domu i dostałem od niego maila. Na dwie strony A4. Całą historię swojego życia mi opisał. Bez przekonania był na tym koncercie, ale kiedy powiedziałem do niego: Hej Ty, Bóg Cię kocha, był w takim szoku, że poszedł do namiotu i całą noc przepłakał. Czuł, że Chrystus stoi nad nim. No i co, mam nie mówić? Nie możemy nie mówić o tym, czego dotykały nasze ręce, jak pisze św. Jan. To jest dowód. Ale mówię o sobie, bo niektórzy nie mówią, tylko czynią. Chwała im za to. Ja mam swoją słabość. Co z tego, że w sobotę gram koncert i jestem boss, kiedy w niedzielę idę do pogotowia, do dzieci, z którymi sobie nie radzę? Bo sobie z nimi nie radzę! Taka jest prawda.
Czyli muzyka to dla Ciebie narzędzie do ewangelizacji, nic więcej?
Nie. Jest bardzo ważna. Wzbudza mnóstwo emocji, mnóstwo wspomnień.
Na Bosko.pl napisałeś, że gdyby Bóg chciał, byś więcej nie wydobył żadnego dźwięku, to byś się na to zgodził. Tak jakby muzyka nie była dla Ciebie taka ważna…
Bo nie jest najważniejsza. Zawsze i wszędzie będę to powtarzał: jest dla mnie narzędziem, nośnikiem.
Ale Ty w ogóle czujesz się muzykiem?
Cwaniaczko! Uduszę Cię! Ostatnio zastanawiałem się właśnie nad tym. Tak mnie to męczyło i nie dawało spokoju. Rozmawiałem nawet ze znajomym i on mi powiedział: „Czy to jest ważne, czy ty się czujesz muzykiem, czy ty nim jesteś? Nie. To jest po prostu jedna z ról, które spełniasz w życiu. Jesteś katechetą, jesteś człowiekiem, który gra muzykę reggae, jesteś człowiekiem, który ewangelizuje…” Jestem grajkiem. Człowiekiem, który wykorzystuje to narzędzie, jakim jest muzyka. Pan Bóg mnie obdarował tym talentem. Fajnie to Kaśka Rzadkorz powiedziała: Paweł, Ty jesteś takim samorodkiem. A takich samorodków jest tysiące na świecie, sorry, że się porównuję, ale takim samorodkiem był Bob Marley! Nie miał żadnej szkoły skończonej, ale stworzył taką muzykę, która porusza. Najwięcej płyt sprzedaje w świecie i to jest dla mnie coś!
Czego słuchasz?
Wszystkiego. Jak przyjdę do kumpla i on słucha death metalu, to siedzimy razem: teraz świetną solówkę zagra – fajne nie? Ja kiedyś też słuchałam death metalu.
Nie kojarzy się to z Twoją przeszłością? Nie masz zranienia?
Nie, bo ja w pewnym momencie swojego życia stwierdziłem, że muszę oddać całą muzykę Bogu. Całą. Muzyka miała na mnie tak destruktywny wpływ, tyle złych emocji we mnie wzbudzała, wiesz, ćpałem przy niej i tak dalej. Musiałem zrobić krótkie cięcie. To było bardzo trudne. Chciałem bardzo wyrwać się na przepustkę (byłem jeszcze wtedy w ośrodku dla narkomanów), społeczność nie chciała mnie puścić, a to był jeden z argumentów: przyjadę do domu, spakuję wszystkie kasety do jednego worka i wyrzucę.
I zrobiłeś tak?
Zrobiłem. Ale to było po prostu… pojechałem z różańcem w ręku, modliłem się… Całą muzykę reggae, punk, wszystko, co miałem na półce!
Ale to nie była zła muzyka sama w sobie?
Nie. Dźwięk nie jest zły. Ale chodzi o to, że za dużo emocji… Spakowałem to do worka i tak leżał przez cały dzień. Nie byłem w stanie wyjść… Ale postawiłem wszystko na jedną kartę: Jezu Tobie ufam, Tobie to oddaję. Poszedłem do zsypu, położyłem to i mówię: w imię Boże. Tak spontanicznie modliłem się na głos po prostu i skoczyłem na te kasety. Po kolei deptałem każdą. Bobiego dorwałem i mówię: JAK JA TEGO NIE BĘDĘ SŁUCHAŁ, TO TEGO NIKT NIE BĘDZIE SŁUCHAŁ. I ZDEPTAŁEM. Ale powiem Ci… może to są tylko uczucia, ale czułem taką obecność Bożą, takie umocnienie, taki pokój! Czułem jakby wylewał się na mnie Duch Święty. Szok. No i właściwie Pan Bóg zwrócił mi całą muzykę, bo mogę słuchać każdej. Oczywiście musiały minąć lata, żebym się mógł od tego tak naprawdę odciąć. Stopniowo, powolutku. Czas też leczy rany i Pan Bóg w tym wszystkim jest.
A jak z innymi sferami? Czy czujesz się uzdrowiony całkowicie, czy przeszłość gdzieś w Tobie jest?
Przeszłość jest. Potrzeba radykalnych kroków, aby odcinać się od pewnych rzeczy, ale wiadomo, że są też takie, które są moim ościeniem. One pokazują mi, że nie jestem taki super. Chwała Bogu za to. Dziękuję mu, że dostaję policzki, że dostaję w łeb. Był taki ewangelizator w XIX w, John Wesley, który codziennie dostawał w czambo. Ktoś mu dał butelką w łeb albo jakiś pijak go kopnął, a on codziennie dziękował Panu Bogu, że tak jest.
Ty też dziękujesz zawsze?
Wiesz, jak boli to nie potrafię. Ale ja widzę, jakie to owoce przynosi. Pan Jezus też miał taki moment na krzyżu, że WYDAWAŁO mu się, że jest sam. Jak cierpisz, to wydaje Ci się, że jesteś sam. Wczoraj byłem w szpitalu, modliłem się nad dwoma facetami w stanie umierającym. Potęga, po prostu, przerobili mnie na części pierwsze. Patrzyłem na nich: Chrystus! Chrystus po prostu. Dziękuję Bogu, że dał mi zobaczyć w tych ludziach Jezusa Chrystusa. Zamknąłem oczy, zacząłem się modlić. Jezus był przy nich. Taka Obecność Boża. GDZIE JEST CHRYSTUS? TAM GDZIE BOLI.
Zostało coś z Ciebie sprzed nawrócenia? Jesteś tym samym człowiekiem tylko odmienionym?
Tak. Wydaje mi się, że cała moja przeszłość to była walka, żeby mnie zniszczyć. Żeby zniszczyć to, co jest teraz, żebym do tego nie dotarł. Widzę tyle przypadków, że Bóg mnie uratował od śmierci. Dwa razy mnie samochód potrącił, trzy razy się topiłem, cudem z tego wyszedłem. Modliłem się wtedy, chociaż nie wierzyłem w Boga. To były ewidentne działania Boga, diabeł chciał mnie zniszczyć. I wiem dlaczego tak było.
A utrzymujesz jakieś kontakty ze znajomymi z tamtego czasu?
Pewnie. Są takie przypadki, że gdzieś idę ulicą i zagadam…
Znają twoją historię?
Oczywiście. Nawet ostatnio wracałem ze spotkania modlitewnego z Agnieszką i taki kumpel – co myśmy tam nie wyprawiali razem! – siedział z dziewczyną z samochodzie. Mówi: z nieba mi spadłeś. Brat mojej dziewczyny uciekł z ośrodka, narkotyki, psychoza. Kojarzą mnie z takim życiem, z takim środowiskiem. A Pan Bóg się tam jakoś do nich przedziera.
Mówi się, że reggae jest nudne, monotonne, jednostajne… Zgadzasz się z tym?
Nie zgadzam się z tym, że reggae jest nudne, że jest monotonne. Owszem, jest smutne.
Smutne? Nie…
A właśnie! Ja uważam, że REGGAE JEST SMUTNĄ MUZYKĄ. Uważam, że nie ma radosnego reggae. Ta muzyka powstawała w pewnych realiach, przez te dźwięki przekazywany jest pewien smutek. Jest to błędne pojęcie, zły stereotyp, kiedy się mówi, że reggae jest radosne. Jeżeli czyta się teksty Marleya, to dużo jest tam o smutku, bólu, rewolucji, wojnach, prześladowaniach… I nawet słyszałem taką opinię na temat naszej płyty, że jest smutna. Powiedziałem tej osobie: nie znasz reggae. Reggae jest smutne. Z zasady. Nawet jeżeli słuchasz numeru i on jest dla ciebie radosny, jeżeli posłuchasz go w całości, może stać się dla ciebie smutny. Tak już jest. Taka jest moja opinia.
Ale gdzie ta radość, która płynie z obecności Bożej?
No jest! Oczywiście, że jest. Na przykład jeden nasz numer, „Jeruzalem”.
„Jeruzalem” jest wyjątkowe – obiektywnie jest smutne.
No właśnie, niby jest smutne, ale do czego ten smutek ma prowadzić? Słowo Boże mówi, że to nie może być smutek na zatracenie, ale na życie wieczne, ku nawróceniu. Jeżeli jest smutek, który jest ku nawróceniu, jest wszystko fajnie, ale jeżeli jest smutek, który powoduje, że jesteś zniszczony, zdeptany, to już jest zły smutek. Tak jest w przypadku wielu zespołów reggae: dół, dolina, niepogodzenie się z pewnymi sytuacjami powoduje, że człowiek może żyć w śmierci, rozumiesz?
A „Przystanek Jezus” też jest smutny?
Dla mnie może być smutny, bo gram go już 10 lat! (śmiech)
No właśnie. Czy Ciebie osobiście nie nudzą te utwory, które grasz w tej samej kolejności, w takiej samej aranżacji na każdym koncercie?
Wiesz, jakie my walki nie raz przeżywamy? Bo kolejny raz musimy grać to samo.
Nie masz takiego wrażenia, że wszystko jest „od do”?
To dużo zależy od koncertu. Kiedy jest fajna publika, można zrobić jakąś zajawkę. W klubie możemy sobie na to pozwolić, ale na przykład w sali konferencyjnej na Jasnej Górze spontaniczność nie jest wskazana, tam ma być „od do” i koniec. Na koncert składa się mnóstwo rzeczy: nasze samopoczucie, nasza trasa, czy jesteśmy najedzeni, czy jesteśmy wypoczęci, czy publiczność jest fajna, czy nam się dobrze gra, czy się dobrze słyszymy, teraz mógłbym wymieniać tysiące rzeczy. Pan Bóg to prowadzi po swojemu, ja nie mogę w to wnikać.
Ale czysto muzycznie: nie macie odwagi, żeby wyjść poza schemat?
Wychodzimy nie raz poza schemat! Ostatnio graliśmy koncert na Campo Bosko, graliśmy z nowym bębniarzem, machnął się – bardzo często jak się machniemy, to coś fajnego powstaje – i zrobiłem z ostatniej zwrotki „Przystanek Jezus” raggę – kosmos. Czasem są takie wpadki. Ale ja wolę, żeby to było poukładane, dlatego że na moje samopoczucie na scenie składa się mnóstwo innych rzeczy, ja się muszę skoncentrować. Wolę jak jest „od do”. To nie jest lęk, mnie jest wygodniej. Mogę skoncentrować się na tym, co mam do tych ludzi powiedzieć. Na przykład ostatnio wyskoczyłem z krzyżem. Cały kościół ludzi, a ja nagle wyskoczyłem na ławkę i krzyż im pokazywałem. W ogóle śruba była. Ja wiem, że ludzi trzeba szokować, zdaję sobie z tego sprawę, miałem 6 lat na głowie dready, ale pytanie: CZY TO JA MAM ICH SZOKOWAĆ?
Bo Ty generalnie nie jesteś człowiekiem „od do”?
Coś ty! Ja jestem trudny. TRUDNY JESTEM W ŻYCIU. Nie jestem prostym gościem. Jestem skomplikowany. Na co dzień jestem zadziorny, potrafię się wydrzeć. Taki jestem. Aga mi mówi, że jestem cholerykiem.
No właśnie, a jak jest w małżeństwie?
Tak samo, ale nie jestem cały czas taki sam. To jest moja przystań, gdzie jestem sobą. Małżeństwo to jest niesamowite błogosławieństwo. To jest droga uczenia się ofiary, poświęceń, wyrzeczeń – i przez to głębi miłości. Moja żona to jest po prostu skarb. Największy.
Jaka jest?
Mogę powiedzieć, że jest wspaniała. Jak kiedyś czytałem świadectwa ludzi, którzy głosili Ewangelię, zawsze sobie marzyłem, żeby moja żona, żeby Agnieszka, bo wtedy byłem z Agnieszką, była zdolna do poświęceń. I ona taka jest. Ja odpadam przy niej. Nie musi nic mówić. Potrafi po prostu uczynić, nie no, bije mnie na łeb. Duchowo.
Niejednokrotnie w swym świadectwie mówiłeś, że była pierwszą osobą, której podałeś narkotyki. Wtedy się już znaliście?
No tak, znamy się od podstawówki. No przecież ja już W SZÓSTEJ KLASIE BRAŁEM NARKOTYKI.
Ale wtedy nie byliście razem?
Nie, kumplowaliśmy się. Jakieś koncerty, imprezy. Picie, palenie. W tą mańkę.
A jak to jest być ojcem?
Zawodowo. Rodzina jest moim priorytetem. To jest fundament.
Jesteś szczęśliwy?
Tak! Ostatnio to sobie uświadomiłem. Szczęście to nie jest uczucie. Ja czasami się czuję szczęśliwy, a czasami nie, ale jestem szczęśliwy. Przyszedłem ostatnio do chłopaków do liceum. Wiecie panowie, muszę wam coś powiedzieć: jestem szczęśliwy. Oni patrzą na mnie: no fajnie się pan ma. Powiedziałem to też ostatnio na świadectwie. A ksiądz skwitował to na mszy o uzdrowienie w ten sposób: człowiek 12 lat jest z Panem Bogiem i dopiero uświadamia sobie, że jest szczęśliwy. Tak mnie to zabolało. Czemu on kwituje moje świadectwo? Ale tak sobie pomyślałem: rzeczywiście tak jest! (śmiech)
Czym jest dla Ciebie Wspólnota?
Wspólnota to jest moje życie. To jest wszystko jakby w jednym kręgu: rodzina, katecheza, zespół, wspólnota. Wszystko się łączy, bo ja w domu też muszę głosić Ewangelię.
Uważasz, że Odnowa w Duchu Świętym może odmienić oblicze Kościoła?
Dzieje się to cały czas od Soboru, choci aż bardzo powoli.
Ale gdzie to widzisz w Kościele?
Ty tego nie widzisz?! Pan też potrzebuje czasu, kropla drąży skałę, ale to jest po prostu wszędzie! Spotykasz księdza i mówisz mu: chcę się wyspowiadać, a on ci mówi, no to chodź do konfesjonału, ale nie, ja się źle czuję w konfesjonale. To chodź, przejdziemy się. To jest Odnowa. Przed Soborem: konfesjonał i łacina. Ludzie, którzy chodzą do Kościoła w tym uczestniczą, ale nie są tego świadomi. Papież, kiedy zwołał Sobór, powiedział wprost: Nie bójcie się, nie lękajcie, wchodzimy w nowy czas dla Kościoła – czas Odnowy.
Czym jest Odnowa dla Ciebie?
Odnowa to nie tylko ruch. Odnowa jest wewnątrz. Jest wtedy, kiedy tak naprawdę ja siebie odnawiam i przez to mogę opowiadać o tym innym. Być dla innych człowiekiem. Kiedyś gadałem po koncercie z jedną dziewczyną i ona mówi mi, że wydawało jej się pod sceną, że mam niebieskie oczy. A ja mam piwne. To jest właśnie to: ludzie to inaczej widzą na scenie, a inaczej pod sceną. I ja chciałbym być taki, jak na scenie, też pod sceną. I to jest moje największe zmaganie ze sobą – żeby nie być kimś, kim nie jestem. Żeby być po prostu człowiekiem dla człowieka. Tyle. Mogę o tym mówić godzinami, ale to trzeba czynić. Miałem teraz rekolekcje. Ojciec Ścierański przez trzy dni mi tłukł, że muszę kochać te dzieci, po czym przychodzę w poniedziałek do pracy i pierwsze co robię, to krzyczę na nich. I po prostu sobie myślę: jaka tragedia. Tyle z wami jestem, a wy dalej nie rozumiecie? To jest cała prawda. Kiedy byłem w Magdalence na zjeździe Odnowy, dostałem Słowo: ILEKROĆ NIEDOMAGAM, TYLEKROĆ JESTEM MOCNY. I to jest podsumowanie całego twojego wywiadu. Z tego wyciągniesz jedno zdanie i będzie dobrze. Nie chcę być bohaterem tego wywiadu. Bo nie jestem bohaterem.
Taki anty-wywiad… Ale Ty w ogóle jesteś anty jak sama nazwa (zespołu) wskazuje… Sprzeciw względem?
Babilonu.
No coś ty, nigdy bym nie pomyślała! (śmiech) A w Twoim życiu?
Staram się być przeciwko postawom egoistycznym. Staram się chociaż w większości przemawia przeze mnie „ja”: człowiek, moja słabość, moja niemoc. Wiem, że nie ma we mnie ofiary, nie ma we mnie poświęcenia, miłości. A to jest dla mnie najważniejsze.
fot. Weronika Gurdek
fot. Weronika Gurdek




