Wiele razy modliłem się podczas wyjazdów na mecze. Wiadomo, że były szalone i pełne radości momenty, ale były i takie, gdzie dochodziło do konfliktów pomiędzy grupami kibiców i policją. Środowiska kibicowskie to trudny teren, wręcz misyjny. Marzy mi się, żeby kiedyś dla tej społeczności zagrać na scenie.
Z Bartkiem Jaskotem rozmawia Bartek Maziarz
Muzyka i Stal Mielec!
W jednej z gazet przeczytałem o Tobie: społecznik, muzyk, miłośnik piłki nożnej i sympatyk drużyny Stali Mielec. Siedzimy pod trybunami stadionu, gdzie pracujesz, a pretekstem do rozmowy jest Twoja nowa płyta, czyli wszystko się zgadza. Co jest dla Ciebie ważniejsze: Stal Mielec czy muzyka?
Najważniejsza jest rodzina.
To zapytam inaczej: planujesz koncerty tak, żeby nie kolidowały z meczami?
Nie mam problemów z rozgraniczeniem tych dwóch spraw. Moja działalność muzyczna jest bardzo fajnie odbierana w Stali. Na komputerze klubowym są moje piosenki i ludzie czasem ich słuchają. Powiem więcej – ludzie z klubu pomogli mi wydać moją nową płytę! Jej wydawcą jest jeden ze sponsorów naszej drużyny. A wracając do pytania, to oczywiście, że staram się wszystko tak planować, żeby te dwie moje drogi nie wchodziły sobie w drogę… (śmiech), a pomagały sobie i uzupełniały się.
Z pierwszej płyty na „MY W NiM” trafiły cztery utwory: „ZŁOTA ZASADA”, „PRZYJDŹ POWIEDZ MI, że”, „Tęsknie” i „DOBREJnocy”. Dlaczego akurat te?
Pierwsza płyta powstała w takim szaleńczym przypływie entuzjazmu. Myślę, że każdy świeżo nawrócony człowiek dostaje w pewnym momencie skrzydeł i robi wiele rzeczy niezrozumiałych. Po jakimś czasie wspomina się je z uśmiechem na twarzy. Bardzo mi zależało, żeby materiał z „POSŁUCHAJ” znalazł się na nowej płycie, ale właśnie w wersji już bardziej dojrzałej. Jest w tym pewna symbolika. Na nowym krążku są utwory z pierwszego, które powstały gdzieś po trzech, czterech latach działalności, ale i te całkiem świeże. Całość podsumowuje te siedem lat.
A co z utworem „ja+Ty=MY W NiM”? Był już dawno nagrany, a trafił dopiero na ten album… Czy on też musiał dojrzeć?
Historia tej piosenki jest taka, że ona powstawała tak naprawdę z inspiracji RUaHa. Śp. Janusz Kotarba pewnego dnia zadzwonił do mnie i po prostu zapytał, czy mam coś nowego. Mieliśmy w powijakach ten utwór, ale postanowiliśmy nagrać taką wersję demo, która znalazła się na jednej z płyt dołączonych do RUaH… Zdawaliśmy sobie sprawę, że ten kawałek nie jest jeszcze w pełni dojrzały muzycznie. I tak doczekał najnowszej płyty, na której dopiero zabrzmiał tak, jak powinien.
A ci MY, z tytułu płyty, to kto?
MY to ja i Ty. Często widzę kogoś po raz pierwszy, a czuję, jakbyśmy się znali nie wiadomo ile lat. Potem okazuje się, że jest to osoba, która oddała życie Chrystusowi. I to są właśnie ci MY. Spotykamy się, żeby się wspomagać w drodze do celu, jakim jest dla nas wszystkich chrześcijan NIEBO.
Ja + moja żona + dzieciaki = MY w NiM
Ta płyta i ten utwór są chyba mocno związane z Twoim życiem osobistym…
Na pewno. Myślę, że marzeniem każdego męża, każdego ojca jest to, żebyśmy żyli właśnie W NiM. W Tym, który daje nam prawdziwą wiarę, prawdziwą nadzieję i prawdziwą miłość. Jest to nieprawdopodobne wyzwanie, które całkowicie mnie teraz pochłania i powiem szczerze, że wiele moich pasji czy moich przyjemności odchodzi na dalszy plan. Jest to największe wyzwanie dla mnie jako męża i jako ojca dwóch synów. Chciałbym w tym wytrwać i życzę wszystkim rodzinom, żeby żyli jako MY. Ja plus moja żona plus dzieciaki to MY w NiM. On daje nam wiarę, nadzieję i miłość.
Przez te kilka lat działalności scenicznej, współpracowałeś z wieloma muzykami, ale zawsze obok Ciebie był Witek Góral. Jak wasza współpraca wpływa na Twoje muzykowanie i życie?
O Witku Góralu mogę powiedzieć, że jest moim przyjacielem, bratem. Od wielu, wielu lat. Dla mnie to wielkie szczęście, że spotkałem takiego człowieka. Muzyka niesłychanie skromnego, pokornego, człowieka bardzo wrażliwego i potężnej pracy, aż wreszcie człowieka, który jest nieprawdopodobnie zd eterminowany do tego, żeby głosić Chrystusa. Dziękuje Bogu, że mogę z Witkiem współpracować.
Oprócz Witka na najnowszej płycie usłyszymy też innych artystów. Jak doszło do współpracy z Bartkiem Mielczarkiem i Tomkiem Franciszkowskim, którzy mieszkają przecież na drugim końcu Polski?
Naszej podstawowej sekcji, czyli Radkowi Kulisiowi i Mateuszowi Cudzichowi w pewnym momencie ponakładało się kilka terminów i musieli po prostu wybierać. A że mieli zobowiązania w stosunku do innych zespołów, to znaleźli na swoje miejsce zastępców. Zagraliśmy razem DOBRE koncerty, mieliśmy wspólne trasy i postanowiliśmy ich też uwiecznić na tej naszej muzycznej drodze. Zgodzili się i zagrali na tej płycie. Dla mnie szczególnie ciekawym doświadczeniem jest piosenka „Wzywam Cię!”, gdzie śpiewam do akompaniamentu Bartka Mielczanka. Zaśpiewałem z basem, co było dużym wyzwaniem, bo nigdy tego nie robiłem. Ta piosenka jest już od trzech albo czterech tygodni w ścisłej czołówce na liście Muzyczne Dary. Dla mnie to nagroda od słuchaczy.
Tekst napisała Agnieszka Szupował, z którą chyba wcześniej nie miałeś do czynienia. I to słychać, bo ten utwór wyraźnie się wyróżnia…
Ta piosenka jest dowodem na to MY, o którym rozmawialiśmy. Agnieszka Szupował to bardzo młoda, utalentowana wokalistka. Pewnego dnia, kiedy graliśmy w Jastrzębiu Zdroju, była na widowni i podeszła do nas po koncercie. Porzuciła karierę w jednym z muzycznych teatrów w Warszawie i postanowiła wrócić do swoich rodzinnych Żor, gdzie zajmuje się chorymi dziećmi. Tam dla nich śpiewa i uczy ich dźwięków. Tę piosenkę dostaliśmy od niej w prezencie. Może, dlatego jest mi tak bliska?
Niektóre z Twoich tekstów inspirowane są Pismem Świętym. W jaki sposób wybierasz fragmenty Słowa Bożego?
Czytam Słowo Boże i ono potem w różnych momentach mojego życia do mnie wraca. Zapisuję te fragmenty albo zakreślam w mojej Biblii. Wracam do tego, w pewnym sensie tę myśl rozbudowuję i z tego powstaje piosenka.
DOBREspotkania
Nagrałeś płytę „Z nadzieją na ZmartwychPOWSTANIE”. Artyści raczej nagrywają płyty kolędowe… Skąd taki pomysł?
Wiele pomysłów wiąże się z moim dzieciństwem. Z tym, co wtedy przeżywałem. W tym przypadku są to pieśni pasyjne, za pomocą których chciałbym opowiedzieć Drogę Krzyżową. I jak pewnie zauważyłeś, są na tej płycie pieśni bardzo, bardzo stare – po te z XXI wieku. Dla nas było ważne, że to cały czas dzieje się naprawdę – Męka Chrystusa i jego Zmartwychwstanie dzieje się w nas. Nie tylko podczas Świąt, ale także każdego dnia. I myślę, że w dowód tego, zagraliśmy mnóstwo tego typu „spotkań”. Świadomie nie chcę nazywać tego koncertami, bo jest to w pewnym sensie misterium, opowiadanie, gdzie nie ma miejsca na oklaski, cały czas jest po prostu opowieść o tym niezwykłym dowodzie miłości. Płyta się bardzo szybko sprzedała. Dostajemy dużo listów, telefonów z pytaniem, gdzie można ją kupić i przymierzamy się, żeby spróbować w tym roku doprowadzić do reedycji.
Maciek Nestor wyznał w wywiadzie dla RUaH, że jego widowisko multimedialne jest inspirowane właśnie Twoją płytą. W trakcie powstawania płyty „MY W NiM” pisałeś na stronie internetowej, że możliwy jest udział Maćka w jej nagraniu (chyba się nie udało). Czy to miała być jego rekompensata?
Maciej Nestor jest bardzo twórczą osobą, inspiruje innych. Nie ukrywam, że mamy zalążki wspólnego projektu muzycznego, który się może kiedyś „urodzi”, ale na razie dojrzewa. Pamiętam spotkanie z Maćkiem. Graliśmy w Sycowie program „Z nadzieją na ZmartwychPOWSTANIE”, a on przyszedł ze swoją żoną Basią. To kolejny dowodów na to, że to MY…
fot. Radosław Kuliś / bartekjaskot.pl
No właśnie, MY, ale mogło nie być tej płyty, bo mieliście z wydaniem tego materiału pewne problemy.
Podstawowy problem jest, jak myślę, dobrze znany każdemu chrześcijańskiemu składowi w naszej ojczyźnie. W kraju, gdzie 95% ludzi uznaje się za ochrzczonych, ta muzyka dalej nie może znaleźć swojego miejsca. Podjęliśmy decyzje, że nie będziemy robili niczego na siłę i czekaliśmy po prostu na odpowiednie momenty. Było dużo małych cudów, które towarzyszyły każdej naszej płycie. Dotrwaliśmy, chociaż były dramatyczne momenty (z komputera zginęła nam cała sesja nagraniowa).
Jak się czuliście, kiedy okazało się, że wasz materiał zginął i trzeba będzie go nagrać od nowa?
Było trudno. Ciężko zarobione pieniądze po prostu nam przepadły i dlatego pod względem finansowym na pewno był to duży smutek. To akurat zbiegło się z tym, że nasz serdeczny kolega, Jacek Polak, otworzył w podmieleckich lasach studio nagrań. Panuje tam taka Boża atmosfera i kolejne nagrania poszły bardzo sprawnie. Myślę, że tak miało być. Witek Góral powiedział, że nie ma w tym przypadku, bo kilka utworów zaśpiewałem lepiej niż wcześniej… (śmiech) Problemów było dużo, ale chociaż dotrwaliśmy do końca, teraz pojawiają się kolejne. Wiadomo, że jak wydasz płytę, to trzeba ją pokazać światu, przypominać się. Ale myślę, że na razie odzew jest dobry. Jeśli chodzi o media czy słuchaczy, to jest bardzo ciekawie – nie spodziewałem się tego.
Ty już pewnie od zespołu „Braci najmniejszych”, czyli od początku swojego koncertowania, musiałeś przechodzić ciężką drogę, żeby dotrzeć ze swoim przekazem do mediów. Czy rzeczywiście jest tak ciężko, jak niektórzy mówią?
Jest ciężko. Jak spotykamy się z chłopakami po koncertach, analizujemy, rozmawiamy i wspominamy, to patrząc z dystansem, pewne rzeczy są dla nas niewytłumaczalne. Siły idą prosto z NIEBA. Czasami człowiek doznaje bardzo wielu upokorzeń i zadaje sobie pytanie, czy to wszystko ma sens, czy jest potrzebny? Ale coraz więcej ludzi otwiera się na tę muzykę. A dzięki temu, że nas nie zapraszano na jakieś większe imprezy chrześcijańskie, to graliśmy w takich miejscach, gdzie być może ludzie takiego koncertu by nie usłyszeli i my też odkryliśmy, że mamy swoją drogę. Każdy ma swoją. Nie mam do nikogo żalu. W wielu kwestiach się buntowałem, ale teraz widzę, że to wszystko ma sens. Miało i ma sens.
Oprócz tych mniejszych koncertów grałeś też na największych imprezach: Song of Songs, Piekary. Jak Twoim zdaniem te duże chrześcijańskie imprezy wyglądają pod względem organizacyjnym?
Pod względem medialnym to jest to nieprawdopodobna promocja. To jest ich wielki plus. Ale myślę, że my w Polsce musimy się jeszcze dużo uczyć, jak łączyć tę ewangeliczną służbę z komercją, marketingiem, który jest potrzebny. Miałem okazję półtora roku mieszkać w Stanach Zjednoczonych i w tym czasie poznawałem duchową stronę Ameryki. Spotykałem ludzi, którzy służą przez muzykę. Wiesz, dla nich to jest naturalne, że trzeba napisać mail, zadzwonić, wystąpić w telewizji, zrobić make-up, ubrać się tak, żeby nie było wizualnej granicy pomiędzy twórcą, który śpiewa o tym, że ma super dom i wielki jacht, a kimś, kto śpiewa o bardzo mocnym uczuciu do Pana Boga. Jak obserwowałem od kuchni wielkie chrześcijańskie imprezy w Polsce, to widziałem, że granica jest bardzo, bardzo cienka między służbą, a chwałą samego siebie – wykonawcy.
Chciałem być piłkarzem
Da się w Polsce żyć z grania o Bogu?
W momencie, kiedy nie miałem rodziny, to spokojnie utrzymywałem się z tego. Kiedy pojawia się rodzina i odpowiedzialność za to, żeby Twoja żona i dzieci miały co jeść, no to wtedy pojawia się problem. Ale dostałem pracę tutaj, w Stali i jest to dla mnie dowód nieprawdopodobnej miłości. Jako dziecko marzyłem o dwóch rzeczach. Chciałem być piłkarzem (później jak już odkryłem, że jednak nim nie będę (śmiech), to chciałem być blisko tego klubu i dla niego pracować. To się spełniło!) Jako młody chłopiec chciałem także przyprowadzać ludzi do Chrystusa, marzyłem o tym, żeby być księdzem, żeby śpiewać i w tym śpiewaniu odnalazłem też swoją misję. Pan Bóg dał mi to, że mogę głosić Jego chwałę przez muzykę. Nikt na mnie naciska, że muszę śpiewać o tym czy o tamtym, po prostu śpiewam o tym, co czuję, co przeżywam. I to mi daje wolność. Marzyłem o miłości, tej ludzkiej, tutaj na ziemi. I Bóg dał mi rodzinę. Naprawdę mam za co dziękować.
Wspomniałeś o kapłaństwie. Byłeś w seminarium, jak to Cię zmieniło?
Byłem bardzo rozśpiewanym seminarzystą, dużo korzystałem z lekcji śpiewu… No i przede wszystkim, wiesz – miałem możliwość zaglądnięcia w siebie bardzo mocno. Do swojego serca, do swojej duszy. Bardzo ważne było dla mnie to, że moi kierownicy duchowi prowadzili mnie w ten sposób, żeby najpierw muszę odkryć swoje człowieczeństwo, a dopiero później wybrać, kim będę. To była dla mnie wolność. Miałem dużo czasu, żeby odkryć wiele znaków, które prowadziły mnie w tym kierunku, w którym idę teraz.
No właśnie, masz rodzinę, która niedawno się powiększyła. Czy któryś z Twoich synów był już na stadionie?
O tak, mój najmłodszy synek, Franiu, który w tym roku kończy 3 lata, brał już udział w niejednym treningu Stali. Oczywiście nic na siłę nie zaszczepiam, sami wybiorą, co chcą. Ale umie mówić już „Stal Mielec!” (śmiech)
A jak wybiorą Stal z Rzeszowa?
Nie wybiorą! (śmiech)
fot. archiwum Bartka Jaskoty
Skąd się wzięło to Twoje zamiłowanie?
Cała moja rodzina kocha ten zespół, tradycje są bardzo mocne. Moi wszyscy bracia, kuzynowie grali w tym klubie. Mój tato, jak byłem bardzo małym dzieckiem, zaprowadził mnie na pierwszy mecz i to była taka miłość od pierwszego wejrzenia… Teraz na to patrzę jako na część mojej rodziny. Od dwóch lat opiekuję się młodym zespołem, jaki mamy w Stali. Pomagam im w różnych dziedzinach i zastanawiałem się, czy jestem tutaj potrzebny, ale chyba tak. Wielką nagrodą dla mnie są momenty, kiedy ludzie pytają o Chrystusa. Pytają bogaci, biedni, kibice, działacze, młodzi piłkarze… Ale piłka nożna jest takim wariactwem, że trzeba uważać, bo bardzo mocno potrafi wciągać, przyćmiewać inne dziedziny życia i, tak jak muzyka, wywoływać dobre jak i złe uczucia.
W tym zdaniu, które przytoczyłem o Tobie na początku naszej rozmowy, zostałeś nazwany sympatykiem. Wydaje mi się, że to zabieg celowy, żeby tylko nie użyć słowa kibic, które jest źle kojarzone w naszym kraju. Zanim zacząłeś pracować w klubie jeździłeś na mecze z kibicami (tzw. „wyjazdy”). Jak byś odpowiedział teraz na taki zarzut: jeździłeś na wyjazdy z kibicami, a tutaj śpiewasz o Bogu?
Wiele razy modliłem się podczas wyjazdów. Bo wiadomo, że były szalone i pełne radości momenty, ale niestety były i takie, gdzie dochodziło do konfliktów pomiędzy grupami kibiców i policją. Nie wiem, jest to po prostu trudne. Środowiska kibicowskie to bardzo trudny teren, wręcz misyjny. Marzy mi się, żeby kiedyś dla tej społeczności zagrać na scenie. Na to jednak musi przyjść odpowiedni czas, chociaż przy różnych spotkaniach, na przykład świątecznych, śpiewam im kolędy przy stole.
Na koniec jeszcze o internecie. Wielokrotnie podkreślałeś, że dzięki swojej stronie internetowej, załatwiasz większość swoich koncertów. Kiedy szukałem informacji o Tobie w sieci, to w kilkudziesięciu miejscach, nawet na blogach nastolatek, gdzie piszą o swoich przeżyciach miłosnych, znajdowałem linki do Twoich mp3. To pomaga czy przeszkadza?
Zawsze staram się ustalać z pozostałymi członkami zespołu, który utwór wybierzemy i udostępnimy na stronie. I to po prostu wędruje. A Pan Bóg nam to oddaje na różne sposoby. Trzeba mieć świadomość, że walczymy o pokolenie dzisiejszych gimnazjalistów i licealistów, dla których Internet jest jak tlen. Oni po prostu z tego korzystają i tym żyją. Dlaczego więc nie mają przenikać do sieci dobre dźwięki i słowa?
W piosence „WNiM” śpiewasz o niespełnionych marzeniach. A czy Twoje marzenia się spełniły?
Wszystkie na pewno nie, ale dużo marzeń się spełniło. Od momentu, kiedy w swoim życiu odkryłem, że warto ufać Bogu, oddawałem mu sprawy, rzeczy czy różne sytuacje życiowe. Wydawało mi się, że nie będę w stanie bez nich żyć, a dzięki Niemu odkryłem, że On ma dla nas jeszcze wspanialsze rozwiązania. I te moje marzenia spełniały się na przeróżne sposoby i to takie, których zakończenia nawet nie byłem w stanie sobie wyobrazić.
Więcej o Bartku na www.BartekJaskot.PL


