Droga

Współpraca była trudna, bo uderzała w nasze relacje małżeńskie, rodzinne. Bo jak pracujesz z rodziną, to nie da się na „trzy-cztery”, przejść od spraw zawodowych do normalnych i odwrotnie. Powiesz prawdę w kwestiach muzycznych, która boli, to potem wszystko przenosi się na grunt rodzinny. Człowiekowi trudno przyjąć krytykę i żyć z tym, jakby nic się nie stało. Nosimy w sobie wiele zranień.

Z Beatą Polak rozmawia Weronika Gurdek

Możemy zacząć od końca? Bardzo mnie intrygują Twoje buty…

Wiedziałam, że o to zapytasz! Większość moich butów to produkty firmy Swear. Uwielbiam je! Ostatnio Kaja przyszła do domu w wyższych butach i stwierdziła, że już wie, dlaczego ja takie noszę – one mi dają poczucie wartości (śmiech). Jak chodzę w płaskich butach, to się bardzo źle czuję psychicznie. Nawet w domu mam klapki na koturnach! W sumie mam chyba trzynaście par butów Swear.

fot. Andrzej Świętek

I grasz w nich na… dwie stopy?

To zależy. Miałam kiedyś takie buty do kostki, masywne, z oczami i zębami. I na niektórych koncertach dało się w nich grać.

A propos: bywało, że „przerastał” Cię Twój własny instrument? Słyszałam o historii przy nagrywaniu „Soul Side Story”, koncertówki Armii…

Tak, to jedna z najlepszych! To był koncert rejestrowany. Pomagał mi wtedy bardzo fajny techniczny, Adaś Słucki. Koncert zaczął się świetnie i Adam zamiast pilnować mnie i mojego sprzętu, stał zapatrzony w publiczność. A tu się okazało, że jak ustawiał sprzęt, to nie przykręcił pedału stopy do bębna basowego. Ja zaczęłam grać, a sprzęt zaczął się rozchodzić na boki, stopa się wywróciła, a ja nic nie mogłam zrobić, bo utwór był nagrywany i trzeba było po prostu grać. Więc oczywiście zaczęłam go – cały czas grając – wołać: „Adam, Adam, stopa, stopa”. A on nic nie słyszał w tym koncertowym czadzie. Ja panikuję, a on nie słyszy… Z koncertu miała powstać płyta, a ja już na dzień dobry mam niewypał! I niestety poza niedogranymi bębnami, nagrało się jeszcze to moje wołanie z wieloma histerycznie wykrzykiwanymi niecenzuralnymi słowami… (śmiech) Przy miksowaniu koledzy z zespołu mieli oczywiście wielki ubaw przy odsłuchiwaniu tych fragmentów – żartowali, że wyciszą muzykę, zostawią tylko te moje krzyki i dadzą to jako bonus na płycie!

Podobno nie ma nic gorszego niż mąż lub żona mająca ten sam zawód. A Marcin to też muzyk…

Kiedy się poznaliśmy z Marcinem, on grał w zespole 3Siostry, ja w 2 Tm 2,3 i Armii. Pamiętam, że jak już coś między nami zaczynało iskrzyć, to ja mówiłam: „Ale ja nie chcę mieć męża muzyka!”. A on na to: „Kochanie ja nie jestem muzykiem, tylko informatykiem, a muzykowanie to dla mnie zabawa”. I ja naiwna w to uwierzyłam (śmiech). Okazało się, że tak było tylko w teorii, ponieważ mojemu mężowi bardzo zależało na graniu, i ciężko mu było, gdy ja nadal grałam dużo koncertów, a on się nie realizował muzycznie. Dla Marcina muzyka to wielka pasja, ale w praktyce – wciąż niespełniona… A wiemy jak trudno żyje się z takim niespełnieniem. Na szczęście Pan Bóg przychodzi nam z pomocą…

Sunguest – Wasz wspólny zespół – miał być na to lekarstwem?

Sunguest był tworem eksperymentalnym. Marcin miał pomysł, nagrał gitary. Ja chciałam mu pomóc, więc dograłam bębny. Dla mnie to było niezobowiązujące. Ale ponieważ już była większa część muzyki, to stwierdziliśmy, że dobrze byłoby mieć wokal. Wtedy pomyślałam o Kai. Pamiętam nawet jak Kaja o trzeciej nad ranem w naszym mieszkaniu w bloku nagrywała takie wstępne wersje do „Ehije Aszer Ehije”, tym swoim specyficznym głosem, stylizowanym trochę na jakieś bułgarskie chóry, takich ludowych babek, drąc się w niebo głosy, a ja zastanawiałam się ilu ludzi to słyszy, i ilu klnie, że nie może spać… Efekt końcowy bardzo mi się spodobał.

Ale współpraca nie należała do łatwych…

Wiele rzeczy chciałam robić inaczej niż Marcin. Byłam też przyzwyczajona do innego stylu grania, zawsze grałam z bardzo dobrymi muzykami… Bardzo ciężko mi było zgodzić się na to, co dostaję muzycznie w Sunguest. To oczywiście jest też moja wada – wszystko po mojemu… Współpraca była więc bardzo trudna, bo uderzała w nasze relacje małżeńskie, rodzinne. Bo jak pracujesz z rodziną, to nie da się na trzy cztery, przejść od spraw zawodowych do normalnych i odwrotnie. Powiesz prawdę w kwestiach muzycznych, która boli, to potem wszystko przenosi się na grunt rodzinny. Człowiekowi trudno przyjąć krytykę i żyć z tym, jakby nic się nie stało. Nosimy w sobie wiele zranień, nazbieranych przez całe życie, i każde krytyczne słowo powiedziane pod wpływem emocji (a one są nieuniknione), potrafi być, jak sztylet włożony w serce.

Chciałaś zarzucić ten projekt?

Były takie momenty. Widziałam, jak trudno mojemu mężowi jest oddzielać sprawy zespołowe od naszych rodzinnych. Ten wieczny galimatias zabijał mnie najbardziej. Gdy grasz z obcymi ludźmi, to kończy się praca w zespole, idziesz do domu i starasz się już nie myśleć o problemach z pracy, bo masz inne życie – z rodziną… A ja wychodząc z próby Sunguestu miałam nadal to samo. Wydawało mi się to nie do udźwignięcia. Kaja też miała wątpliwości, dodatkowo przechodziła mutację. Właściwie dopiero decyzja, że ja mam być producentem płyty pociągnęła za sobą kolejną – gramy dalej… Marcin potem wielokrotnie przyznawał mi rację i podobało mu się to, co robiłam z tą muzyką. Najbardziej go bolało, jak cięłam jego gitary, by stworzyć swoją wizję utworu. Ale taki jest przywilej producenta. W konsekwencji, po nagraniu wokali, wiele piosenek mi się naprawdę spodobało. Doceniłam też obecność Marcina jako gitarzysty w zespole. Kiedyś rozchorował się na dwa dni przed koncertem i jedna próba odbyła się bez niego. Okazało się, że nie możemy zagrać większości piosenek, ponieważ brak głównego szkieletu utworu, a drugi gitarzysta nie jest w stanie odtworzyć gitar Marcina, bo w oryginale gra zupełnie co innego…

Wasza płyta „Labirynt” jest już blisko pół roku na rynku. I też nie macie łatwo – same skrajne opinie: albo się Wami zachwycają, albo się Wam obrywa… Jak sobie radzisz z krytyką?

Główny zarzut, to zestawienie wokalu nie-rockowego z muzyka rockową, co od początku było moim zamierzeniem. Dlatego ta krytyka mnie nie boli, bo nie jest to błąd muzyczny, tylko kwestia gustu. Gdyby wokal był typowy – rockowy, to i zespół byłby typowy, a w obecnej sytuacji jest przynajmniej coś, co niejednego intryguje. Spotkałam się z opinią, że im więcej słucha się piosenek Sunguestu, tym bardziej wokal przystaje do muzyki. Na pewne rzeczy potrzeba czasu, ale później one głębiej zapadają w pamięć. Było wiele zarzutów do tekstów Kai… Niestety w wielu przypadkach w recenzjach pojawiały się błędy merytoryczne, na przykład określanie tekstów Kai jako teksty 20-latki, podczas, gdy powstawały one, kiedy Kaja miała 16-18 lat (o czym ona sama mówi w wywiadach). Albo przypisywanie Kai tekstu „Ehije Aszer Ehije” jako pozostałości po-Arkowej (bo ma odniesienie do Ducha Świętego), a autorem tego tekstu jestem ja. Myślę, że Kaja pisała te teksty otwarcie i szczerze, może zbyt szczerze, obnażając wiele swoich odczuć. Najłatwiej jest zinterpretować tekst o „nieszczęśliwej miłości” jako niespełnionej miłości dziewczyny do chłopaka, a tu niestety nie o taką miłość chodzi, tylko o uciekanie w świat muzyki, w którym człowiek się zatapia, angażuje emocje, przeżywa, a z którego nie otrzyma miłości, bo muzyka go nie pokocha. Myślę, że tak jak w każdym przypadku, zawsze są zwolennicy i przeciwnicy. Mnie nie zależało na zadowoleniu wszystkich.

Powiedzmy coś o Twojej rodzinie: masz dorosłą córkę – Kaję, a od pięciu lat męża Marcina i jeszcze dwóch synów – czteroletniego Maksa i dwuletniego Gabrysia.

Kaję urodziłam, jak miałam dwadzieścia lat i przez długi czas wychowywałam ją sama. Śladem tego jest piosenka „Bez buntu”, do której Kaja napisała tekst. Wiele lat byłam poza Kościołem. Uważałam, że Pan Bóg nie jest mi do niczego potrzebny. Wydawało mi się, że mogę liczyć tylko na siebie i zresztą do dzisiaj czasem mam takie zapędy. Na wielu rzeczach się znam, wiele potrafię zrobić i na wszystko mam pomysł – to efekt wychowania mojego taty. Tata zabierał mnie do piwnicy, by naprawiać z nim motor albo składać silnik do wartburga. Te umiejętności oprócz tego, że pomagają, to też przeszkadzają, bo odbieram miejsce Marcinowi. Nie daję mu szans na to, by sam się uczył, bo przecież „ja to zrobię od razu!”. Ten czas, kiedy byłam daleko od Boga, był czasem wielkiej śmierci duchowej. Ja sobie z tego nie zdawałam sprawy. Wydawało mi się, że żyję. Dziś wiem, że to była śmierć i jestem Bogu bardzo wdzięczna, że zawołał mnie do siebie. Byłam zbuntowana przeciw Kościołowi, jego zasadom i myślałam, że nie ma tam dla mnie miejsca. Nie znałam wtedy tego przepowiadania, że Kościół to jest miejsce dla grzeszników, że wystarczy tylko chcieć zmienić kierunek. Myślałam, że tylko święci są w Kościele, a grzeszników wyrzuca się na out.

I jak to się stało, że jednak wróciłaś?

Takim przełomowym momentem był czas, kiedy jeszcze z Syndicate graliśmy próby w poznańskim Zamku. Obok mieli swoją salkę Acid Drinkers i Flapjack. Mieliśmy problem z wokalem i pamiętam, że poszłam do Licy po radę. A on zamiast gadać ze mną o wokalistach, to gadał mi cały czas o Panu Bogu. I w końcu powiedział: „Bo wiesz Beata, my się modliliśmy z Dobrochną za ciebie… Szkoda, że kiedyś byłaś w Kościele, a teraz jesteś daleko od Boga”. Bo rzeczywiście ja w liceum biegałam na msze studenckie na siódmą rano. Codziennie! A on dalej cały czas gadał o Bogu, że doświadcza Jego obecności, że to nie są tylko słowa… Byłam tym tak zmęczona, i niewiele z tego rozumiałam, chciałam trzasnąć drzwiami i wyjść. I wyszłam. Stanęłam na schodach i nie mogłam się ruszyć. Chciałam zbiec, ale nie mogłam zrobić ani kroku, i poczułam dziwne ciepło w klatce piersiowej. I wtedy przeszła mi przez głowę taka myśl, że może rzeczywiście Bóg się po prostu o mnie upomina. I to był prawdziwy przełom. Potem był kontakt z pierwszą Lednicą, gdzie grałam na bębnach. Zaczęłam na nowo przychodzić na msze święte.

fot. archiwum sunguest.pl

I wtedy się zaczęła Twoja „największa przygoda życia”, czyli Neokatechumenat.

Lica cały czas mnie namawiał na katechezy Drogi Neokatechumenalnej. Poszłam na nie, ale z każdej katechezy wychodziłam wkurzona. Denerwowało mnie, że było zimno w kościele, że nic nie rozumiałam, bo było słabe nagłośnienie, że ten kto głosił ciągle się jąkał. I cały czas mówili, że „Bóg mnie kocha”, a ja czułam, że jak jeszcze raz to usłyszę, to zwariuję! Bo ja kompletnie w to nie wierzyłam. Całe życie musiałam sama dbać o własne interesy, nawet gdy byłam dzieckiem, rodzice w niczym mi nie pomagali. Wychowywali mnie trochę jak trzech moich starszych braci, we wszystkim musieliśmy być samodzielni. Ja później sama wychowywałam Kaję, i te obietnice o miłości Boga do mnie, kłóciły się, moim zdaniem, z tym, czego doświadczałam. Poza tym byłam sama sobą i swoim życiem tak zgorszona, że to wszystko, co słyszałam na katechezach wydawało mi się nieprawdopodobne.

Podobno wszyscy tak reagują na katechezy…

Tylko jak się to samemu przeżywa, to się tak nie myśli. Jeździłam na koncerty z Tymkiem i mówiłam Budzemu: „Tomek ja już tam więcej nie pójdę, mam tego dość”. A on tak spokojnie: „No tak… Tak samo reagujesz jak my wszyscy. Też nie chcieliśmy chodzić, słuchać katechistów, ale chodź do końca, nic nie stracisz, a może usłyszysz coś dla siebie”. I pamiętam, że jak był wyjazd na konwiwencję założycielską, to ja się bardzo rozchorowałam i zwyczajnie straciłam głos. Zadzwonił Lica, żeby mi przypomnieć o wyjeździe, a ja szeptem do słuchawki mówiłam: „Nigdzie nie jadę, po co mam jechać. I tak nie mogę ani słowa powiedzieć”. A on mnie wręcz błagał, żebym pojechała i mówił, że tak się dzieje specjalnie: „Ty specjalnie straciłaś głos, żebyś nie pojechała, bo tak działa demon ”. Słuchałam go i nie potrafiłam już odmówić. Pojechałam. Czułam się jak ostatni głupek. Ludzie gadali, a ja nic. Ale dotrwałam do końca, weszłam do wspólnoty i dziś dziękuję za to Bogu, bo wspólnota codziennie mi ratuje życie.

Ważną rolę w Twoim powrocie do Boga odegrał też o. Augustyn Pelanowski…

Ojciec Augustyn, jak prawdziwy kapłan pomógł wielu ludziom, i za mnie też oddawał życie – za zbłąkaną owcę… Na mnie ciążyło bardzo wiele grzechów, wiele przekleństw. I pojechałam kiedyś do ojca Augustyna właśnie po to, aby mógł się nade mną modlić o uzdrowienie wewnętrzne, emocjonalne, o uwolnienie od przekleństw. Byłam tam dwa czy trzy dni w klasztorze pod Częstochową. Potem miałam jechać na koncert Armii na Mazury. I Augustyn zapytał mnie, czy mogłabym zabrać taką jedną panią i podwieźć ją do Warszawy. Oczywiście się zgodziłam. Ale inni ojcowie zaczęli żartować, żebym była ostrożna, bo każdy kto z nią jechał, miał wypadek. Nie traktowałam tego poważnie, zaczęłam się śmiać. Pojechałyśmy. W samochodzie pomodliłyśmy się, włączyłam Arkę Noego, zaczęłam opowiadać, że w tym zespole śpiewa moja córka, Kaja. Minęłyśmy tylko tablicę Żarek i ni stąd, ni zowąd, nie wiem jakim cudem, bo jechałam maksymalnie 70km/h, mój samochód wpadł w poślizg. A było sucho, nie padał deszcz, była prosta droga. Obróciło nas o sto osiemdziesiąt stopni i wylądowałyśmy na boku, na trawie. I gdy zadzwoniłam do Augustyna, że miałyśmy wypadek, on chyba nawet nie był zdziwiony. Powiedział mi, że kiedy przed wyjazdem modlił się nade mną, to miał taki obraz maszyny, która ma zepsute tryby, powyłamywane zębatki. I dodał, że nie bardzo wiedział, co to znaczy, ale teraz już wie. Wróciłam jeszcze na dzień lub dwa do klasztoru. To był taki moment w życiu, kiedy doznałam wielkiego uwolnienia. Ojciec Augustyn nauczył mnie też odmawiać brewiarz, różaniec, tak na serio, z sensem. Przyjęłam z jego rąk szkaplerz. I widzę jak Bóg troszczy się o mnie. Dziś to, co zapoczątkowało się we mnie przez o. Augustyna, mogę dalej rozwijać na Drodze Neokatechumenalnej i dziękować Bogu, że tak wielu oddanych Mu ludzi postawił na mojej drodze życia…

Co Ci dzisiaj, po kilku latach, daje wspólnota?

Często czuję, że jest mi bliższa niż rodzina, bo wspólnota na co dzień bierze udział w moim życiu, moich problemach. Nie mam takiej relacji z rodziną. To, że ja dziś jestem w małżeństwie i Kościele, zawdzięczam Drodze Neokatechumenalnej. Gdy mamy problemy w małżeństwie, to bracia ze wspólnoty wciąż się za nas modlą, wspierają nas. Zdarzało się, że modlili się nawet w nocy. Widzę jedno – wspólnota daje życie. Wielką mądrość usłyszałam na Drodze – jak człowiek przez trzy dni nie słyszy Słowa Bożego, to naraża się na utratę wiary, bo automatycznie jest katechizowany przez demona. Wiele razy tego doświadczyłam, kiedy nie szłam na liturgię. Demon od razu wsączał mi myśli tego świata. Dlatego tak ważne jest być na liturgii Słowa w środku tygodnia i na niedzielnej eucharystii.

Neokatechumenat to sporo obowiązków: przygotowanie, liturgia słowa, eucharystia. Minimum dwa razy w tygodniu trzeba poświęcić kilka godzin Bogu i wspólnocie.

Tak właśnie myślałam kiedyś. Miałam często pokusy, żeby nie iść na przygotowanie, bo cztery godziny stracę… Ale dziś widzę, że warto zostawić wszystko, żeby iść właśnie na przygotowanie. Bo często ono daje więcej, niż sama tylko obecność na liturgii. Wybieranie Słowa, czytanie i słuchanie echa braci… Możesz usłyszeć swoją historię w historii brata ze wspólnoty i nagle dostać światło na swoje problemy. Wiesz, ja w ogóle jestem typem takiego perfekcjonisty, zawsze wszystko dopięte, przygotowane do pracy. Nie wyobrażałam sobie, jak ja mogę odwołać termin nagrywania płyty. Pamiętam, że przy nagrywaniu jednej z płyt Armii, pokrywał się termin z terminem konwiwencji. Ja bardzo chciałam na nią jechać, ale wydawało mi się to niemożliwie. Odwołanie studia, tylu ludzi zaangażowanych, zespół, realizator. Pomyślałam, że pojadę na konwiwencję wcześniej, taką regionalną. Ale mój katechista nie zgodził się na to i powiedział, że mam jechać ze swoją wspólnotą, bo ja mam to Słowo przeżywać we własnej wspólnocie. A mnie się nadal nie mieściło w głowie, jak ja to mam powiedzieć chłopakom. Zaczęłam się modlić. Katechiści powiedzieli mi wtedy: „Czy to nie jest świadectwo dla Twoich kolegów z zespołu, że ty odwołujesz nagrania i poświęcasz czas Bogu? Zwłaszcza jak ktoś jest niewierzący. Może się zastanowi co takiego jest w tym Bogu, że ty zostawiasz wszystko i jedziesz”. Długo, długo się modliłam i zadzwoniłam w końcu do Tomka – mówię mu, że ja nie mogę nagrywać płyty w tym terminie. Wydawało mi się, że się świat zawali. A tu się okazało, że nikt nie narzekał, że znalazł się nowy termin. Pojechałam na konwiwencję i nagraliśmy płytę. Wszystko się udało.

Jak się odnajdujesz w pieśniach neokatechumenalnych? Chodzi mi o muzykę i sposób śpiewania.

Na początku, kiedy przychodziłam na liturgię, to miałam wrażenie, że te śpiewy są od siebie całkowicie różne. Nie mogłam znaleźć wspólnego mianownika, wszystko było z innej bajki. Jako muzyk ukształtowany według pewnych zasad muzycznych, nie mogłam się w tym zupełnie odnaleźć. Zdumiewał mnie też sposób grania – wydawał się taki banalny… A jednocześnie na to nakładały się trudne skalowo śpiewy. I bardzo łatwo jest wejść w swoje interpretacje. A żeby dobrze „kantorować”, potrzeba bardzo dużo pokory, bo człowiek zawsze chce po swojemu. A śpiewnik mówi wyraźnie, że kantor ma służyć i dokładnie odtwarzać pierwowzór pieśni.

Droga uczy pokory, to prawda. Jaka jest, Twoim zdaniem, rola kobiety w rodzinie?

Z tym to ja mam największy problem. Rola kobiety niby jest prosta: żona i matka. Kobieta powinna być też łącznikiem między mężczyzną a Bogiem. I w teorii ja to wszystko znam, ale w praktyce, to mi się często nie udaje. Trzeba mieć postawę Maryi, a ja niestety wielokrotnie jej nie mam. Niemniej nieudolnie, bo nieudolnie, ale tę rolę pełnię. Jestem żoną, matką, gotuję, sprzątam, zajmuję się dziećmi…

I równocześnie spełniasz się artystycznie i zawodowo… Po pierwsze to chyba bardzo trudne organizacyjnie. A po drugie – idziesz trochę pod prąd poglądom, które często słyszy się wśród chrześcijan, że kobieta powinna jednak poświęcić się rodzinie, dzieciom.

Dla mnie oczywistym jest, że jak dzieci są małe, to są non stop przy mnie. Wymaga tego chociażby karmienie piersią, więc jestem z nimi. Ale wiem też, że za jakiś czas, powoli, mogę wracać do swoich zajęć, do pracy, do grania. Wiele spraw można wcześniej poukładać tak, by pogodzić ze sobą bycie z dziećmi i próbę czy koncert. Na jednej trasie koncertowej Tymoteusza, obie z Angeliką jechałyśmy z naszymi kilkumiesięcznymi synami. Był ze mną też mój mąż do pomocy. Lica dał nam swoje auto, na zapakowanie wózków i innych potrzebnych rzeczy. Da się. Dzisiaj bardzo trudno byłoby mi przyjąć rolę kobiety, która tylko wychowuje dzieci i zajmuje się wyłącznie pracą domową. Nie wiem jak będzie za parę lat… Są kobiety, które mogą być bardzo szczęśliwe w tej roli, to są moje koleżanki, i wiem, że tak często mówi się na Drodze, ale ja jeszcze nie mam tej dojrzałości, by tak myśleć. Na samo moje kształcenie w szkołach muzycznych poświeciłam dziewiętnaście lat. Muzyka to moja pasja, hobby i zawód, i wciąż nie chcę z tego rezygnować. Miałam na początku swojej kariery takie niewypały artystyczne, które wprowadzały mnie w ogromną frustrację. Modliłam się wtedy do Boga, a raczej wyrzucałam Mu, że nie chce mi dać tego, na co tak ciężko pracuję, ćwicząc godzinami na instrumencie. I gdy byłam już u kresu wytrzymałości, powiedziałam Bogu, że skoro naprawdę nie mam grać, to oddaję Mu to moje granie, tylko błagam, by uzdolnił mnie do życia bez muzyki. I wtedy Pan Bóg przyszedł z „prezentami” i dał mi wiele różnych możliwości, o których wcześniej już mówiłam. Podobną sytuację miałam też na etapie II scrutinium na Drodze, kiedy postanowiłam zrezygnować z grania, a wtedy mój mąż poszedł do katechistów mówiąc im, że jego zdaniem nie powinnam z tego rezygnować. Miło było zobaczyć uśmiechy na twarzach katechistów i usłyszeć stwierdzenie, że nikt do niczego nas nie zmusza, to kwestia patrzenia na daną sytuację i rozeznawania. Pamiętam, jak robiłam płytę „Labirynt” po nocach, nieraz do czwartej nad ranem, wiedząc, że za trzy godziny obudzą mnie dzieci i nie będzie już snu… Byłam potwornie zmęczona, ale bardzo zadowolona. Granie i praca nad muzyką to moja pasja, część mnie.

fot. archiwum sunguest.pl

Jesteś szczęśliwa w swoim powołaniu – żony, matki i muzyka?

Mówi się, że jak człowiek pełni wolę Bożą to jest szczęśliwy, bez względu na to, co go spotyka… Myślę, że wolą Bożą dla mnie przede wszystkim jest moja rodzina. Chciałabym, żeby granie też było wolą Bożą, i często tak czuję, bo mimo, że rodzę dzieci i wypadam na jakiś czas z rynku, to wciąż mam pracę w muzyce, i mogę pogodzić ją z obowiązkami rodzinnymi. Czuję, że jestem szczęśliwa w roli żony (mimo wielu trudów małżeńskich, zresztą nieuniknionych…), matki i muzyka. Wszystko to udaje mi się połączyć bez (tak mi się przynajmniej wydaje) szkody dla kogokolwiek.