Egzamin dojrzałości

fot. Weronika Gurdek

Bywało tak, że w obecności prowadzącego nas księdza ze łzami w oczach potrafiłem rzucać do wszystkich „k****mi”. Wydawało mi się, że zespół nie zaspakajał moich muzycznych ambicji, że jesteśmy zbieraniną ludzi z tak różnych stron itd. Dziś przyjaciele z zespołu mówią, że jestem tym, który włożył największy wysiłek w pracę nad samym sobą. Przebyłem długą drogę od strachu przed przyjęciem Pana Boga do zaufania mu. Dzisiaj czasami jeszcze o tym zaufaniu zapominam, ale jak już sobie przypomnę, to mogę iść w ogień.

Z MICHAŁEM FITĄ, perkusistą zespołu Przecinek, rozmawia WERONIKA GURDEK



Podoba mi się tekst do utworu „Wiara”. To Twoje słowa?

Tak, pierwszy tekst… Tekst człowieka, który chce uwierzyć w Boga i który właśnie przekracza próg wiary. Wiesz co ja przeżywałem?! Masakra…

Co takiego?

Stałem w kościele i wstyd mi było klęknąć, nie chciałem się „zniżać” do poziomu innych. Modlitwa na głos? Musiałbym być głupi! Wiesz, jestem przekonany o tym, że Bóg trafia do nas na różne sposoby.

O tak, na pewno. Ktoś kiedyś powiedział, że do Nieba jest tyle dróg ilu ludzi.

Do mnie trafił powołując do siebie mojego ojca…

Opowiadaj…

Ja naprawdę nie byłem grzecznym chłopcem. O rety, co to się działo… Oczywiście do Pierwszej Komunii byłem. A potem długo, nie (śmiech). W wieku uczniowskim włóczyłem się z kumplami w godzinach rorat – podpalałem kosze na śmieci, albo kradłem cukierki w sklepach spożywczych. A jeszcze jak mogliśmy sobie poopowiadać z kolegami, kto, co i jak kradł to już w ogóle apogeum. Fajki i alkohol… Standard. Generalna, ciągła biba. Nie odczuwając opieki rodziców i babci, u której mieszkałem, byłem panem swojego losu. Dzieciak ulicy…

Pamiętałeś wtedy w ogóle, że jest ktoś taki jak Bóg?

Wiesz, może kiedy wpadałem spóźniony pół godziny do salki katechetycznej (wtedy jeszcze religia odbywała się poza szkołą) i mówiłem, że mnie nie będzie, bo właśnie jadę do Rybnika, czy coś w tym stylu… Gówniarz byłem. Później, kiedy już zamieszkałem z rodzicami to w ogóle byłem zostawiony sam sobie. Rodzice pracowali – prowadzili sklep, co w owych czasach było „firmą”, a ja wkraczałem w punk-rocka, którym zaraził mnie starszy brat. Biegałem w jeansowej kurtce PRIESTBUSTERS z filmowym logo duszka („Ghostbusters”) w sutannie, które zresztą sam sobie namalowałem. No i generalnie nie było Boga.

Jak to najczęściej bywa przy punku… Choć znam punkowców będących bardzo blisko Pana Boga. Kiedy i jak coś się zaczęło zmieniać?

Zmieniać w jakim sensie?

Twoje nawrócenie…

Kiedy jeszcze byłem punkowcem – akurat nasza ekipa była bardzo długo taka „porządna”, nawet jakoś specjalnie nie piliśmy, nie paliliśmy… Dopiero po kilku latach coś się zaczęło i przez to rozpadła nam się załoga. Natomiast w tym naszym „porządniactwie” interesowaliśmy się różnymi zagadnieniami egzystencjalnymi.

Na przykład czym?

Czym? Wiesz, moich kumpli ciągnęło na Wschód… Mi nie chciało się tak daleko… Ja miałem pretensje do chrześcijan, że mi uniemożliwili poznanie wiary moich przodków, Słowian (śmiech). W którymś zinie przeczytałem wywiad z Tomkiem Budzyńskim, w którym powiedział, że „pragnie być chrześcijaninem”. I pomimo, że chyba jeszcze tego nie rozumiałem, w jakiś sposób mi to zaimponowało i dało do myślenia…

Błogosławiony czas nawróceń muzyków dotknął także Ciebie…

W każdym razie wiesz, to były jakieś tam nieokreślone wahania, nic konkretnego. Niby bym chciał, ale z drugiej strony polewka z księży i tego całego systemu. Mój ojciec zmarł, gdy kończyłem liceum, dokładnie rzecz biorąc – na dziesięć godzin przed maturą. I to był dla mnie prawdziwy egzamin dojrzałości. Pamiętam, że przez cały czas trwania egzaminu nie myślałem o tym, co pisać, tylko jak będzie wyglądało moje życie bez niego, przecież tak naprawdę zacząłem poznawać go cztery miesiące wcześniej.

Dlaczego cztery miesiące wcześniej?

Ojciec chorował na raka. I wtedy, gdy leżał w klinice onkologicznej w Gliwicach, uciekałem ze szkoły, żeby do niego pojechać, bo wiedziałem, że idzie koniec, że za wiele czasu nie mam. I wtedy otworzyliśmy się chyba na siebie. Rozmawialiśmy o sztuce, o literaturze. No i to był najwspanialszy czas, jaki udało nam się razem spędzić.

Odczuwałeś wtedy jakoś mocniej Bożą obecność?

Zacząłem zastanawiać się jak to wszystko ma wyglądać. Dziś z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że był wtedy ze mną na stówę. Poprzez moją ówczesną dziewczynę poznałem kilku franciszkanów. Ona była wierząca, a ja nie – dlatego m.in. się rozstaliśmy. Ale być może także dlatego, że nie miała na mnie wpływu i Bóg pokierował nas w inne strony, bym mógł spotkać moją żonę…

Miałeś do Boga pretensje, że „zabrał” Ci ojca?

Nie miałem.

Częściej jest tak, że ludzie się oddalają od Boga poprzez taki cios, a nie odwrotnie…

Śmierć ojca nie była dla mnie czymś niezwykłym. Zresztą byłem do niej przygotowany. Wiesz, co innego, gdy ktoś przychodzi do domu i dowiaduje się, że właśnie przed momentem ojciec zginął przywalony ścianą węgla w kopalni, albo spadła na niego jakaś konstrukcja.

Mimo to 10 godzin przed maturą to ciężki moment… Zdałeś ją?

Zdałem na 4. Nauczyciele dawali mi nawet fory, choć nie chciałem. Kto wie, pewnie i tak ostatecznie dali… Polonistka powiedziała mi, że tak dobrej pracy nie napisałem przez całe liceum.

Co działo się później?

Później było drugie Święto Młodzieży. Na pierwsze pojechałem na dziko – trzymałem się z dala, mimo, że oferta koncertów była bardzo kusząca. Np. Armia… Ech, uwielbiam Armię. Do dziś jedna z najważniejszych płyt w moim życiu to „Legenda”…

A moja to „Duch”…

„Legenda” napisana pod wpływem „Władcy Pierścieni” tak naprawdę ma wiele ukrytych znaczeń, podwójne dno. Działa na mnie do dzisiaj. Ale wróćmy do Święta Młodzieży. Pojechałem tam z poznanym wcześniej franciszkaninem, o. Bruno. Jechaliśmy jego samochodem, a ja wziąłem ze sobą kasetę magnetofonową z muzyką Wojciecha Kilara. Było tam nagranie „Angelus”, zaczynające się od modlitwy „Zdrowaś Mario”, wymawianej przez chór coraz głośniej i głośniej… Jedziemy tym czerwonym kaszlakiem, słuchamy muzyki i nagle mówię: „Kurcze, ojciec, aż mi ciarki po plecach przeszły”. A on mnie na to pod włos: „Widocznie coś masz na sumieniu”. I zaczęła się rozmowa na temat grzechu i oczywiście spowiedzi.

Wyspowiadałeś się wtedy w tym kaszlaku?

Nie, choć było blisko. Jechał z nami jeszcze jeden koleś i nie było jak. A kaszlak się po drodze prawie zakaszlał (śmiech).

Ale ta rozmowa dała ci do myślenia?

Ta rozmowa dała mi cholernie do myślenia! Kiedy już dojechaliśmy na miejsce zobaczyłem tłum ludzi. Tacy bez powodu uśmiechnięci, tacy głupi jacyś. Zaczynało mnie to coraz bardziej denerwować i fascynować zarazem. Kręciłem się bez sensu czekając na koncert. Łaziłem to tu, to tam. Wtem siedząc na schodach do Domu Pielgrzyma, podchodzi do mnie dziewcze i mówi mi „cześć”. A ja oczywiście zaczynam się drapać po łbie, jakbym przebierał w kartotekach i nie mogę sobie przypomnieć kto zacz… Okazało się, że Monika – po raz trzeci (śmiech). Szła na spacer, chciała być sama. Ale ja już nie chciałem, miałem dosyć ciągłego przyglądania się ludziom. Chciałem z kimś zagadać. Zapytałem gdzie idzie i poszliśmy razem. Rozmawialiśmy długo, a właściwie to ja gadałem. Nie pamiętam z tej rozmowy za wiele. Wiem, że wziąłem od niej numer telefonu, który zapisałem na kartce w środku zeszytu, po czym na drugiej stronie zapisałem swój i wyrwałem kartkę (śmiech). Najważniejsze było jednak to, że Monika zaprosiła mnie na nabożeństwo za odwagę w wierze. Poszliśmy i zacząłem się modlić. Po raz pierwszy w życiu zacząłem się świadomie modlić do Jezusa! Poczułem pragnienie rozmowy z Nim i prosiłem o odwagę. Wróciłem do domu o 2.00 w nocy, a o 4.30 stałem już spakowany na PKP. Czekałem na pociąg do Kędzierzyna Koźle, żeby resztę tygodnia spędzić na Święcie Młodzieży.

O, to faktycznie, ostro się za siebie wziąłeś (śmiech)…

Tak, ale wciąż byłem daleko. Mimo wszystko nie poszedłem do spowiedzi. Potem była pielgrzymka na Jasną Górę. Pamiętam, że kiedy wszyscy zbieraliśmy się przed kościołem Jan Chrzciciela, nie bardzo chciałem iść na mszę św. rozpoczynającą pielgrzymkę. Ale kiedy o. Cherubin podszedł do mnie i zapytał o tę mszę, powiedziałem mu, że „mogę iść”. Dopiero po latach do mnie dotarło, co mu wtedy powiedziałem…

Możesz, nie musisz…

Wtedy też poczułem, że najwyższy czas się wyspowiadać. Szedłem z franciszkanami, więc poszedłem do o. Bruno. Moja spowiedź trwała… cały tydzień! Chodziłem do niego codziennie, po kilka godzin, po kilkanaście kilometrów. Szliśmy, a ja z każdym krokiem stawałem się czystszy, mimo coraz większej ilości kurzu. Kiedy doszliśmy na Jasną Górę, po raz pierwszy świadomie przystąpiłem do Komunii Św. Płakałem, płakałem i płakałem. Z tego stanu wyprowadził mnie głos jakiegoś dziecka: „Mamusiu, a dlaczego ten pan płacze?”.

Jak zmieniło się twoje myślenie o śmierci i o tym co po niej, po tych wszystkich wydarzeniach?

Widzisz, śmierć tak naprawdę zaczęła rodzić w mojej głowie wątpliwości. Tzn. zacząłem się zastanawiać nad tym, że może właśnie jest coś dalej. Może to był strach? Nie wiem. Dziś jestem pewny Bożej opieki nade mną. Jestem pewny, że istnieje życie wieczne, choć nigdy nie zastanawiałem się nad tym jak wygląda. Dziś mnie to nie obchodzi. Chyba można tak powiedzieć?

A po spowiedzi jak się czułeś?

Spowiedź zrodziła jeszcze więcej wątpliwości, ale zarazem poczułem wiele możliwości.

Taki pozytywny, Boży ferment…

Pomyślałem, że znowu stoję na początku. Jest wiele dróg i mogę teraz wybierać. Teraz Ktoś odsłonił mi oczy.

Zacząłeś szukać wspólnoty, czegokolwiek takiego? Miejsca w Kościele…

Nie. Ja już wcześniej znalazłem, bo i wcześniej szukałem. Musiałem się tylko nauczyć tego miejsca.

Umiejsców te wydarzenia w czasie. Który to był rok?

1998. Sierpień, październik… Wtedy właśnie powstał Przecinek. No i wtedy zaczął się mój związek z Moniką. I właśnie przy Monice dojrzewałem jako chrześcijanin. Ona wywodzi się z religijnej rodziny.

Co twoim zdaniem oznacza religijna rodzina? Ile religijnych rodzin nie jest religijnych, bo wiara to w dla nich w rzeczywistości tylko stek jakiś obrządków…

Owszem, prawdziwie religijna to taka, w której rzeczywiście dba się o tradycję, pielęgnuje wiarę. Jedyne obraz religijności mojej rodziny, to babcia, która o 12.00 zmawiała Anioł Pański i różaniec. Ale u Moniki dbało się i dalej dba o tradycję.

Myślisz, że bez Moniki nie dałbyś rady?

Myślę, że Monika była narzędziem w rękach Boga – bez Niego nie dałbym rady.

Jak to się stało, że po tym wszystkim zapragnąłeś ewangelizować przez muzykę? Może zacznij od tego, jak w ogóle doszło do ciebie, że chcesz dzielić się Dobrą Nowiną?

Wcześniej działałem w zespole STOKROTKI VIETNAMU. Kapela była punkowa, ale teksty niekoniecznie. Także od dawna ciągnęło mnie do grania. Ale wcale nie pragnąłem ewangelizować przez muzykę. Zresztą wtedy nie miałem jeszcze zielonego pojęcia o ewangelizacji.

A miałeś wrażenie, że chcesz się podzielić swoim szczęściem z innymi?

Tak, miałem, ale dziś jestem do tego lekko zdystansowany. Nie tyle do dzielenia się, ile do narzucania swojego szczęścia innym. Ja stałem po drugiej stronie i wiem co to znaczy, gdy ktoś na siłę próbuje ci coś narzucić, zwłaszcza w kwestii wiary. Dziś mam wielu znajomych, którzy mają zupełnie inny światopogląd niż mój. Wiem, że nie mogę być zbyt nachalny. Mogę się za nich modlić, ale do niczego nie mogę ich namawiać. Zresztą to jest największa tajemnica wolnej woli.

Owszem, to najtrudniejsza kwestia przy ewangelizacji. Tak naprawdę możesz świadczyć swoimi czynami, postawą itd. Twoi przyjaciele wiedzą o tym, że grasz w Przecinku i co grasz?

Tak.

I jak na to reagują?

Nawet gratulują sukcesów. Choć patrzą na to inaczej, przez pryzmat rynku. W naszym mieście, wśród rock&rollowych zespołów Przecinek cieszy się sporym poważaniem. Ludzie mówią: „Fajna muza, ale te teksty…” No i wtedy się śmieje.

Może takie sytuacje trzeba wykorzystać?

Co masz na myśli?

Znam te sytuacje. Mi też się zdarzają. Rozmawiasz z kimś i nagle robi się niezręcznie. Może to moment na to, żeby właśnie z kimś porozmawiać?

W takich sytuacjach ludzie reagują dwojako: albo kontynuują wątek i wtedy ja go podtrzymuję, albo ucinają i wtedy ja nie nalegam. Jeśli ktoś jest otwarty to ja również.

Czasami mi się wydaje, że istota ewangelizacji to być obok. Nie zawsze głosić, ale trwać… Dobrze, powiedz mi w końcu, jak to było z tym graniem?

Po prostu wszędzie chodziłem z Moniką (śmiech). I pewnego dnia ks. Grzegorz Kokot zaczął organizować festiwal piosenki religijnej „Spotkałem Pana”. A że szukał właśnie wśród znajomych Moniki, to byłam tam i ja. I nikomu właściwie nie przeszkadzał fakt, że zupełnie na niczym nie potrafiłem grać. W liceum próbowałem gitary, ale szło mi tak, że chłopcy z punkowej kapeli postanowili, żebym został raczej wokalistą (śmiech). A tu jednak powstaje zespół, który będzie łatał dziury pomiędzy występami zespołów konkursowych.

I stąd nazwa Przecinek?

Tak, dokładnie. Zebrało się wtedy trochę osób. Były klawisze, gitara elektryczna, akustyczna, klasyczna, flet, cztery wokale… no i ja (śmiech).

Taki kopciuszek…

Ktoś zawołał: „Dajcie mu bębny”. Ktoś inny miał małą djembe. Wtedy po raz pierwszy trzymałem w ręku bęben i byłem bardzo szczęśliwy. Waliłem ile sił w rękach… Pomyślałem sobie teraz, że może nie musiałem szukać swojego miejsca, bo Pan Bóg sam mi je znalazł – podstawił mi je pod ręce.

Czyli dalszy ciąg swojej przemiany życia zawdzięczasz zespołowi?

Na początku bywało tak, że w obecności prowadzącego nas księdza ze łzami w oczach potrafiłem rzucać do wszystkich „k****mi”. Wydawało mi się, że zespół nie zaspakajał moich muzycznych ambicji, że jesteśmy zbieraniną ludzi z tak różnych stron itd. Dziś przyjaciele z zespołu mówią, że jestem tym, który włożył największy wysiłek w pracę nad samym sobą. Stałem się opanowany i spokojny. Tak poważnie, to przebyłem długą drogę od strachu przed przyjęciem Pana Boga do zaufania mu. To efekt wielu kompleksów z dzieciństwa i przyjęcia pewnej maniery, a później pozostał już nawyk. Dzisiaj czasami jeszcze o tym zaufaniu zapominam, ale jak już sobie przypomnę, to mogę iść w ogień.

Jak teraz patrzysz na przeszłość?

Niczego nie żałuję. Czasami jest mi wstyd, czasem głupio. Wiem, że wiele lat mogłem przeżyć inaczej. Ale tak naprawdę każde doświadczenie, każdy błąd, upadek budowały mnie, żebym mógł dojrzewać do wiary, zaufania i doświadczenia miłości. To trochę jak z muzyką. Zaczynałem od punk rocka, dziś pasjonuje mnie jazz. Potrzebowałem dojrzeć. Cieszę się, że przez to wszystko przeszedłem, ale doświadczam tego, że życie w wierze nie jest łatwe. Czasem to jest prawdziwa walka i mam świadomość, że to nie koniec…

Podyskutuj z autorem:
weronika.gurdek@ruah.pl

Galeria (fot. Weronika Gurdek):