Byłem nieprzyzwyczajony do takiego profesjonalizmu

Refleksje nad dziesięcioleciem Magazynu Muzycznego RUaH

Z czasem w naszym kraju zaczęło powstawać normalne życie muzyczne i artystyczne. Dobre studia nagrań, wydawcy, porządny obieg informacji, promocja koncertów, organizacja masowych imprez… Nawet jeśli rozwój ten nie był związany bezpośrednio z Magazynem, wierzę, że – z powiewem tego samego Ducha – RUaH.

MICHAŁ BUCZKOWSKI

Gdy po raz pierwszy w jednej z piosenek usłyszałem tajemnicze słowo „Ruah”, zostało mi ono przetłumaczone jako „ożywczy duch Jahwe”. Nieco później zetknąłem się z pismem, które mnie zafrapowało. Niby muzyczne, ale przedstawiało jakieś inne zespoły niż pozostałe czasopisma, wydane na dobrym papierze, graficznie przyjemne i, co zupełnie zaskakujące, przy niewygórowanej cenie miało dołączoną płytę CD. Płyta za pół ceny! Wtedy tego jeszcze nie było, gratisy w pismach kobiecych miały przyjść dopiero później. Najtrudniej było uwierzyć, że ów RUaH jest pismem katolickim. Odmienny od ówczesnego „Gościa Niedzielnego” czy „Niedzieli” i absolutnie różny od parafialnych gazetek robionych na różnego rodzaju lichych powielaczach. Byłem nieprzyzwyczajony do takiego profesjonalizmu. To nie było jedynie dobre „w porównaniu z…”, to było po prostu mądrze pomyślane, zaprojektowane, wykonane i przede wszystkim w ogóle… DOBRE pismo.

Po dziesięciu latach jego funkcjonowania i przejściu do Internetu pojawia się we mnie refleksja: Co przez te lata dokonało się na polskim rynku muzycznym, którego RUaH jest częścią?

Jeżeli chodzi o „scenę chrześcijańską” zmiany są chyba oczywiste. Dziesięć lat temu dopiero ona raczkowała. Powstawał właśnie Deus Meus. Oweyo zaczęło grać co prawda w 1996 roku, ale pierwszą kasetę (tak kasetę! – przypominam, że istniał kiedyś taki niewygodny format zapisu), znaną popularnie jako „pomarańczowa”, jego przyszli liderzy: Małgorzata Samborska i Jacek Ratajczyk wydali w 1993. Były jeszcze: Saruel, Amenbend, Tie Break, Sega Bend. Zaczynał działalność zespół Chili My, a później projekt – znak czasu – 2 Tm 2,3. Było już więc o czym pisać, istnieli ludzie, nie mieli jednak swoich mediów, nie miał ich kto promować, animować, nie było dostępu do informacji. „Klub Dobrej Muzyki” w ogólnodostępnej – internetowej wersji (o ile można mówić o dostępności Internetu w latach 90.) został stworzony w 1998 roku. Istniał duży brak i niektórzy dostrzegali potrzebę zaspokojenia go. Jednym z nich był Janusz Kotarba, który nie umiał stać z założonymi rękoma, patrzeć i tylko… myśleć. Nie wystarczało mu partyzanckie wydawanie kaset ciekawych wykonawców i sporadyczne próby pokazywania światu profesjonalnie robionej muzyki z dobrym przesłaniem. Wraz z ojcem Andrzejem Bujnowskim, dominikaninem, zaczęli zastanawiać się nad stworzeniem systemu, który ogarniałby to nowe zjawisko, przybliżał je ludziom, wyznaczał nowe kierunki.

I w ten sposób, pewnego letniego dnia, ukazał się nie mający jeszcze konkretnej nazwy Magazyn Muzyczny z rybką w logo. Na okładce Antonina Krzysztoń, w środku, na osiemnastu stronach kilka wywiadów, dwa większe artykuły i znane do dziś rubryki. Zadziwiające, jaką intuicją dysponowali twórcy tego numeru. Wiele propozycji jest kontynuowanych do dziś, choć na przykład, „Z Archiwum Y” nie nazywa się już „Z bazy danych”… Kolejne wydania pisma przynosiły krystalizowanie się pomysłów i konsekwentne realizowanie przyjętej linii. Zasadą była otwartość, ciągłe poszukiwanie, stosowanie coraz lepszych rozwiązań. Dowodem nieustannego rozwoju jest choćby ostatni wydany na papierze – 35 numer RUaH, ze swoją zupełnie nową szatą graficzną. A i w Internecie przybywało wciąż zmian. Cóż? Obecnie również czekamy w nim na nową grafikę…

W magazynie były poruszane tematy wychodzące daleko poza to, co kojarzy się z przeciętnym pismem muzycznym. Zauważano wszelkie rodzaje muzyki, prezentowano najciekawsze, religijne projekty z zagranicy (szczególnie miło wspominam płytę z piosenkami amerykańskiego Vineyardu), niezamykano się tylko na działalność katolików (tu – między innymi szukanie wyjaśnienia fenomenu muzyki gospel). Poruszano sprawy muzyki liturgicznej, odświeżano zapomniane piękno kultury i muzyki polskiego Baroku (tu ukłony w stronę Jacka Kowalskiego). Pojawiały się zapisy dyskusji na ważne dla środowiska tematy – zarówno z sesji naukowych jak i polemik toczonych przez redaktorów na łamach pisma (np. bardzo zażarta dyskusja o piractwie nagrań i prawach artysty). Zaskakiwały ciekawe artykuły o teatrze muzycznym i nie tylko (jak choćby znakomity Teatr A), o sztukach plastycznych powiązanych z religią (gdyby nie RUaH, pewnie nigdy nie poznałbym malarstwa księdza Paciaka, urzekającego kolorysty, tworzącego kilkanaście kilometrów od mojego domu!). Wymieniam tu jednym tchem niektóre skojarzenia i tematy, a przez dziesięć lat było tego naprawdę dużo więcej.

Z czasem obok pisma zaczęło powstawać normalne życie muzyczne, artystyczne. Dobre studia nagrań, wydawcy, porządny obieg informacji, promocja koncertów, organizacja masowych imprez… Nawet jeśli ten rozwój nie był związany bezpośrednio z magazynem, to wierzę, że – z powiewem tego samego Ducha – Ruah. Pismo odnotowywało i stymulowało lawinę zjawisk stawiając wysoko poprzeczkę. Zresztą często młodzi ludzie właśnie tutaj znajdowali pierwszą wskazówkę – jak nagrać i wydać płytę, jak na przykład zorganizować festiwal. Jeśli mowa o tych ostatnich, trzeba przyznać, że festiwali religijnych w Polsce nie brakowało. To jakaś kontynuacja dobrej tradycji dawnych „Sacrosongów”. Widać na nich wyraźnie (choćby na „S.O.S” w Toruniu), że definitywnie skończyła się epoka sacro-polo, a poziom popularnej w Kościele „muzyki oazowej” wyraźnie się podniósł. Scholki parafialne mają dziś dużo większe możliwości tworzenia i wykonywania muzyki, już nie tylko przy pomocy gitar marki „Defil” i najtańszych keyboardów typu „Casio” z ubogimi podkładami perkusyjnymi. Zmienia się wyraźnie ich repertuar, powszechniejszy stał się świadomy dobór pieśni i rozumienie ducha liturgii. Młodzież ma dostęp do nut i wzorcowych nagrań.

Ten wielki powiew Ducha Świętego kojarzony z nawróceniami „Radykalnych” – Friedricha, Budzyńskiego, Malejonka – nie skończył się na ciężkim graniu. Powstała nowa jakość, nowe zjawisko – środowisko muzyczne profesjonalistów, dzięki któremu ewangeliczne przesłanie przeniosło się na różne gatunki muzyki. „Duch wieje kędy chce”, dostrzegam znaki Jego działania także poza tym środowiskiem. Świadczą o tym choćby wywiady z Muńkiem Staszczykiem z T. Love czy Markiem Jackowskim z Maanamu. Zespół Coma wyśpiewuje niebanalne teksty o Bogu, wierze, wątpliwościach… Mógłbym wymieniać dalej… Pewnie nie wszystkie moje sądy udałoby mi się obronić, ale mój entuzjazm potwierdza wiele komentarzy ludzi z koncertów, wypowiedzi prasy itp… Czy coś się zmieniło? Ja nie mam wątpliwości. Nie uważam Polski za kraj wielkiej kultury muzycznej, ale nie mogę nie widzieć tego, co dokonało się w ostatnich latach i nie cieszyć się. Wierzę też, że sprawcą tego wszystkiego jest „ożywczy duch Jahwe”.